Archive for the 'Smocze Pole' Category

admin

6 sierpnia 2010

O rany! Moje boćki odbyły dziś pierwszy lot! I JA TO WIDZAIŁAM!!! Nie wiem, być może jestem trochę nadopiekuńcza, bo latam teraz jak w gorączce i sprawdzam, gdzie lądują. Zupełnie, jakbym mogła im zabronić latać gdzie chcą lub pokazywać palcem, gdzie mają przysiąść.  Okropnie się denerwuję!

Akurat był u mnie Irek z Towarzystwa Przyrodniczego BOCIAN. No co za zbieg okoliczności. Przyjechał bo w sąsiedniej wsi młody bociek przysiadł na słupie wysokiego napięcia i go poraziło. Na szczęście przeżył i Irek zabrał go, by oddać bezpiecznie naturze. Siedzieliśmy w ogrodzie i Irek cały czas zerkał na gniazdo i oceniał:

- Nooo.. dziś labo jutro ci polecą… Dziś mają dobry wiatr…

No to ja tez wlepiałam się w gniazdo. Nagle młodziak podskoczył, zaczął machać skrzydłami i… pooooofrunął!  Ależ to był widok! Kołował nad łąką i wylądował na niej. Zaraz potem drugi młodziak zrobił to samo. Pierwszy wrócił do gniazda, a drugi nie przysiadając zrobił kilka kółek i tez wylądował w gnieździe.

Moje maluchy! Teraz co kilka minut robią po parę kółek. Stoję pod gniazdem i opowiadam o strasznych słupach z prądem, żeby uważały, ale chyba mnie olewają, są tak przejęte.

Nigdy nie zapomnę tego widoku, tego pierwszego lotu. Byłam tak wzruszona, że Irek tylko się uśmiechnął:

- Dobra, jedziemy, bo pierwszy lot to dosyć intymne przeżycie. Zostawimy cię samą.

Miał rację.  W końcu to moje pierwsze boćki.:))

admin

18 lipca 2010

Deeeeeszcz!!!! latam tak po Smoczym Polu i drę mordę: deeeeszcz!!! Psy szczekają, kury się schowały do kurnika, a ja kwilę  ze szczęścia. Deeeeszcz!!!! Ale Bachor był jeszcze lepszy.

Jak tylko chmury nadejszły, Bachor, Tina i ich psy wybrali się na łąkę pod las. Powitać ulewę po królewsku: z pokłonem, nagą klatą i w pląsach. Bachor w samych gaciach, Tina w spodenkach i bluzeczce na ramiączkach i w kucykach. Patrzyłam jak biegną w podskokach i tylko się uśmiechnęłam. Zadzwoniła moja matka, która od godziny sprawdzała ile może, czyli siłę moich nerwów. Bo w Siedlcach już padało.

- U mnie pada – wzdychała niewinnie

- U mnie nie – syczałam uprzejmie.

Po kwadransie zadzwoniła znowu.

- U mnie do pół godziny pada – znowu ta satysfakcja w głosie.

- Widzę! Widzę nad Siedlcami chmury – grzecznie łykam wszystkie przekleństwa, których przy rodzicielce nie wypada mi wymawiać.

Po kolejnym kwadransie nie czekając, co powie od razu krzyczę do słuchawki:

- U mnie nie pada!

- …O! Skąd wiedziałaś, że to ja? Hmm.. to zadzwoń, jak zacznie padać.

Nie wytrzymała i sama znowu zadzwoniła.

- No, zaczyna kropić – akurat już zaczynałam stepować z radości.

Porozmawiałyśmy o deszczu i gdzie więcej napada, u niej, czy u mnie, no i tak ominęło mnie najlepsze.  Cholera! Tylko z opowieści znam. Bachor ponoć latał pod tym lasem nago i tarzał się w mokrej trawie.

- Chciałam mu zabrać gacie, ale skubany tak zasuwał, że nie dałam rady – poskarżyła się Tina. – Biegał i machał gaciami.

No i sami widzicie. Zawsze ominie mnie to, co najlepsze.

A na Facebooku ( i na blogu Kasi Hordyniec  obok) jest recenzja”Gonić króliczka”! Cudna recenzja!

Już ją zamieszczam:

http://notatkicoolturalne.blox.pl/2010/07/Gonic-kroliczka-Mariola-Zaczynska.html

Kasiu! Dzięki! Sprawiłaś mi taka radość, że teraz chyba ja polecę w te trawę bez gaci. Z czystej radości, ofkors!

admin

26 czerwca 2010

Bachory oszalały. Mają bzika na punkcie kolorowego żarcia. Kupili fikuśne barwniki i teraz jedzą: czarny lub zielony chleb, czerwony lub niebieski makaron, a ostatnio ufarbowali na błękitno kalafiora.

- Rany! To wygląda jak mózg aniołka – zdegustowałam się i nie tknęłam oryginalnego dania.

Kto by chciał jeść mózg aniołka?!

Siedlce to miasto twardzieli. Właśnie wczoraj odwiedził nas Apoloniusz Tajner, trener Małysza, szef PZN i członek prezydium komitetu olimpijskiego.  Nie mógł się nadziwić, że tu, na granicy Mazowsza i Podlasia tak kwitnie narciarstwo klasyczne. Był pod wielkim wrażeniem. Wszystko to zasługa Grzesia Staręgi, fanatyka tego sportu, który dochował się mistrzów Polski  w tej dyscyplinie.

Wieczorem poszłam an wernisaż malarstwa podopiecznych Izy Staręgi, fantastycznej malarki. Iza skupiła w swojej pracowni babeczki w różnym wieku (od 20 do 60 lat), które po raz pierwszy miały pędzel w ręku. Są niesamowite! Odkryły siebie, nie tylko swój talent. Jak cudnie było patrzeć na nie, na ich obrazy. Ależ ta Iza robi wspaniałą robotę!

A ja zaraz wyjeżdżam do Przemyśla, na wystawę psów. Wracam dopiero w poniedziałek. I dobrze. Poza domem zjem cos normalnego. Żadne mózgi aniołków i makaronów świecących jak śrubki. Będzie hotelowy schabowy i basta!

admin

28 maja 2010

- Duży ptak, duża kupa – tak Bartek skomentował moje ubolewania nad moralnym kręgosłupem bocianów, które nie kalając własnego gniazda, kalają z lubością mój samochód.

O tej dużości, to święta prawda.  Patrząc na mój samochód, dodałabym jednak: bocian to baaardzo duży ptak… Ale wybaczam im. Tym, bocianom.  Jestem generalnie w nastroju do wybaczania.

Wczoraj Nitencja przysłała mi scenkę ze swojej pracy. Kochana Nitencja jest sędzią kynologicznym i świetną groomerką. Tnie i strzyże po mistrzowsku. Między innymi jorczki.

- Przyszedł facet z małym uroczym jorczkiem, oczywiście udekorowanym kokardką. Wiesz, grzyweczka spięta w kucyczek, jak to u jorczków – tłumaczy Nitencja. – No i facet prosi: niech pani tnie, niech pani zrobi z niego MĘŻCZYZNĘ. Bo to samczyk był. Ten jorczek.

A mnie w tym momencie przypomniały się mistrzostwa w tańcu w Ljublianie w Słowenii. Widziałam tam osobliwe zjawisko. Wiotkie chłopię, niewątpliwie utalentowane, przyprawiało wszystkich mężczyzn o palpitacje serca.  Chłopię było śliczne jak laleczka i mocno wygimnastykowane. Normalnie jak z gumy. Tancerz robił szpagaty w powietrzu! Wyskakiwał, robił szpagat i… opadał w tym szpagacie na ziemię! Bach! Z uśmiechem na ustach! Jezu! Wszyscy panowie odruchowo ściskali nogi, zginali się lekko i wydawali z siebie jęk:

- Uuuuch!

Nie ukrywam, że ja też.

Zapamiętałam tego tancerza, bo już nigdy więcej nie widziałam czegoś takiego. Jury nie doceniło poświęcenia, bo chłopię mistrzostwa nie zdobyło. Być może dlatego, że gdy tak z impetem opadał w szpagacie, to faceci zamykali oczy. A w jury była większość facetów.

Wczoraj miało padać, a przynajmniej tak wyglądało. Zobaczyłam sąsiadkę, panią Agnieszkę, więc lecę i się pytam:

- Będzie padać? Bo nie wiem, czy mam podlewać.

Zanim pani Agnieszka odpowiedziała, zobaczył mnie jej mąż, pan Gutek. No i biegnie do nas:

- Pani Mariolu! Pytanie za 100 punktów: będzie padać? Bo nie wiem czy mam kosić, czy pryskać.

No, tośmy pogadali.

Ja nie podlałam. Pan Gutek kosił. A deszcz nie spadł. I dziś jest podobnie. Podlewać, czy nie?

admin

1 maja 2010

Wczoraj, a właściwie dzisiaj, padłam dobrze po północku. Wybieraliśmy Miss Ziemi Siedleckiej, więc do domu dowlekłam się w formie szczątkowej i późno. Ha! O świcie zerwał mnie telefon. Patrzę: 6.22. Kurde! Trzeba odebrać!

- A, dzień dobry! – poznaję głos pana Augustyna, bohatera moich reportaży.

- Dzień dobry – odpowiadam słabo i mrugam oczami, które pieką jak diabli na widok światła.

- Oj, chyba będziem musieli się spotkać, czy co – pan Augustyn najwyraźniej się zastanawia.

- Dobrze, to we wtorek – podpowiadam szybko.

- No to we wtorek – spolegliwie zgadza się pan Augustyn. – Ale ja wcześniej zadzwonię, czy będziem musieli się spotkać. ..Ale pani to chyba jeszcze odpoczywa.

- Tak  – przyznaję słabo.

- Nooo…. rozpromienia się pan Augustyn. – Trzy dni świąt mamy! To do widzenia.

Jasne. Do widzenia.

Coś ostatnio nie mam szczęścia do wysypiania się. Pan Roman, sąsiad, dla odmiany, naszedł mnie późnym wieczorem.

- Do sądu chcę panią podać – zapowiedział uprzejmie.

- A za co?! – zdziwiłam się.

- Żeby pani powiedziała, że jak jestem pijany, to nie bluzgam. Bo nie bluzgam! – uderzył się w piersi. – Czy ja pani kiedy ubliżyłem?

- No, nie… – przyznaję.

- To na świadka panią podam – potwierdził zadowolony.

Okazało się, że procesuje się z właścicielką sklepu, która zarzuciła mu, że przychodzi pijany i odstrasza klientów.

Nie, zdecydowanie ostatnio nie mogę się wyspać. Trudno. Skoro już wstałam, to napiję się kawy. W końcu mamy trzy dni świąt…

admin

28 kwietnia 2010

Ja wiem, że głupio płakać przez bociany, ale co na to poradzę?!  Te cholery znowu się pobiły, tym razem na śmierć i życie.  A tak się cieszyłam, że wróciły! I co? Tragedia! Pochowałam boćka i nawet nie wiem, czy to był mój, czy intruz!

Jednego dnia wojna była na dwie pary. Nie wiem, czy widzieliście wojnę bocianów? Okropny widok, bo są niezgrabne, mają długie nogi, które im się plączą, są w ogóle do dupy w te klocki!  Podbiegłam pod bocianie gniazdo, machałam ręcznikiem i krzyczałam WON! Ale one wszystkie takie same i nie wiedziałam, czy się drę na moje, czy na intruzów.  Walka śmiertelna następnego dnia mnie ominęła, zobaczyłam tylko jej skutki: rozbite jajko pod słupem i umierający bociek leżący w ogrodzie. Na gnieździe siedzą nastroszone dwa boćki i dalej nie wiem: moje wygrały, czy intruzy? Cholera!

Zadzwoniłam do moich kochanych speców z Towarzystwa Przyrodniczego BOCIAN.

- No, one takie są – Mirek bezlitośnie obnażył naturę bocianów. – Nic nie zrobisz.

Powiedział, że bocianowe to nawet wierne nie są i boćki szaleją nad cudzym pomiotem. Biją się o gniazda, biją o żerowiska, o terytorium. A Norwid tak ładnie o nich pisał! Ciekawe, czy wiedział?

Irek przejął się bardziej.

- I jajko wyrzuciły?! – głos mu się załamał. – I ten umarł?! Zupełnie umarł?!

No. Zupełnie.

Lubię tych moich chłopaków z BOCIANA. Wariaty są, takie dobre wariaty.  Ratują zaplątane w żyłki jeżyki, liczą różne gatunki, zakładają platformy na gniazda i budki. I tłumaczą mi, że przyroda, że populacja się sama reguluje, a jak reguluje to czasem bywa brutalnie. Jak teraz.

Cholera. Popłakałam się. Dobrze, że mam w planach wyjazd do stadniny koni arabskich w Janowie Podlaskim. Właśnie rozmawiałam z Anią, która ma mały epizod w „Twardzielkach” i chcemy ją nakręcić do krótkiego promocyjnego filmiku o książce.  Ona i Pianisssima – koń cudo, najbardziej utytułowana klaczka w świecie!

- Pianissima jest w USA – zmartwiła się Ania. – Ale jest jej córka. Przyjeżdżaj.

Kocham Janów! Kocham konie arabskie! Moja Elizma (oddana panu Staszkowi) będzie miała w lipcu dzidziusia. Pojadę na chrzciny! Janów zawsze na mnie działa magicznie. Potrzebuje magii. A bocianom wpieprzę, jak nic wpieprzę! Z tej złości, za to jajko i za tego umarłego boćka. No!

admin

12 marca 2009

Właśnie Nitencja mnie obsobaczyła, że na blogu pusto. No pusto, bo działo się, a działo! Najbardziej to się działo, jak zamówiłam wywrotkę żwiru na moją drogę, żebym mogła nią jeździć do pracy. Drogą, nie wywrotką. No i ta wywrotka się zakopała. Na pace 16 ton żwiru, ona sama z 10 ton, no i to błoto. Żwir miał być zrzucony w tak zwanym międzyczasie, bo Stasio cisnął i chciał teksty. Międzyczas, z racji akcji ratunkowej, przeciągnął się do kilku godzin.

- No i co? Ile masz? – pytał słodko Stasio.

- Eeee… – grałam na zwłokę, patrząc jak kolejne dwa ZETORY dojeżdżają do wywrotki.

- Kiedy ześlesz?

- Eeee…

Wiecie co? Mechanizacja rolnictwa jest wielka! Trzy ZETORY z trzech sąsiednich wsi wyciągnęły wywrotkę. Ale to był widok! Normalnie efekty z Terminatora to pikuś. Od razu zachciał mi się kupić takiego ZETORA, ale Bachor twierdzi, że mamy inne wydatki. Niech mu będzie.

A potem moje bezgraniczne zaufanie do Justyny zostało wystawione na ciężką próbę. Z racji jej urlopu macierzyńskiego, przejęłam organizację wyborów Miss Ziemi Siedleckiej. Podała mi numer do strategicznego sponsora. Dzwonię i dziwię sie, że odbiera kobieta.

- Ooo… to ja poproszę pana Artura – zagajam przytomnie.

- Oj, chyba pomyłka.

- Niemożliwe – przywołuję kobietę do porządku, bo przecież numer mam od Justyny, a ona firma solidna. – Pan Artur zmienił telefon?

- Nie, to nie był telefon żadnego pana Artura – grzecznie wyjaśnia kobieta.

- To pani się rozejrzy, na pewno pan Artur jest gdzieś w pobliżu – żądam kategorycznie.

No i okazało się, że jednak Justyna podała mi nie ten numer. To było doświadczenie na miarę końca świata.  Justyna i zły numer, też coś!

Ostatnio zrobiłam sobie w końcu prześwietlenie kolana, com je uszkodziła w przedświątecznej akcji „zielona strzała”. Siedzę sobie w kolejce i ględzę z inną pacjentką. Sympatyczna pani zwierzyła się, że 35 lat mieszkała w Warszawie i tylko na „stare lata” przyjechała do Siedlec. Mieszka tu już piąty rok.

- Wie pani co? Tu ludzie tak wolno jakoś chodzą, że dostaję od tego depresji. Jak jest mi tak bardzo źle, to jadę do Warszawy i od razu mi się poprawia. Popatrzę na ten pośpiech, ten zgiełk, ruch na ulicy i czuję, że znowu żyję!

Ha! Tak z depresji to się jeszcze nie leczyłam. Od razu przypomniały mi się opowieści mojej koleżanki o jej babci Nuneńce. Temperamentna to była babcia. Gdy jej schorowany mąż delikatnie odstawiał na stół szklankę (bardzo uważnie, bo drżały mu ręce i wszystko robił wolniutko), Nuneńka nie wytrzymywała. Porywała szklankę ze stołu i waliła nią z impetem o blat. Łup!

- Tak się szklankę stawia, stary! Tak się stawia! – pouczała męża Nuneńka.

Łup!

Nuneńka chyba nie lubiła słabości.

I ja chyba też nie. Stąd może mój pęd do kupna ZETORA. On koła ma większe niż ja mam wzrostu. Nieźle. Pogadam jeszcze z Bachorem.  Szkoda, że nie widział, jak te ZETORY ruszyły do przodu! Cudo! Może wtedy by zrozumiał.

admin

24 lutego 2010

Na mszę za Gucia zjechała cała rodzinka. Wysypaliśmy się po mszy z kościoła garnizonowego i zrobiliśmy spektakl pod tytułem: „A gdzie ciotka? A gdzie wujek?”. Może nawet lekkie zbiegowisko się zrobiło wokół nas, nie przeczę, bo często jakoś tak wychodzi, że bywamy w centrum uwagi.  Ciocia Basia miała zafrasowaną minę i spuchnięty nos z krwawą szramą.

- To ona mnie tak załatwiła! – pokazała mściwie palcem własną córkę, niejakiego Sopelka.

Sopel spojrzała niewinnie gdzieś w górę, na gołębie na dachu kościoła. Wypadało cioci współczuć, ale mina kuzynki była niepokojąco na krawędzi histerii.

- Na prochach byłaś? – zagaiłam Sopelka uprzejmie. – Czy cię wkurzyła?

Sopel zadarła głowę jeszcze wyżej, bardziej już na chmury niż na gołębie, a ciocia Basia przeszła do szczegółów.

- Otworzyła drzwi do samochodu jak ja się nachyliłam. Aż się przewróciłam. Na plecy. W śnieg. Z rozłożonymi rękami! Jakby nie mogła poczekać.

- To ty mogłaś poczekać! – Sopel twardo broniła swej niewinności.

Uznałam, że lepiej będzie, jak wyjaśnią to sobie same. Podeszłam do cioci Jadzi.

- Cześć krasnalu! – chwyciłam ją w morderczy uścisk, bo Jadzieńkę kocham nad życie.

- Wielka się znalazła! – bąknęła ciocia Jadzia, ale nic więcej nie komentowała, bo Sopel stała blisko.

Może bała się, że dostanie w nos, jak siostra.

- Idźcie, idźcie! – wydawała komendy moja mama. – Tamujecie ruch!

Fakt.

Po cmentarzu pojechaliśmy do mojej mamy na obiad. Próbowałam opowiadać, co u mnie słychać, ale ciotka Grażyna rozczarowana mamrotała:

- Czytałam… czytałam…

Cholera, nie wiedziałam, że mój blog utrudni mi okołoobiadową konwersację!

Na obiedzie wszyscy ciekawie przyglądali się Tinie, narzeczonej Bachora. Nie da się ukryć, że Tina także ciekawie przyglądała się rodzinie, do której niebawem wejdzie, jak to się mówi. Przez chwilę wpadłam w panikę, czy aby nie wyciągnie pochopnych wniosków. Może lepiej ją było wprowadzić w rodzinne meandry po ślubie, żeby już nie mogła się wycofać. Ale, Tina pierwsze starcie zniosła całkiem nieźle. Wyjechaliśmy z rodzinnego obiadku jako pierwsi, bo czekał na nas głodny zwierzyniec.

- No to teraz nas oplotkowują, a Tinę najwięcej – z satysfakcją stwierdziłam na klatce schodowej, gdy tylko zamknęliśmy za sobą drzwi.

- A skąd wiesz? – zdziwiła się Tina.

- Dziecko! – prychnęłam z wyższością. – Sama to robię!A ty jesteś nowa, to o kim innym mają gadać?

Cóż, krew to krew! A Tina przywyknie.

admin

9 lutego 2010

Normalnie kocham moich sąsiadów. Przed chwilą dzwonił pan Jarek. Uroczy młody człowiek. Sąsiad ze Smoczego Pola. Prosił o telefon do Bachora. Podałam.

Bachor miał dziś męskie zajęcie: miał pojechać z przyczepka po węgiel. Ustaliliśmy, że pojedzie do niedużego składu, w którym jest sympatyczny pan. Zazwyczaj bierzemy węgiel w dużym składzie, ale tam był pan, który cwaniakował. Kupuję węgiel pierwszej klasy, a pan od cwaniakowania ładował z upodobaniem miał, czyli najtańszy odpad. Zrobiłam więc piękną awanturę, pan się nadąsał jak panna, ale nie pozwoliłam na ładowanie badziewia. Nie za takie pieniądze. Uznaliśmy, że pan może sobie cwaniakować dalej, więc tym razem kupimy węgiel u sympatycznego i uczciwego pana z mniejszego składu.

Dzwonię do Bachora i pytam, czy panJarek się dodzwonił.

- Tak, przyszedł – mówi Bachor, ale słyszę, że jakiś spłoszony jest.

Okazało się, że Bachor pojechał po węgiel, ale pocałował klamkę – we wtorki mały skład jest zamknięty. Po drodze spotkał pana Jarka, który w dobrej wierze poinformował go, że przecież jest jeszcze duży skład w Mordach.

- Nie, nie poczekam, jutro pojadę – przekonywał Bachor.

- Wiesz – tłumaczył mi potem. – Nie chciałem mówić, dlaczego nie chcę jechać do Mordów. No bo może oni się znają, co ja będę nadawał, a potem będzie komuś przykro.

Bachor użył jeszcze koronnego argumentu.

- A w tym małym składzie, to pan nawet na krechę daję, jak pieniędzy brakuje – stwierdził zadowolony, co jest czystą prawdą.

Pan Jarek pokiwał głową, poszedł do domu, a potem zadzwonił do mnie po telefon Bachora…

Kwadrans później wywołał Bachora telefonicznie do bramy.

- Masz – wręczył mu pieniądze. – Zapowiadają mrozy, jak was zasypie, to zmarzniecie. Jedź i kup ten węgiel.

No i popłakałam się ze śmiechu i wzruszenia. Uwielbiam moich sąsiadów! Uważam, że zamieszkałam w raju na ziemi. Od razu przypomniało mi się, jak sąsiedzi przyszli mi z pomocą przy przeżynaniu słupków dębowych do ogrodzenia. Przytachali krajzegę, poprzeżynali wszystko i jeszcze nie chcieli wziąć pieniędzy. Siedzieliśmy potem zmęczeni, piliśmy piwo, a pan Wiesiek westchnął:

- Tak,  Zaczyńsko… Teraz to jeszcze nam trzeba, żeby się tu osiedlił lekarz i prekurator!

Święte słowa! I weterynarz!

admin

26 grudnia 2009

Pozwólcie, że tu właśnie wszystkim podziękuję za życzenia. Jak zwykle rzeczywistość mnie przerosła. Wszystkim także życzę samych cudowności i wielkiej pomyślności!

Przedświąteczna trauma trochę ze mnie schodzi. Ludzie przed świętami nie maja szacunku do przestrzeni osobistej bliźnich. Wchodzą na plecy, sapią do ucha, chuchają, napierają i takie tam. Koszmar! Jak ta głupia uległam szałowi zakupów i mam teraz pełną lodówkę, zamrażarkę, a Tina chodzi i puka się w czoło, bo kto to zje? Ona na pewno, nie! Odmawia stanowczo zasłaniając się jakimiś tam możliwościami konsumpcyjnymi. Bzdura! W święta się je! Ja już się turlam, ale przecież nie mogę się poddać!

Po raz pierwszy zrobiłam pierogi. Znaczy wszyscy robiliśmy: ja, Tina i Bachor. Aha, i Justyna. Udzielała instruktażu przez telefon między jednym karmieniem Tosi, a drugim.

- Kapustę wyciskasz, drobno kroisz, grzybki też. Nie miel maszynka bo ci się breja zrobi – pouczała.

Dobra. Co dalej? dzwonię znowu, meldując, że pokrojone.

- A cebulkę już dodałaś?

Jaka, k…, cebulkę?!

- No przecież ci mówiłam -Justyna na te święta to miała anielską cieprliwość.

Pierogi wyszły super. Bachor, co prawda, kulki lepił, ale kto wie, może i ta tradycja się przyjmie. Kulki z grzybami i kapustą. A potem, jak je zawieźliśmy ( te pierogi) na Wigilię do mojej matki, to nam zginęły. No, przepadły. I nikt nie popróbował. Uznaliśmy, że pierogi zostały w domy. Ale potem okazało się, że były w torbie z maszynką elektryczną, którą pożyczałam od matki na ewentualność mielenia grzybów. Bachor zostawił torbę przy samochodzie, pamiętając tylko o prezentach. Ponoć stała ta torba ze trzy godziny, a sąsiedzi z parteru nawet chcieli na policję dzwonić, czy to nie jaka bomba. Nie zadzwonili, a torba w końcu zniknęła. Ciekawe, czy ktoś zjadł te nasze pierogi, czy tylko z maszynki się ucieszył?

Ania z Sanoka przysłała nam cudny prezent: jej nowa książka „Życie i śmierć oraz se(k)ns poniekąd według Damiana”.  I to obficie nas obdarowała: mnie, Bachory, Justynę, Guciową i Wiolcię. O Damianie napiszę oddzielnie, ale zachwycona i wzruszona jestem niemożebnie! Ania jest niesamowita!

Na święta przybyli nam nowi rezydenci: szczeniak wilka znaleziony pod sklepem i zabrany przed tymi koszmarnymi mrozami (nie wiem, co by się z biedactwem stało, bo ludzie najwyraźniej nie zamierzali się nim zająć); jest też Józia, najbrzydszy pies świata (potem dołączę zdjęcie) oraz rudy kot Rudolf – spadek po pani, która umarła. Czyli wesoło się zrobiło i tłoczno.

Jak mi źle i czuję się przytłoczona, dzwonię do Piotra i czekam na jego mądrości życiowe, które zawsze mi dobrze robią.

- Srutu tutu majtki z drutu – skomentował ostatnio mój problem.

I pomogło! Od razu mi lepiej.

A teraz w piekarniku piecze się kaczka. Kaczkę co jakiś czas pieczę i nigdy się nie udaje. Ciekawe, jak będzie w tym roku? Nie powinnam jej piec, bo nie mam jej już gdzie schować, by przetrzymać, ale rozmroziłam ja do skruszenia i mróz odpuścił, więc nawet ganku nie mogę traktować jak zapasowej lodówki. No to trzeba piec. Od razu przypomina mi się Guciowa, która nagotuje zawsze na obiad, a Olcia weźmie sobie skromnie, na przykład, jajeczko. Guciowa otwiera wtedy zamaszyście lodówkę i pyta oskarżycielsko:

-I co ja mam z tym zrobić?!

Ha! Zawsze jej mówię, że to złe pytanie, bo nie ma na nie dobrej odpowiedzi.

Ale, dziś…

No, co ja mam z tym zrobić?!

Srutu tutu majtki z drutu!


FireStats icon Działa dzięki FireStats