admin

14 stycznia 2012

- Im więcej wina piję, tym mniej mi się podoba Angelina Jolie! – stwierdziłam z niepokojem.

- Eee… na mnie to tak nie działa – Guciowa podejrzliwie obejrzała swój kieliszek.

Szczęściara!

Siedziałyśmy jak za Starych Dobrych Czasów i żłopałyśmy winko. To było nasze pierwsze spotkanie w nowym roku. Tym samym widzicie, że wcale nie przegapiłam, iż mamy już 2012 rok:)). Pewnie jesteście ciekawi, jak przestawiała się uroda Angeliny Jolie… jakiś czas później. Hmm… Nie pamiętam.

Przeczytałam w ostatnim Newsweeku rzecz niebywałą. Podważającą sens naszej silnej woli. Mianowicie dwóch socjologów uknuło teorię, że najbliższe otoczenie ma na nas ogromny wpływ. Do tego stopnia, że jeśli nasi znajomi są otyli, to zaczniemy tyć! Co więcej: jeśli znajomi naszych znajomych są otyli – to też będziemy tyć! Jasna cholera!

Od razu zrobiłam szybki przegląd znajomych. Hm… Bo wiecie, ja tu się ciągle odchudzam i odchudzam, a wychodzi na to, że mogę się starać i strać, a znajomi i tak zrobią mi w poprzek! I znajomi moich znajomych też!

No to robię ten przegląd, i robię… I myślę sobie: dobrze jest! Tylko w mojej redakcji co najmniej trzy dziewczyny schudły. I to jak! Laski są! He, he, he… Pomyślałam sobie, że w takim razie wcale nie muszę się wysilać z tym odchudzaniem. Jeśli to prawo działa, to im bardziej będę chudły one… No wiecie. One sobie od ust odejmą, a ja i tak schudnę!  Baaardzo jestem za tą teorią, bardzo!  Co za dobra wiadomość w nowym roku! Oby więcej takich!

I tego wam właśnie życzę w 2012 roku: samych dobrych wieści, optymizmu i kochanych znajomych (i ich znajomych), którzy będą mieli na nas i na nasze życie dobry wpływ:))). Tego wam życzę ja, Zaczyńska!

admin

25 grudnia 2011

Zdrowych, szczęśliwych i wesołych!!!! Dziękuję wszystkim za świąteczne życzenia! Pozwólcie, że tutaj odpowiem wszystkim: bądźcie szczęśliwi i niech spotykają was same dobre rzeczy!!!

Przy okazji świąt zrobiłam rachunek sumienia. I wyszło mi, że niektórzy mają ze mną krzyż pański. Przed samymi świętami, na przykład, straciłam pogodę ducha i puściłam siarczystą mięsną wiązkę z dźwięcznym, mocno podkręconym  „rrr” w środku. Trafiło na rzecznika policji.

Jerzy Długosz, rzecznik siedleckiej policji, to Anioł. Chyba prawdziwy. NIGDY nie używa (nie słyszałam) brzydkich wyrazów. Cierpliwie czeka, aż wyrzucę z siebie, to co mam do wykrzyczenia i bardzo grzecznie mówi, że oddzwoni.  I oddzwania. Nigdy nie jest obrażony. No, ale przyznam, że bluzgam tylko wtedy, gdy chodzi o zwierzęta i nieumiejętną policyjną interwencję. TYLKO wtedy. Rzucam, za przeproszeniem, ku…mi, jakbym się urodziła z tym słowem na ustach.  Nigdy nie bluzgam, gdy chodzi o inne sprawy. Tylko przy biednych zwierzakach czuję się tak bezsilna, dostaję takiego amoku, że drę się „idźcie, ku..wa, na jakieś szkolenia!”, a jak już policjanci się przeszkolili, to rozpaczałam „to co to, ku..wa, za szkolenia były?! Idźcie, ku..wa, jeszcze raz!”.

Teraz bardzo nad tym ubolewam. Rzecznika przeprosiłam, ale ten ANIOŁ (prawdziwy chyba), stwierdził pocieszająco, choć z pewną rezygancją:

- Pani redaktor, nic się nie stało… Taki pani temperament.

Gdybym umiała piec ciasto, to bym mu upiekła! Słowo! Ale, że nie umiem, to mu kiedyś umyję samochód. Ponoć to męski sposób wyrażania uczuć, ale nic na to, ku…a,  nie poradzę.  Ups!

A przed świętami dostałam renifera z piernika. Upiekła go Ewa, która tu często wpisuje się na blogu, jedna z moich najukochańszych czytelniczek! Przywiozła reniferka do redakcji. Jak on pachniał!!!!

Przyznaję: zeżarłam renifera! Nie mogłam się powstrzymać! Gdyby nie głęboka samoakceptacja, pewnie bym się teraz kiwała w pozycji embrionalnej i powtarzała: nienawidzę się za to.  Ale, co tam! Renifer był pyszny!!! To był mój pierwszy zeżarty renifer i dobrze mi  z tym!

Wczoraj na Wigilii u mojej mamy było bardzo fajnie. Wszystkie babeczki przyznały, że trochę utyły. Hehe… nawet moja matka spuściła skromnie oczęta i wyznała:

- No, dobra… ja też troszkę przytyłam…

Jak miło tak tyć w towarzystwie. Nie za dużo, ot tak, dla pikanterii. Żeby życie miało smaczek. Piszę o tym, bo właśnie stoi przede mną talerz z pysznościami, które mam zamiar zjeść. Aczkolwiek od konsumpcji renifera nic mi jeszcze tak nie smakowało, jak on. No, ale to przecież to dopiero pierwszy dzień świat, no nie? To wszystkiego najlepszego! I nie krępujcie się.  Pochłaniajcie wszystko, jako i ja pochłaniam. Wesołych świąt!!!!

admin

9 grudnia 2011

Każdy ma takiego renifera na jakiego zasługuje. Tak myślę. Za moim oknem chodzą krowy. W grudniu! Taka pogoda (do wczoraj), że gospodarze powyciągali elektryczne pastuchy i wypuścili krasule na popas. W radiu dzwoneczki dzwonią, Mikołaj robi „ho ho ho”, a ja mam takie renifery, na jakie zasłużyłam. O! Z cyckami!

Pan Roman mnie nawiedził. Znaczy przyszedł pod bramę i wywołał mnie domofonem.

- Ktoś chodził pani w nocy po werandzie! – poinformował mnie uroczyście. – Widziałem, bo światło się paliło.

Jeśli światło się paliło, to na pewno byłam to ja. Więc go uspokajam:

- To pewnie ja chodziłam panie Romanie.

- O wpół do pierwszej w nocy?! No co pani! To był ktoś inny.

Dyskusja robiła się ciekawa.

- To może duch? – pytam podchwytliwie.

- Duch? Duchów nie ma. Tylko wie pani… To było dziwne.

- Czemu dziwne?

- Hmm… taki łeb miało!

O masz ci los! Zaczęłam sobie przypominać, co mnie opętało, żeby latać po werandzie o wpół do pierwszej w nocy z jakimś łbem. Ale czarna masa! Nic nie pamiętam.Ale sensację zrobiłam.

- No mówię pani, taki łeb miało… Wlazłbym, żeby zobaczyć co to, ale te pani psy by mi dupę wygryzły! To nie wlazłem.

No i tyle żeśmy sobie pogadali. Stanęło na tym, że to był duch, choć pan Roman ewidentnie mnie sondował, czy nie mam przypadkiem jakiegoś kochanka z wielkim łbem. Kochanek, jak kochanek, ale czemu taki łeb miał?!

Moja matka cały czas mówi, że nie jest rasistką. Mam wątpliwości. Oglądała Taniec z Gwiazdami i cały czas się denerwowała:

- Jeszcze ten Mongoł wygra!

Gdy oponowałam, że co będzie mu żałować, wkurzała się jeszcze bardziej.

- Bo to Kasia ma wygrać! Ja ją tak lubię!

Kasia odpadła, a Bill czy jak mu tam – nie wygrał. Sprawiedliwości stało się zadość. No nie wiem, czy moja matka jest grzeczną dziewczynką. Tak się zastanawiam pod kątem rózgi i prezentu. Ja moją gwiazdkę czarno widzę. Grzeczna nie byłam, tak do końca… a renifery za oknem nie nastrajają optymistycznie. Taaa….  Każdy ma renifery na jakie sobie zasłużył.

admin

12 listopada 2011

Jest mi cholernie, cholernie przykro. Zmarła doktor Krystyna Jałyńska-Kwiatkowska. Była pierwowzorem jednej z bohaterek „Gonić króliczka”. Nie znała słowa „niemożliwe”. Uwielbiałam ją.  Byłam pewna, że wygrała z „nieuleczalną” chorobą, bo jeśli nie ona, to kto?! Po pięciu latach przegrała. Zawsze, gdy dzwoniła, zaczynała entuzjastycznie:

- Pani Mariolu! Musimy zrobić to… czy tamto…

I robiłyśmy.

Najbardziej pamiętam upalne lato, gdy jeździłyśmy moim starym suzuki po piaszczystej drodze z otwartymi oknami (bo suzuki nie miało klimy) i szukałyśmy chudego psa, którego widziała i którego robotnicy poczęstowali kanapkami. MUSIAŁYŚMY go znaleźć, bo psisko było zalęknione i słaniało się na nogach. Znalazłyśmy. Finał był szczęśliwy, bo robotnik, który go karmił, zabrał go do siebie. Ale jeździłyśmy tak: spocone, utytłane w kurzu, bo przecież… pies!

W ośrodku, który założyła – pierwszy w Polsce całodobowy dom opieki nad osobami z chorobą Alzheimera – nowe życie miały też psy, których nie udało się nam (Towarzystwu Przyjaciół Zwierząt AMICUS) szczęśliwie przekazać do adopcji. To były skrajne „sieroty”. A w ośrodku, przy chorych, którzy byli już jak dzieci, psiska dostawały nową szansę. Przestawały się bać, zaczynały ufać. Spasły się, wylegiwały w słońcu. Były szczęśliwe.

Wielu ludzi jej bardzo wiele zawdzięcza. Uwielbiała podróżować z mężem. I tu – ciekawostka. Zawsze tam, gdzie pojechała i szczęśliwie wróciła… coś się potem działo. A to turystów wystrzelali jak kaczki przy piramidach, a to trzęsienie ziemi… Zawsze, gdy gdzieś w jakimś zakątku świata się coś działo, zastanawiałam, się pani Krysia aby tam nie była kilka tygodni wcześniej…

Będzie mi jej brakowało. Boże, jak będzie mi jej brakowało! Jej siły, energii, przebojowości.

Nikt tak jak ona nie potrafił wytłumaczyć złożoności relacji ludzkich. Była jednym z pierwszych polskich seksuologów (podstawowa jej działalność to psychiatria).  Pamiętam naszą rozmowę sprzed lat, w samochodzie, gdy wracałyśmy z nagrania do naszej siedleckiej telewizji. No wiecie… mieć specjalistę pod ręką i nie wywnętrznić się?! Przez całą drogę analizuję się skrupulatnie i dociekam, dlaczego wolę starszych mężczyzn.

- Pewnie szukam ojca, co?

Pani Krysia robi swoją minkę i spokojnie wali między oczy:

- Ale oni, pani Mariolu, nie szukają w kobiecie córki. Szukają partnerki, kochanki.

Buch!

Ale, zapamiętałam. Do końca życia. Przestałam szukać ojca.

Będzie mi jej cholernie brakowało…

admin

24 października 2011

Nie nadążam! Pojechałam do Gdyni asystować przy porodzie Miłki (to suczka pomeraniana, którą kupiłyśmy z Wiola wspólnie). Miłka poszła w zaparte, ja przedłużyłam pobyt na maksa, a ona i tak oszczeniła się tej nocy, kiedy wyjechałam! Potem był Panel Pisarek i niesamowite spotkanie z odlotowymi babkami:))). Okazało się, że generalnie nadajemy na tych samych falach i dawno już, żadna z nas, tak dobrze się nie bawiła jak podczas naszego spotkania!  Potem pojechałam w Bieszczady odreagowywać u Ani z Sanoka i tam poznałam kolejnych cudownych ludzi. No, jak ja mam złapać jakiś oddech? A w międzyczasie był jeszcze proces pana Romana.

Pan Roman podał mnie do sądu.

- Na świadka! – zapewniał uroczyście i pouczył mnie: – Ma pani tylko powiedzieć, że jak jestem pijany to nie bluzgam!

W sądzie musiałam złożyć uroczystą przysięgę, że będę mówić prawdę i tylko prawdę. Złożyłam. Okazało się, że sprawa jest o zapłatę za ukradziony skuter. Hmmm…

- Co pani wie o okolicznościach kradzieży skutera – zapytał uprzejmie pan sędzia.

- …Nic!… – zrobiłam oczy jak spodki.

Sędzia się stropił. Chciał wiedzieć, po co panu Romanowi taki świadek, co nic do sprawy nie wnosi.

- Bo świadek może powiedzieć, że jak jestem pijany, to nie bluzgam. A ci (tu pan Roman wskazał pustą ławę oskarżonych, którzy nie stawili się na sprawie) powiedzieli, że chodzę pijany i bluzgam.

Sędzia chwilę milczał i widać było, jak usilnie stara się zachować powagę Wysokiego Sądu. Zmarszczył brwi i zapytał:

- Czy pan Roman pije alkohol?

- Lubi! – odpowiadam zgodnie ze złożoną przysięgą.

- A czy jak się napije to bluzga? – sędzia dziwnie przygryzł wargi.

- Nie bluzga Wysoki Sądzie! Jest bardzo uprzejmy, bo nawet gdy zdarzy mu się zasnąć pod moją bramą, a ja go obudzę, to wstaje, kłania się i dziękuje, że go obudziłam.

Sędzia otarł kącik oka, a ja musiałam dyskretnie użyć chusteczki, bo obawiałam się, że mi makijaż popłynie.  Ryczeliśmy z tłumionego smiechu, a wszystko w majestacie sądowej powagi.

- Ale o kradzieży skutera pani nie wie nic?

- Nic!

Sędzia przez chwilę przełykał ślinę, by z wielką powagą zwrócić się do pana Romana.

- Świadek był wiarygodny i przekonał Sąd, że jak pan się napije, to nie bluzga – powiedział dziwnie wysokim głosem.

Wiedziałam, że jeszcze chwila, a Wysoki Sąd wpadnie w histeryczny śmiech, z którego tak prędko się nie wykaraska. Wychodziłam z sali rozpraw w mokrymi od tłumionego śmiechu oczami. Nie wiedziałam, czy moje zeznania usatysfakcjonowały pana Romana. Ale chyba, tak. Potem, jak mnie nie było (zaczął się panel), zaczepił moją mamę i przynał:

- Wzruszyłem się.

Ja do tej pory chodzę wzruszona.

A teraz siadam w końcu do pisania książki.

admin

2 października 2011

No i znowu muszę się kajać i obiecywać, że się poprawię. A to czas zwariował, nie ja! Przecież byłam w międzyczasie nad morzem, zapisałam kupę kartek… No, nie miałam czasu tu zaglądać, sorry!

Na ostatniej sesji rady Miasta ktoś wyciął taki numer, jak kiedyś mój pies na konferencji prezydenta Siedlec. Mianowicie na tej tejże konferencji, moja Clarabella, którą musiałam zabrać do doktora, więc poszła od razu ze mną na konferencje prasową – po cichutku puściła bąka. Siedziałyśmy na szczęście na końcu, żeby nie wzbudzać sensacji (no wiecie, pani z pieskiem i takie tam), ale Aneta ze SPINU czujnie spojrzała w naszą stronę i nawet lekko się zarumieniła. Zakłopotana była. Zaczęłam więc dawać jej dyskretne znaki, że to nie ja. Kiwała głową jeszcze bardziej zakłopotana: tak, tak, nie przejmuj się. To naprawdę była niezręczna sytuacja!

A na sesji siedzimy sobie jak zwykle w kącie szyderców i patrzymy, jak po tradycyjnej przerwie w obradach zmierza do nas Mazzi z Radia dla Ciebie. I nagle z twarzą Mazziego robi się coś dziwnego. Zawsze pogodna i uśmiechnięta wykrzywiła się nagle tak, że nos niemal dotknął mu ucha. My w rechot, a Mazzi tłumaczy:

- Ale tam śmierdzi!

Nikt mu nie uwierzył, bo Mazzi krzywił się niedaleko nas, a my nic nie czuliśmy. Zaraz jednak na salę wszedł skarbnik miasta. I powtórzył gest Mazziego. Zamknął się jakoś w sobie, wytrzeszczył oczy i rozejrzał się w koło tak, jakby chciał kogoś zabić.  Ryknęliśmy takim śmiechem, że dobrze, że nas z obrad nie wyrzucili. Aneta przytomnie zauważyła:

- Przecież Mariola nie ma psa…

No i znowu ryczeliśmy. A ten „śmierdziel” był jakiś dziwny, okazało się. Nie wędrował, tylko stał w jednym miejscu. Przepraszam, że dziś o takim niewybrednym temacie piszę, ale jak się ma do czynienia z takim fenomenem… Nie to, żebyśmy zaraz tropili, kto śmierdziela uczynił, nic z tych rzeczy! Niech sobie pozostanie tajemniczy… Ale kłopot był.

A na konferencje już nie chodzę z psami. Nieobliczalne są. :) ))

admin

22 sierpnia 2011

Wakacje to dla mnie zawsze trudny czas. Trudny, bo taki intensywny. Gości dużo, pracy dużo, obżarstwo, wyjazdy i rozjazdy, sami wiecie. No, kurde, dzieje się. I weź tu człowieku się zdyscyplinuj, i pisz! W dodatku przeżyłam najobrzydliwszą rzecz na świecie!

Bono opowiadała ostatnio w redakcji o przeżyciu metafizycznym, którego doświadczyła w Gruzji podczas tych wakacji. Sikaliśmy ze śmiechu. Nie z przeżycia, bo było ono z dreszczykiem, ale z pobocznej postaci, plączącej się przy przeżyciu.

- Myślałam, że biega ten Koreańczyk – opowiada Bono. – Goły biegał. Po korytarzu. Z zieloną maseczką na twarzy.

- Dlaczego zieloną? – tylko Piotrusia odetkało i zadał sensowne pytanie.

- Nie wiem. Może z ogórków – macha ręką Bono i dalej chce opowiadać o przeżyciu metafizycznym.

- Goły latał? Po korytarzu? – upewniam się.

- Tak. Miał 70 lat – macha ręką Bono i dalej przymierza się do opowieści.

Było widać, że przywykła do tego biegającego gołego Koreańczyka z zieloną maseczką na twarzy, ale my byliśmy wstrząśnięci. Cholernie nam się spodobał! Ten Koreańczyk. Co ja gadam: spodobał. On po prostu zawładnął naszą wyobraźnią! Dziś nie potrafię do końca odtworzyć przeżycia metafizycznego Bono, ale gołego Koreańczyka pamiętam jak żywego!Przez długą chwilę zastanawialiśmy się, czy jest to coś obrzydliwego, czy wyjątkowego… Zdania były podzielone.

A ja wiem, co jest najbardziej obrzydliwe na świecie. Pułapka na muchy! Czegoś bardziej obrzydliwego nie udało się jeszcze nikomu wymyślić! A było to tak…

Pułapkę na muchy zamówiłam w internecie, płacąc coś ok. 80 złotych. Pułapka to był stożkowaty worek z przykrywką. Wlewało się do niego jakąś capliwą przynętę. Muchy tam wlatywały, ale nie mogły już wylecieć. No, pułapka, jak marzenie. Ponoć nawet w milion tych złapanych much mogło iść. Kupiłam – zawiesiłam.

Muchy faktycznie ładowały się do pułapki jak marzenie. W ciągu kilkunastu dni worek zrobił się aż czarny od złapanych much. Był tylko jeden problem. To było tak obrzydliwe, że nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić. Powinnam zmienić worek, ale jak sie do tego zabrać?! Omijałam czarną od much, rojącą się cholerę wielkim łukiem!

Czarna cholera wisiała i robiła się coraz cięższa i grubsza. Po jakichś 2 – 3 tygodniach wiszenia przyjechała moja matka. Chodzi, kręci nosem i wzdycha:

- Dziecko. Gdzieś masz jakąś padlinę. Potwornie śmierdzi!

Matka na wszelki wypadek przeliczyła moje psy i koty. Wszystkie były. Zaczęła szukać padliny na własną rękę. Nie znalazła. A mnie olśniło: pułapka! Podchodzę, niucham… matko boska! Padlina wali, że hej!

No cóż… musiałam się z nią zmierzyć. Tą pułapką. Ale minął jeszcze tydzień, zanim się psychicznie nastawiłam. Rozpaliłam ognisko, wzięłam widły i przeniosłam cały nabój w ogień! Co za ulga! Nie bawiłam się w żadne wymiany woreczków! Nigdy więcej żywych pułapek!

Ognisko się wypaliło, ale śmierdziało z niego tak, że nie podchodziłam. W wielkiej traumie zamknęłam się w domu. Jakąś godzinę później przyszedł sąsiad, pan Józik. Stanęliśmy przy garnku, gadamy, a mnie od czasu do czasu – o zgrozo – dobiega padliniasty smród pułapki. Ki diabeł?! Na głowę mi padło, czy co? Gadamy, gadamy, a ja nagle patrzę, że moje psy się dziwnie zachowują. Niuchają trawę przed garażem i z lubością się w niej tarzają… Nawet w kolejce stoją do tego tarzania… Podchodzę ja ci bliżej… Jakim cudem leży tu nadpalona pieprzona pułapka pełna czarnego ścierwa?!

Wpadłam w amok. Złapałam kija, by szybko nadziać cholerstwo i wywalić, byle dalej od psów! Ale Chudy wyczuł pismo nosem, złapał worek w zęby i w nogi. Biegł, a za nim wylewał się szlaczek cuchnący padliną. Cała ferajna rzuciła się do tarzania. No to wpadłam w jeszcze większy amok… Wyjechałam traktorkiem kosiarką i jak wściekła debilka jeździłam z szaleństwem w oczach i z dzikimi rykami w kółko, ryjąc darń do gołej ziemi. I jeszcze raz! I jeszcze! I jeszcze!…

- Won! – darłam się do psów. – Won!

Wyryłam niezłą dziurę w trawniku.

A potem musiałam wykąpać psy.

Były niepocieszone.

Ja pierdzielę!

Nigdy więcej pułapek na muchy.

admin

14 lipca 2011

Mój redakcyjny kolega Artur, chłopisko olbrzymie i w dodatku z dużym poczuciem humoru, szedł za mną dosyć ostrożnie. Ponoć dlatego, że szłam zamaszyście. A on miał już do czynienia z zamaszystością. Na wczasach.

- Rozumiesz, idzie sobie nieduża kobietka, maszeruje dziarsko, takim żołnierskim krokiem. Lewa, prawa, a ręce, jak wiatraki, jak u żołnierza na defiladzie, lewa, prawa – opowiada. – Mija mnie, i nagle: bach!

Bach wypadło na wysokości dosyć newralgicznej dla mężczyzn. Dziarska kobieta zupełnie niechcący zahaczyła go tym wymachem rąk. Jęk i kurczliwa reakcja kolegi wprawiła ją w panikę. Przepraszała i chciała ratować sytuację, ale ta była wyjątkowo delikatna: ani podmuchać, ani pogłaskać dla ukojenia bólu. Obcemu mężczyźnie?

- Bo wie pan, ja z kijkami chodzę – tłumaczyła się. – No tu na wczasach jestem i kijków nie mam, ale te ręce mi tak latają, jak na kijkach. Zamaszyście.

Artura rozumiem. Tym bardziej, że mnie zamaszystość też się zdarza. Skutkuje zazwyczaj przewróceniem kieliszka wina (nagminnie), gdy coś tłumaczę. Co i rusz mam guza, bo idę jak czołg przed siebie i zdarza się, że wyrżnę głową w jakąś wiszącą szafkę (nienawidzę wiszących szafek!). Cierpi także mój samochód, bo dosyć zamaszyście ścinam zakręty lub wjazdy do podziemnych garaży. A potem mnie pytają: gdzieś się tak przytarła?

Jadwiga też zyje zamaszyście. Wracałyśmy z wystawy psów, a ona nic, tylko do KFC.

- Jadzia! Nie jadaj takiego barachła!

- Będę!

- To niezdrowe.

- Taaak? A skąd wiesz, ile będziesz żyła? No?… Wiesz?… Nie wiesz! Ja też nie wiem. Więc będę jadła!

Zatrzymałyśmy się przed panelem do zamówień.

- Polecam skrzydełka i łagodną nóżkę – miły męski głos podpowiadał Jadwidze.

- Może być – poparła ochoczo, a ja powtórzyłam do panela: – Może być.

- Co do picia? – męski głos kompletował zamówienie.

- Eee… nie chce mi się pić – Jadwiga spojrzała na mnie analizując w duchu stan swych pragnień.

- Nic do picia. Będzie o suchym pysku – zaraportowałam usłużnie.

- Rozumiem, o suchym pysku – uprzejmie potwierdził zamówienie miły męski głos.

Jadwiga po chwili wbiła zęby w kurczaczki.

- Jaka boska panierka – jęczała.

Zmusiła mnie tymi zachwytami do zeżarcia kawałka kurczaka (z panierką! fuj!), przez co miałam do siebie potem wielkie pretensje. Kurczak był okropny, jak się spodziewałam. No, ale faktycznie, kto tam wie, ile jeszcze będzie żył, nie ma co się rozdrabniać.

A moje wszystkie plany biorą w łeb! Na koniec miesiąca mam zaplanowany wyjazd do Kaliningradu. A tu, jak na złość, trzy suki dostały wcześniej cieczki! Krycie Atki wypada dokładnie na czas planowanego wyjazdu. Cholera. I tak już jestem podpadnięta Jadwidze, Tomkowi i Marcie (razem jedziemy do Rosji). Jadwiga, jak nie je kurczaków, rozmawia ze mną przez zaciśnięte zęby. Tomek, jak zadzwonię, burczy, że będzie jadł obiad. Ot, życie! Że też nasza własna zamaszystość staje czasem kontrą do innych zamaszystości. Jak to pogodzić?

A suki to mi chyba na złość zrobiły. Trzy cieczki na raz? Dwa miesiące wcześniej? To jakaś zmowa?!

No, to siedzę i kombinuję.

Cholera.

admin

25 czerwca 2011

Dzisiaj miałam zgrzyt. Taki ładny dzień, a ja spotkałam dawną koleżankę z ogólniaka, której życie się nie ułożyło. Zawsze mam wrażenie, że ona albo jest na psychotropach, albo ma kłopot z wódą, albo to i to razem wzięte. No i mam zasadę, że nie kopię leżącego. Koleżanka okazała pewną złośliwość, ale ja się powstrzymałam! Jestem wielka! No, bo przecież nie powiem garbatemu, że garbaty, a przegranemu, że przegrany. Aczkolwiek ostatnio zrobiłam przyjaciołom awanturę o poranku. I wykrzyczałam, co myślę… A było to bladym świtem w Szczecinie, po nocy pełnej przygód w pociągu.

Oni mnie już chyba nie lubią! Myślę o tym bez przerwy. Na pewno już mnie nie lubią! Po tej awanturce.

O tym, że pojedziemy do Szczecina pociągiem zadecydowała Jadwiga, nazywana w naszym gronie Kierowniczką (KEROWNICZKA – jak mawia Adaś).

- Cały przedział będzie nasz, weźmiemy jak za socjalizmu gotowane jajka, bo śmierdzą i nikt nie będzie się chciał dosiadać – roztaczała przed nami upojne wizje.

- I ogórki kiszone!

- I naczosnkowaną kiełbasę! – wykazaliśmy się nie gorszą inwencją.

- Będzie fajnie! – podsumowała Kierowniczka, a my jak te małe szczeniaki nie mogliśmy się doczekać nocy w pociągu relacji Warszawa – Szczecin.

No, i było fajnie. Tomek nie zawiódł i do kulinarnych ekscesów odstraszających potencjalnych współpasażerów dorzucił śledzie. Strzał w dziesiątkę! Pyszne! Zasnęliśmy bladym świtem, przykryci kołderką dla psa. Ja i Jadwiga miałyśmy to szczęście, bo kołderka należąca do psa Tomka wystarczyła tylko na nas dwie.

W Szczecinie wyszliśmy na peron gdzieś około 5.30 rano. Taaa… Okazało się, że tramwaj, który nas miał zawieść spod dworca pod sam stadion, NIE KURSUJE, bo remontowana jest ulica dojazdowa. Taaa… Stoimy z bagażami, z psami przy zasyfionych schodach przed dworcem… I tak stoimy, stoimy…

- Muszę się wykąpać – jęczy Tomek. – Gdzie tu można się wykąpać?

Taaa….

- Napiję się kawy – decyduje Jadwiga i idzie na dworzec postukać w automat.

Taaa… Stoimy dalej…. Dociera do mnie, że chyba nam się coś rozłazi…

- Nie mamy PLANU B?! – pytam ze zgrozą.

Jakiś pan informuje nas, że żeby dojechać na stadion, musimy iść w zupełnie inne miejsce, gdzieś w górę i tam łapać tramwaj… Stoimy dalej… Mijają nas kolejni podróżni z jakiegoś innego pociągu… Wsiadają w autobusy, wsiadają w taksówki…

- Może pojedziemy taksówką? – zastanawia się Jadwiga i idzie na przeszpiegi, kto weźmie pięć osób z psami.

Wraca z informacją, że jest śmiałek, który nas zawiezie za 60 złotych. No! W końcu!

- Eee… tyle pieniędzy… Poradzimy sobie bez taksówki – Marta wzrusza ramionami.

- To tylko 10 złotych na głowę – protestuję, bo nagle wizja opuszczenia zasyfionego dworca zaczęła się oddalać z prędkością odrzutowca.

Szukam poparcia w oczach Kierowniczki. A ona nagle gdzieś ucieka ze spojrzeniem.

- To idź zagadaj z taksówkarzem – mówi jakoś niewyraźnie.

- Ja?! Ty z nim negocjowałaś warunki!

- No i się pokłóciłam. Jak on powiedział, że zawiezie nas za 60, to ja powiedziałam „Dziękuję! Tramwajem będzie taniej” – przyznała Kierowniczka, naśladując nawet ton głosu, taki pełen pogardy i wyższości.

- Tak powiedziałaś?! – jęczę z rozpaczą. – A on co na to?

- „Proszę bardzo!” – Kierowniczka z odrazą naśladuje głos taksówkarza.

No, tak… Tośmy pojechali.

Ostatecznie poszliśmy za dziewczyną z akitą, która wyglądała na przytomną i jakby wiedziała, dokąd zmierza. Pokonaliśmy potworne kilometry z bagażami, ciągle pod górę (porąbany ten Szczecin), aż doszliśmy do do właściwego przystanku. Odczekaliśmy na właściwy tramwaj. Dziewczyna z akitą miała rozpiskę, na którym przystanku trzeba wysiąść. Z internetu wzięła. Ponoć oddział szczeciński sam zamieścił na swojej stronie ściągawkę i mapkę.

Gdy doszliśmy na wystawę, rozbiliśmy namiocik… pękłam. I teraz uprzedzam: będą brzydkie wyrazy, dzieci niech nie czytają, bo to będą bardzo brzydkie wyrazy… Dobra, wykropkuję.

- Ku..a! – darłam się. – I nie można było tak od razu? To nie! Staliśmy na zasyfionym dworcu jak jakieś głupie ch..e! Ten tylko „wykąpać się, wykąpać się”, a ta kawę w tym syfie piła i, ku..a, dalej byśmy tak stali.  Tej, ku..a, za drogo było z kolei. 10 zł, ku..a!Czy tu był jakiś kierownik wycieczki?!

No i tak w ten deseń trochę mi się ulało. Tomek bez słowa, ostentacyjnie zabrał kołderkę i rozłożył ją swojemu psu. Potem razem z Kierowniczką i Martą odeszli na boczek. Adaś zupełnie neutralny został ze mną. Nie wiem, co gadali. Po 10 minutach mi przeszło. Na drugi raz, jeśli nie będzie wyraźnie powiedziane, kto dowodzi stadem i nie będzie planu B – nie jadę!

Do mojej awanturki więcej nie wracaliśmy. W lipcu mamy pojechać razem do Kaliningradu, więc nie wiem, czy się cieszą. Na szczęście, już nie pociągiem. W moim samochodzie, ja będę kierownikiem wycieczki.

Ale powiem wam, że i tak ich kocham! Fajni są. Nawet, jak tak staliśmy, jak te głupie ch..e na zasyfionym dworcu. To po prostu we mnie czasem coś wykipi. I, już.

admin

2 czerwca 2011

Różne rzeczy gubiłam. Firankę zgubiłam, kołdrę zgubiłam… Znaczy kołdra się znalazła: to była ta sama kołdra tylko jakoś inaczej wyglądała. Ale Pszczoła pobiła wszystkich. Pszczoła zgubiła czterdziesty piąty rok życia! Za cholerę nie może się go doliczyć.

A zaczęło się niewinnie: od wyznania, że, kurcze, ma już 46 lat i nic na to nie poradzi.

- Masz 47 – usłużnie sprostował kolega.

- Mam 46 – poprawiła go Pszczoła.

- 47.

- 46.

Kolega był uparty. Pszczoła wzięła się pod boki i sięgnęła po koronny argument.

- Nie mogę mieć 47 lat, skoro w tamtym roku obchodziłam 45. urodziny. Ha! Mam 46!

Ale coś ją tknęło i poszła policzyć na boku, jak to z tymi latami jest. Policzyła.

- K…a! – skomentowała obliczenia.

No, wychodzi, że ma 47 lat…

- To skoro w tamtym roku obchodziłam 45 urodziny, a miałam 46 lat, to gdzie mój 45 rok? – wydarła się oburzona.

No właśnie. Rozumiem jej oburzenie. Żyć bez 45 roku życia?!  Bo, niby co się z nim stało? Musiał być! No, ale nie było. To jak z moją firanką. Była, a nie ma…

Kocham Pszczołę. Zgubić rok życia, zupełnie na trzeźwo, to jest coś.


FireStats icon Działa dzięki FireStats