admin

24 lutego 2010

Na mszę za Gucia zjechała cała rodzinka. Wysypaliśmy się po mszy z kościoła garnizonowego i zrobiliśmy spektakl pod tytułem: “A gdzie ciotka? A gdzie wujek?”. Może nawet lekkie zbiegowisko się zrobiło wokół nas, nie przeczę, bo często jakoś tak wychodzi, że bywamy w centrum uwagi.  Ciocia Basia miała zafrasowaną minę i spuchnięty nos z krwawą szramą.

- To ona mnie tak załatwiła! – pokazała mściwie palcem własną córkę, niejakiego Sopelka.

Sopel spojrzała niewinnie gdzieś w górę, na gołębie na dachu kościoła. Wypadało cioci współczuć, ale mina kuzynki była niepokojąco na krawędzi histerii.

- Na prochach byłaś? – zagaiłam Sopelka uprzejmie. – Czy cię wkurzyła?

Sopel zadarła głowę jeszcze wyżej, bardziej już na chmury niż na gołębie, a ciocia Basia przeszła do szczegółów.

- Otworzyła drzwi do samochodu jak ja się nachyliłam. Aż się przewróciłam. Na plecy. W śnieg. Z rozłożonymi rękami! Jakby nie mogła poczekać.

- To ty mogłaś poczekać! – Sopel twardo broniła swej niewinności.

Uznałam, że lepiej będzie, jak wyjaśnią to sobie same. Podeszłam do cioci Jadzi.

- Cześć krasnalu! – chwyciłam ją w morderczy uścisk, bo Jadzieńkę kocham nad życie.

- Wielka się znalazła! – bąknęła ciocia Jadzia, ale nic więcej nie komentowała, bo Sopel stała blisko.

Może bała się, że dostanie w nos, jak siostra.

- Idźcie, idźcie! – wydawała komendy moja mama. – Tamujecie ruch!

Fakt.

Po cmentarzu pojechaliśmy do mojej mamy na obiad. Próbowałam opowiadać, co u mnie słychać, ale ciotka Grażyna rozczarowana mamrotała:

- Czytałam… czytałam…

Cholera, nie wiedziałam, że mój blog utrudni mi okołoobiadową konwersację!

Na obiedzie wszyscy ciekawie przyglądali się Tinie, narzeczonej Bachora. Nie da się ukryć, że Tina także ciekawie przyglądała się rodzinie, do której niebawem wejdzie, jak to się mówi. Przez chwilę wpadłam w panikę, czy aby nie wyciągnie pochopnych wniosków. Może lepiej ją było wprowadzić w rodzinne meandry po ślubie, żeby już nie mogła się wycofać. Ale, Tina pierwsze starcie zniosła całkiem nieźle. Wyjechaliśmy z rodzinnego obiadku jako pierwsi, bo czekał na nas głodny zwierzyniec.

- No to teraz nas oplotkowują, a Tinę najwięcej – z satysfakcją stwierdziłam na klatce schodowej, gdy tylko zamknęliśmy za sobą drzwi.

- A skąd wiesz? – zdziwiła się Tina.

- Dziecko! – prychnęłam z wyższością. – Sama to robię!A ty jesteś nowa, to o kim innym mają gadać?

Cóż, krew to krew! A Tina przywyknie.

admin

17 lutego 2010

Kurde, znowu dieta! Guciowa mnie zmusiła! Właśnie obwieściła, że schudła cztery kilo. Chcąc nie chcąc, ja też muszę. Moja ukochana sędzia kynologiczna, dziewczyna z czystego złota, podeszła do moich zapędów z pełną dezaprobatą.

- A ja lubię JEŚĆ, lubię PIĆ i lubię mieć DUPĘ  – napisała mi na gg.

I jeszcze coś wplotła o spodniach w gumkę. Dwa dni później zobaczyłam opis na jej gg: “Życie to jedno wielkie gówno, a potem się umiera”. W tym kontekście spodnie w gumkę nie mają znaczenia. Ale, że zaczęłam dietę, nie mogę ot, tak przerwać.

Justyna też jest na diecie, więc mi raźniej. Jesteśmy na świeżo po wymianie doświadczeń z produktami niskokalorycznymi.

- Flaki mają 50 kcal w 100 gramach – przekonywała mnie przed chwilą.

- Flaki typu: zupa z brzucha? – upewniłam się.

Zupa z brzucha była przebojem ze trzy lata temu, gdy do naszej redakcji zawitał z wizytą kirgijski dziennikarz. Mieliśmy okropny problem językowy. Przed wyjazdem, zapytany, co najbardziej zapamięta z Polski, odparł, że zupę z brzucha. Zrobiło nam się najpierw gorąco, potem słabo. Dziennikarz widząc nasze baranie spojrzenia, głaskał się nawet po brzuszku i poklepywał. Okazało się, że chodziło o flaki.

- Szczaw też ma mało kalorii, zrób sobie rosołek szczawiowy – zachęcała Justyna.

Ale szczaw mi wyszedł. Moja matka zbiesiła się i nie chciała rwać szczawiu za domem. Stwierdziła, że pewnie psy na niego sikały. Jakby nie można było umyć!

- Właśnie! – poparła mnie Justyna z pełnym zrozumieniem.

No i moja matka biegała za szczawiem pod las, gdzie z kolei krowy biegały rozochocone za nią. Mama w panice wracała do domu i psioczyła na rogate bydlę. W efekcie szczawiu było na zimę mało i cały wyszedł. A tu człowiek che się odchudzać. Pech!

Oczywiście o niczym innym nie mogę myśleć, jak o jedzeniu. Właśnie opracowuję jadłospisy, co i ile zjem, jak już się odchudzę! Ależ sobie zrobię orgię! I piwem popiję! Jezu! Nie mogę się doczekać!

Wczoraj dałam okropnego ciała. Miałam nagranie do telewizji kablowej. Bardzo wcześnie. Umyłam włosy wieczorem, bo poranne wyjazdy ze Smoczego Pola w warunkach śniegowych należą do sportów ekstremalnych, więc rano na nic nie ma czasu. Zasnęłam z mokrą głową licząc, że spustoszenia naprawię prostownicą. Rano patrzę w lustro, a ja mam strąki! Jakbym przez dwa tygodnie głowy nie myła! Po prostu zapomniałam spłukać odżywkę. Nie było szans na powtórne mycie pustego łba. I tak stanęłam przed kamerą!

- Obcięłaś włosy? – dziwiła się z naganą Bono w redakcji. I dobiła mnie:  – Muszę ci powiedzieć, że bardzo niekorzystnie.

Jasne.

Justyna powiedziała, że pewnie jem za dużo masła. A masło na pamięć szkodzi i ma dużo kalorii.

Patrzę teraz na Józię, psa mutanta bez ani jednego zęba. Ukradła psom wszystkie gryzaki! Leży na nich i pilnuje. Obślinia, bo gryźć nie może. To jest siła charakteru! Ale rozumiem ją bardzo: chciałaby je pożreć, tylko nie może… Zupełnie, jak ja!

admin

9 lutego 2010

Normalnie kocham moich sąsiadów. Przed chwilą dzwonił pan Jarek. Uroczy młody człowiek. Sąsiad ze Smoczego Pola. Prosił o telefon do Bachora. Podałam.

Bachor miał dziś męskie zajęcie: miał pojechać z przyczepka po węgiel. Ustaliliśmy, że pojedzie do niedużego składu, w którym jest sympatyczny pan. Zazwyczaj bierzemy węgiel w dużym składzie, ale tam był pan, który cwaniakował. Kupuję węgiel pierwszej klasy, a pan od cwaniakowania ładował z upodobaniem miał, czyli najtańszy odpad. Zrobiłam więc piękną awanturę, pan się nadąsał jak panna, ale nie pozwoliłam na ładowanie badziewia. Nie za takie pieniądze. Uznaliśmy, że pan może sobie cwaniakować dalej, więc tym razem kupimy węgiel u sympatycznego i uczciwego pana z mniejszego składu.

Dzwonię do Bachora i pytam, czy panJarek się dodzwonił.

- Tak, przyszedł – mówi Bachor, ale słyszę, że jakiś spłoszony jest.

Okazało się, że Bachor pojechał po węgiel, ale pocałował klamkę – we wtorki mały skład jest zamknięty. Po drodze spotkał pana Jarka, który w dobrej wierze poinformował go, że przecież jest jeszcze duży skład w Mordach.

- Nie, nie poczekam, jutro pojadę – przekonywał Bachor.

- Wiesz – tłumaczył mi potem. – Nie chciałem mówić, dlaczego nie chcę jechać do Mordów. No bo może oni się znają, co ja będę nadawał, a potem będzie komuś przykro.

Bachor użył jeszcze koronnego argumentu.

- A w tym małym składzie, to pan nawet na krechę daję, jak pieniędzy brakuje – stwierdził zadowolony, co jest czystą prawdą.

Pan Jarek pokiwał głową, poszedł do domu, a potem zadzwonił do mnie po telefon Bachora…

Kwadrans później wywołał Bachora telefonicznie do bramy.

- Masz – wręczył mu pieniądze. – Zapowiadają mrozy, jak was zasypie, to zmarzniecie. Jedź i kup ten węgiel.

No i popłakałam się ze śmiechu i wzruszenia. Uwielbiam moich sąsiadów! Uważam, że zamieszkałam w raju na ziemi. Od razu przypomniało mi się, jak sąsiedzi przyszli mi z pomocą przy przeżynaniu słupków dębowych do ogrodzenia. Przytachali krajzegę, poprzeżynali wszystko i jeszcze nie chcieli wziąć pieniędzy. Siedzieliśmy potem zmęczeni, piliśmy piwo, a pan Wiesiek westchnął:

- Tak,  Zaczyńsko… Teraz to jeszcze nam trzeba, żeby się tu osiedlił lekarz i prekurator!

Święte słowa! I weterynarz!

admin

5 lutego 2010
Wpadły mi w ręce notatki ze studium scenariuszowego. To były jedne z pierwszych zajęć, gdy jeszcze się mało znaliśmy w grupach i wszystko było nowe. Przed jednym z seminariów odbyła się rozmowa.

- Macie pomysł?
- A, to tak już na poważnie trzeba było?! – ktoś wpada w panikę.
- W sumie, to nikt nam chyba nie KAZAŁ…
- No, tak wyraźnie, to nie było powiedziane!
- Raczej luźno…
- Faktycznie, presji nie było…
- No…
I chyba zwagarowaliśmy na kawę. Najwyraźniej mieliśmy niemoc twórczą, ale to grupowe usprawiedliwianie się, to prawdziwy majstersztyk! Brak presji rozgrzeszył nas wszystkich.
Zaraz potem trafiłam na szaloną imprezę Halloween. Najbardziej utkwiła mi w pamięci rozmowa dwóch, trudnych do rozpoznania gości. Jeden miał kudłatą perukę jaskiniowca i odpowiednie do tego skórzane wdzianko z maczugą, drugi był ubrany w tatuaże. Cały kolorowy, nie miał skrawka skóry o normalnej barwie.
Jaskiniowiec kiwał się lekko na nogach i z wielką intensywnością wpatrywał się w wytatuowanego faceta.
- Widzę… widzę… mnogość na twojej twarzy – zwierzył się jaskiniowiec z pewnymi przegłosami w mowie.
Facet w tatuażach wyprężył się dumnie.
- To się nazywa mako – wskazał na precyzyjne wzorki i jeszcze na wszelki wypadek przeliterował. – M-A-K-O!
Jaskiniowiec otworzył usta i wyjąkał z szacunkiem:
- O ja… jak.. rany!
Gość w tatuażach wydawał mi się znajomy, ale kompletnie nie mogłam go skojarzyć. Złapałam przechodzącego Krzyśka i dyskretnie wskazałam twarz w MAKO.
- Kto to jest?
Krzysiek starał się skoncentrować wzrok na jednym punkcie, ale mu się nie udało. Zamrugał oczami, leciutko czknął i stwierdził ze zdziwieniem:
- To chyba Michael Jackson!
Tak. A ja Tina Turner. Krzysiek nie na wiele się przydał.
Spisałam potem te rozmowy z myślą, że wykorzystam do któregoś pomysłu. Ale koleżeństwo uznało, że za bardzo pojechałam. Nie chcieli wierzyć, że byłam świadkiem. To było zupełnie tak, jak z kolegą z klasy matematycznej w “Królówce”. Z czysto biologicznej ciekawości potrząsnął słojem ze szczurem w formalinie. I ten słój mu wybuchł. Pani profesor na początku krzyczała przerażona, że mu oczy wypali, a potem się wściekła.
- On ich kryje! Mówi, że sam się oblał! On ich kryje! – raportowała dyrektorowi.
Szczur ponoć wcześniej latał w tym słoju po całej klasie, ale jak Grześ tylko potrząsnął, to mu wybuchło. I tyle.
Tak. Życie przynosi nam scenariusze pojechane i niewiarygodne. Takie, których nawet nie można wykorzystać w kinie, bo nikt nie uwierzy, że może się przydarzyć. I dobrze. Bo najgorzej, jakby nudno było.

admin

4 lutego 2010
Wiola ma adoratorkę. Adoratorka ma obsesję na punkcie Wioli. Ostatnio adoratorka wytropiła naszą Wiolcię na… rosyjskim forum pomeranianów i zadała pełne rozpaczy pytanie, dlaczego Wiola pisze tam, a nie na polskim forum, gdzie pisze adoratorka. Ubaw mamy po pachy, bo Piotr, mąż Wioli, rażony ogromem namiętności panny z obsesją, chodzi teraz i ciągle cmoka Wiolę (nawet, gdy rozmawiam z nią przez telefon – Piotr, ja wszystko słyszę!). Ale, jak tu wytłumaczyć adoratorce, że obsesja jest po prostu nużąca i męczliwa bardzo?

Ale, uderzmy się w piersi. Chyba każdy z nas ma jakąś większą lub mniejszą obsesję. Moją jest prawdomówność, co wpędza mnie czasem w kłopoty (na przykład na świętych redakcyjnych zebraniach). Uwarunkowane jest to genetycznie i astrologicznie – jestem spod znaku Panny i po prostu muszę walić prawdą po oczach. Z tą właśnie cechą związana jest moja największa trauma: strach i poczucie winy, że naraziłam moją przyjaźń z Anią na szwank.
Anię (żona Waldiego) kocham nad życie. Szkoda, że nie znają się z Wiolą: mają tak samo cudne dusze i serca, są piękne i na wskroś dobre. Moim marzeniem jest poznanie ich ze sobą (na przeszkodzie stoi rozmieszczenie geograficzne). Kiedyś Ania i Waldi pokłócili się namiętnie o jakąś sprawę. No i ja, o zgrozo, walnęłam prostolinijnie:
- No wiesz, Aniu, ale on ma rację.
I Ania wtedy na mnie SPOJRZAŁA. To było spojrzenie pełne zdziwienia i bólu. Nie tego spodziewała się po przyjaciółce. Zrozumiałam to w jednej chwili: pal diabli prawdę, moja przyjaciółka ma zawsze rację! Czułam się jak ostatnia świnia, tym bardziej, że niczego tak bardzo nie cenię u ludzi jak lojalność. Ania nigdy nie przyznałaby racji mojemu oponentowi.
Było to parę lat temu i o niczym innym tak nie marzyłam, jak o wykazaniu się lojalnością wobec Ani. Nie to, żebym im źle życzyła i żeby się pożarli, czy coś. No, ale wiecie… chociaż pyskówka jakaś, żebym mogła wykonać wymarzony geścik. Owszem, były sytuacje, gdy na wszelki wypadek upewniałam się:
- Ania, to go nienawidzimy, czy nie?
Ale złote serce Ani nie daje mi już pola do popisu. Obawiam się, że ona nie chce także i mnie narażać na ewentualne rozdarcie między Nią, a Waldim. To jest Przyjaciółka! No kocham ją, i już!
Tak. Obsesja ma różne oblicza.

admin

31 stycznia 2010
“Dlaczego?” to jedno z najbardziej filozoficznych pytań, jakie znam. Zauważcie, że rzadko wypływa z ciekawości. Zazwyczaj dotyczy głębszej natury rzeczy. Normalnie, czysta filozofia.

Jednego wieczoru, gdy świętowaliśmy z adoratorem którąś tam naszą rocznicę w nastrojowej knajpce, padło filozoficzne “Dlaczego?”. Adorator wrócił właśnie z toalety i miał obłęd w oczach. Chwilę milczał, chwycił za kieliszek szampana, wychylił duszkiem i obejrzał się z niepokojem za siebie. A potem konspiracyjnie nachylił się i zaczął wzburzony opowiadać:
- Stoję przy pisuarze, a tu z męskiej ubikacji wychodzi KOBIETA! Ja dalej stoję przy pisuarze. A ona podchodzi do mnie i wyciera ręce w moją koszulę! Dobrze, że chociaż umyła ręce, bo umyła, nie powiem, nie pomoczyła ich, tylko umyła. DLACZEGO ona to zrobiła?!
Nie umiałam na to odpowiedzieć, ale przyjrzałam się KOBIECIE, wskazanej dyskretnym ruchem głowy. Siedziała samotnie przy stoliku i zamawiała właśnie kolejny kieliszek wina. Może jej się pomyliło? Znaczy kółeczko z trójkącikiem i koszula z ręcznikiem?
Adoratora wzburzenie gryzło okropnie: dlaczego i dlaczego to zrobiła?
- A idź i zapytaj – nie wytrzymałam, bo tego wieczoru filozofia była ostatnia rzeczą, która chodziła mi po głowie.
Adorator z determinacją wstał, podszedł do KOBIETY, ukłonił się i rzeczywiście zadał pytanie:
- Dlaczego pani to zrobiła?
KOBIETA spojrzała na niego lekko zamglonymi oczyma i rzuciła tak jakoś w eter:
- Nie rozmawiam z nieznajomymi.
Ja o mało nie spadłam z krzesełka, ale, oczywiście, tak jawnie nie mogłam rechotać. KOBIETA od razu mi się spodobała, ale wiecie… lojalność to lojalność. Adorator nigdy nie otrzymał satysfakcjonującej odpowiedzi, niestety. Jak na mój gust, może ona w tej męskiej toalecie nie zobaczyła ręczników? A może KONTESTOWAŁA? Taaa… czysta filozofia.

Czasem ją wspominamy i pytanie ciągle pozostaje bez odpowiedzi. I może dobrze. Bo zwykłe przeoczenie ręcznika, odebrałoby KOBIECIE cały dramatyczny urok. Wolę myśleć, że jej historia miała drugie dno. Zupełnie jak napis “Głupi kaowiec” w damskiej toalecie z “Rejsu”. Mówię wam: pytanie “Dlaczego?” to czysta, najczystsza filozofia!

admin

21 stycznia 2010

Zima uziemiła mnie w domu. Śniegu mamy tak do tyłeczka. Do Niehiltona prowadzi udeptana ścieżka. Tta ścieżka idzie potem w kilku kierunkach. Jeśli się z niej krokiem zboczy, to wpada się w zaspę i śnieg włazi do butów. Chodzimy więc utartymi ścieżkami.

- No… to jak na spacerniaku – podsumował sceptycznie Irek z Jagodnego.

Spacerniak! No właśnie! Irek otworzył mi oczy! Jestem w więzieniu! Masakra.

O Irku jeszcze nie pisałam. Irek jest mistrzem w powożeniu zaprzęgami parokonnymi.  Nikt tak nie smaży karpia, jak on. Jest twardzielem, ale raz widziałam, jak miękną mu kolana. Nagrywaliśmy wtedy mój  program w TV Siedlce. Natalka się trochę nudziła. Była w zaawansowanej ciąży. Podeszła do otwartego okna, a studio mieści się na XI pietrze. A potem wszystko stało się błyskawicznie: Irek zerwał się, podbiegł do niej, zatrzasnął futrynę i patrzył w panice, czy nic jej się nie stało. Natalka zaś ze zdziwieniem.  Jeszcze nigdy nie widziałam w jego oczach takiego strachu!

Uwielbiam jego poczucie humoru. Zawsze stawia sobie za punkt honoru odprowadzanie gości do samochodów. Każdy macha ręką, bo wJagodnem czuje się jak w domu:

- Irek, trafimy!

Irek kłania się z galanterią i serwuje złotą myśl:

- Gość porządnie odprowadzony nie ma prawa zawrócić!

Justyna pojechała kiedyś do Jagodnego, aby napisać o sukcesach Irka. Akurat Ukraińcy poprosili go, aby trenował ich kadrę narodową. Justynę powitała entuzjastycznie Helenka, córka Irka i Natalki.

- A jabłusko jes najlepse – zaatakowała Justynę z tajemniczą miną.

Justyna, osoba spolegliwa, przytaknęła, że tak jabłuszko dobre na wszystko.

- A jabłusko jes najlepsze – znowu podkreśliło dziecko z naciskiem.

Po kilku kolejnych zagajeniach o jabłusku, Justyna zadała w końcu właściwe pytanie:

- A dlaczego jabłuszko jest najlepsze?

Helenka zniżyła głos konspiracyjnie:

- Bo po jabłusku jes kupka!

Jasne! Od tamtej pory, co niektóre sprawy kwitujemy z Justyną:

- A jabłusko jes najlepsze!

Tak, Helenka to klasyk. Jak tatuś. A ja mam spacerniak!

admin

19 stycznia 2010

Hurra! Twardzielki się spodobały i jest już wydawnictwo, które chce je wydać! Cieszę się niesamowicie! Otrzymałam bardzo miłego  maila! Napiszę o tym więcej, gdy już omówimy szczegóły! Sukces będę mogła odtrąbić dopiero po podpisaniu umowy przecież. A to przede mną.

Wczoraj trzaskałyśmy z Madzią w squaha. Madzia była po nocnym dyżurze, spała tylko godzinę i była na strasznej adrenalinie. Całą noc ratowała życie malutkiego dziecka.

- Ale wiesz, chyba będzie dobrze – uśmiechnęła się ze zmęczeniem.

A potem zaczęła walić takie piłki, że mało mnie nie dziurawiło na wylot. To był mecz na same długie piłki! Uff!

Patrzyłam na nią z podziwem. I wiecie co? Dotarło mnie, że wokół nas są tacy cudowni ludzie! Przecież ta Madzia jest prawdziwą bohaterką. I twardzielką!

A za “Twardzielki” trzymajcie kciuki! Nawet nie wiecie, jak się cieszę!

admin

16 stycznia 2010

No to wygląda na to, że akcja “zielona starzała” (czyli jak leciałam z drabiny) ma swój ciąg dalszy w moim kolanie. Jak nic, uszkodzone! Jeszcze się łudziłam, że przejdzie, ale skoro opuchlizna przez miesiąc nie zeszła, a kolano dalej nie chce się zginać do końca, znaczy coś jest na rzeczy… A niech to jasny szlag!

Bachor na mnie wrzeszczy, że muszę iść do lekarza. Tłumaczę, że nie mogę, bo wiem, że jak mnie nieumiejętnie dotknie, to będzie bolało, jak cholera.

- Pójdę, jak przestanie boleć – zapewniam.

Dzisiaj zadzwoniła do mnie pani Irena. Ma 90 lat, pisze wiersze i jest kopalnią wiedzy o wszystkim.

- No, to ty dziewczyno nie poskaczesz – zawyrokowała. – A chciałam cię zaprosić na naleweczkę… Bo wiesz… ja codziennie… kieliszeczek… Sama robię, na spirytusiku.

Dostało mi się jeszcze od niezdar i niezguł.  Że niby taka sprytna jestem, a proszę… kaleka. W powyższych okolicznościach pani Irena uznała, że nie będzie mnie poić spirytusowym dobrem. Chyba w trosce o to, co sobie jeszcze zrobię, gdy już od  niej wyjdę…

- A ty pamiętasz, dziewczyno, jak sie nazywał taki jeden, gruby?

Kompletnie nie wiedziałam, o kogo jej chodzi.

- Ech, bo wy młodzi, to kiepską pamięć macie – dobiła mnie pogardliwym machnięciem ręki

Zastanawiam się, czy nie zadzwonić do Piotra. Bo z Piotrem, to jest tak: facet ma nieprzeciętną inteligencję, jest błyskotliwy, jak brzytwa! Uwielbiam z nim rozmawiać i nie kryję zachwytu. Co i rusz mu powtarzam, jaki jest mądry, przystojny i niesamowity. Czasem nawet od tego zaczynam rozmowę.

- Nie musisz mi, aż tak słodzić, jeśli chcesz mnie zaciągnąć do łóżka – wzdycha czasem łaskawie, a ja potem długo nie mogę nic powiedzieć.

Ale czasem jest tak, że ja mu mówię, jaki  jest mądry i śliczny, a on mamrocze ponuro:

- Nie. Nie jestem…

I, nie ma siły, żeby go przekonać, że śliczny i mądry jest!

Zadzwoniłabym poskarżyć się, że osiągnęłam etap w życiu, kiedy nawet 90-cio letnie panie nie chcą się ze mną napić. Gdyby był w podłym nastroju, moglibyśmy razem ponarzekać. On jest po kontuzji barku, ja kolana. U nich jest zimno, u mnie też. Moja jedna suka ma cieczkę, ale u nich pięć… Obawiam się jednak, że jeśli ma nastrój skowronka, to mnie dobije.  Jak pani Irena. I nawet nie ma co wtedy mu podpowiadać “podręcz mnie trochę”, bo potrafi wymówić się z wyższością:

- Raczej nie jestem zaangażowany w ten projekt.

Pani Irena zamiast nalewki zaproponowała mi maść ichtiolową. A potem się szybko rozłączyła, bo chciała się wybrać na przegląd kolęd.

- No, to cześć! – zakończyła beztrosko rozmowę. – Spieszę się! A ty może weź sobie jakąś laseczkę do chodzenia.

I tyle jej było.

To ja idę po tę maść ichtiolową.

admin

14 stycznia 2010

No, dobra… To powiem o niespodziance…Zgodnie z umową wysłałam do wydawnictwa Red Horse książkę “Gonić króliczka II” (to roboczy tytuł, sugeruję wydawnictwu tytuł “Dobrze jest!”). Ale jest jeszcze coś…. Równolegle nad książką dla RH pracowałam nad kolejnymi dwoma pomysłami! Jeden z nich zakończyłam i wysłałam w świat. To powieść “Jak to robią twardzielki…”. Drugi jest w trakcie “mąk pańskich” czyli twórczych. To się nazywa “płodna pisarka”. Ha!

Czekam teraz niecierpliwie na odpowiedź z wydawnictw, do których wysłałam Twardzielki. Trzymajcie kciuki! Zapewniam, że w Twardzielkach czeka was spora dawka śmiechu!

Pewnego pięknego dnia moja droga redakcja została zmuszona do intensywnego myślenia nad tytułem powieści. Wiadomo, że najlepszy w tytułach jest kolega Darek. O rany! czego to on nie wymyślał! I chyba wszystko było dobre! Stanęło w końcu na “Jak to robią twardzielki…”

Aniu z Sanoka! Dziękuję za pomoc przyjacielsko-redaktorsko-korektorską!

Wiolu! Czytaj, bo czekam na opinię!

Justyna! Dzięki za podnoszenie na duchu!

A wy kochani: trzymajcie kciuki za Twardzielki. Ja w nie wierzę!

Ot, surpriza, co?


FireStats icon Działa dzięki FireStats