Archive for the 'przyjaciele' Category

admin

25 lutego 2013

Zaraz wam wyjaśnię, co znaczy pilot ekstremalny, ale wcześniej wiadomość dla czytelników: Portal DlaLejdis, który poleca „Szkodliwy pakiet cnót” zorganizował konkurs, w którym można wygrać książkę. Aby wziąć udział trzeba wysłać SMS (1,23 zł + VAT) z odpowiedzią na proste pytanie: Czy Mariola Zaczyńska jest autorką powieści „Gonić króliczka”?

He, he, he… Proste:)) Warto chociaż spróbować!

Tu link do konkursu, trwa on do 8 marca:

http://dlalejdis.pl/konkurs/ksiazki_szkodliwy_pakiet_cnot_marioli_zaczynskiej

A 8 marca właśnie będę bibliotece w Rembertowie razem z koleżankami pisarkami: Hanną Cygler, Magdą Zimniak, Manulą Kalicką i Jolą Kwiatkowską. Po spotkaniu jedziemy nocować do Manuli (mieszka w niesamowitej przedwojennej wilii w Zalesiu Dolnym). Manula będzie pilotem, a to oznacza, że jazda będzie ekstremalna.Nie mogę się doczekać! Po ostatnim pilotażu Manuli, kolektywnie ustaliłyśmy, że wybieramy się z nią w podróż po Europie. Manula ma być obowiązkowo pilotem! Przygody murowane.

Ostatnio, gdy jechałyśmy na nocleg do Manuli po promocji jej książki „Tutto bene” (którą napisała ze Zbyszkiem Zawadzkim – świetna książka! Świetna!)  Manula siadła za moimi plecami i zaczęła prowadzić:

- Zaraz skręcisz tam.

Dziewczyny krzyczą: gdzie?!

- No przecież pokazuję: tam – odpowiadała Manula i okazało się, że faktycznie, w ciemności, za moimi plecami dawała jakieś znaki palcem.

Żeby chociaż mnie tym palcem dźgnęła! Na czujność, albo co… Lucy (Lucyna Olejniczak) siedziała obok niej i przetłumaczyła:

- Skręcisz w prawo.

Ufff.

Jechały z nami jeszcze Agnieszka Lingas-Łoniewska i Hania Cygler. Lingaska od razu sobie zaklepała:

- Kupuję ten motyw, kupuje! Do książki!

- No, a teraz jedziesz prosto do Zalesia – informuje za jakiś czas zadowolona Manula i zaraz z naganą mnie karci: – No gdzie?!

Okazało się, że „prosto do Zalesia” to był ostry skręt w prawo w niewielką dróżkę. Pominę, że kazała mi jeszcze parę razy skręcać myląc „prawo-lewo”, bo tu akurat jechałam jak po sznurku, gdyż sama mam z tym problem i gdy kazała w lewo, ja skręcałam w prawo myśląc, że skręcam w lewo. Dziewczyny w krzyk, a Manula uspokajała:

- Przecież dobrze jedzie.

No!

Rozwaliła mnie na maksa tylko raz. Przy „człowieczku”.

Jesteśmy już w Piasecznie, ciemność totalna, śnieg na poboczu, dostrzegam skrzyżowanie, a Manula wydaje komendę:

- Skręcisz zaraz za tym człowiekiem.

Wytrzeszczam oczy, ale za cholerę człowieka nie widzę. Dziewczyny jakieś rozproszone, ględzą o dupie Maryni, a ja człowieka do skrętu ni widzę!

- Za jakim człowiekiem?! – drę się panicznie.

Lingaska siedzi na przednim siedzeniu i też wytrzeszcza gały, i nic!

- Skręcaj, skręcaj! – instruuje Manula. – No za tym, o, co po pasach przechodzi! Człowieczek taki!

Jasna cholera! Mijam znak „przejście dla pieszych”. A na nim narysowany człowieczek w rozkroku. Niech to dunder!

- No, nie widziałaś go? – dziwi się Manula.

K…a, widziałam! Ale za takim człowiekiem jeszcze nie skręcałam!

- Człowieczka ja biorę! – warczę do Lingaski, która ze śmiechu próbuje gryźć deskę rozdzielczą. – Do książki.

Coś czuję, że o Manulę jeszcze się będziemy kłóciły:). Musimy częściej z nią jeździć, będzie więcej gagów do podziału:)).

Jak ja kocham Manulę!  Ma błyskotliwe poczucie humoru, które sprawia, że jej książki to po prostu uczta dla ducha.

A propos duchów… Gdy tak jechałyśmy wtedy… Wyobraźcie sobie: zima, potwornie ślisko, na poboczach góry śniegu, więc uliczki wąskie… a tu dojazd do Hani Cygler cholernie mizerną dróżką, biegnącą bezpośrednio przy głębokim rowie z jakąś rzeczką!

- Uważaj, żeby się nie ześlizgnąć  – uprzedza Hania.

Wszystkie jesteśmy spięte, prowadzę wolno, bo samochód dosłownie tańczy, a rów obok kół jak jakaś diabelska czeluść! I wtedy w ciemnościach, w poddenerwowanej ciszy słyszymy grobowy głos Manuli:

- Zwłoki pięciu pisarek w samochodzie znaleziono nad ranem w niedużej rzeczce…

:)))

No co ja wam będę mówić:)))).

admin

18 października 2012

Urlop nad morzem konieczny był. W podróż do Gdyni zabrała się moja Ciocia Krysia. Cud, że nas nikt nie zatrzymał, bo całą drogę przebyłam zygzakiem. Ze śmiechu z jej opowieści. Oto jak Ciocia zapach do samochodu kupowała.

Ciocia Krysia jest w wieku, który pozwala jej cieszyć się dorosłymi wnukami, a nawet prawnukami.  I kocha młodzież. Dlatego z zainteresowaniem patrzyła, co kupuje młody człowiek stojący przed nią na stacji paliw.

- Wziął dwa pudełeczka, na których doczytałam się, że mają zapach truskawkowy. Od razu pomyślałam, że ja też kupię sobie taki zapach do samochodu!

Ciocia życzliwie zagadała młodzieńca:

- A na długo starcza?

Młodzieniec spojrzał na nią dziwnie, ale odpowiada grzecznie, choć niepewnie:

- Nooo…

Zapłacił, schował szybko pudełeczka do kieszeni i zniknął. Ciocia z zapałem pokazuje zestaw pudełeczek prze kasie i domaga się zapachu truskawkowego. Ekspedient zakłopotany patrzy na stałą klientkę i doradza subtelnie:

- Mam tu bardzo dobry zapach, idealny dla pani.

- Nie chcę żadnych choineczek, chcę ten zapach, który kupił ten miły chłopak.

- Ale…

- Proszę pana, młodzież wie dziś lepiej co dobre, ja się nigdy na młodzieży nie zawiodłam.

- Ale…

Ciocia Krysia z niecierpliwością sama sięga po pachnące pudełeczka i z zadowoleniem przegląda.

- O, i bananowe są…

A potem wydawała już tylko krótkie:

- O…O… Hmm… To prezerwatywy?!

Ostatecznie kupiła zapach w choince.

admin

3 września 2012

Znajomy z FB podesłał mi ten link. Nie wiedziałam, że istnieje taki człowiek! Jestem nim zachwycona! Wzruszył mnie. Powiedział wiele ważnych i istotnych rzeczy o zwierzętach i… kościele.

Warto to obejrzeć.

http://www.youtube.com/watch?v=eCeUdmkcxhA&feature=plcp&fb_source=message

admin

23 maja 2012

Jak udowodnić, że istnieje mężczyzna fatalny? Femme fatale z chromosomem Y? Nad tym właśnie debatowało 8 pisarek podczas II Nocy Kultury Galicyjskiej w Sanoku. Sanoczanie okazali się godnymi partnerami w dyskusji! Sala reagowała żywo bijąc brawo po zgrabnych puentach i śmiejąc się szczerze przy literackich anegdotach. Panel pisarek to spektakularne literackie show, w Sanoku – ku uciesze publiczności – przebiegało nawet z gratisem.

Gratisem był pan, który przeżywał każde słowo naszych „kryminalistek”: Joanny Jodełki i Anny Fryczkowskiej. Przy anatomii literackich zbrodni popełnionych przez te dwie zabójcze blondynki, „gratis” zaczął przeżywać fakt, że siedzące na sali panie właśnie otrzymują instrukcję, jak mordować. Nie wiadomo, co wstrząsnęło nim bardziej: przytoczone statystyki polskich zbrodni, czy słynne już zabójstwo cholesterolem Anny Fryczkowskiej (w powieści „Straszne historie o otyłości i pożądaniu”).

Dyskusja nabrała takich rumieńców, że „gratis” opuścił salę mamrocząc pod nosem

- Tym dwóm to źle z oczu patrzy!

Mogłyśmy się tylko domyślać, że pierwsze kroki skierował do własnej kuchni, by skrupulatnie przejrzeć dania serwowane przez małżonkę. No, niestety… Po naszym panelu słowa „zasłużyłeś kochanie na kotleta” już nigdy nie będą takie jak przedtem…

Panel pisarek miał swoją premierę w październiku ubiegłego roku w Siedlcach w ramach Festiwalu Nauki i Sztuki. Na dyskusję o literaturze kobiecej pod przewrotnym tytułem „Rzeczpospolita Babska literkami pisana… czyli trup w szafie!” przyjechało 13 pisarek. Niekonwencjonalnie prowadzona dyskusja z zabawnymi prezentacjami była takim sukcesem, że posypały się zewsząd kolejne zaproszenia. Tym razem osiem literatek (Magdalena Zimniak, Maria Ulatowska, Lucyna Olejniczak, Agnieszka Lingas-Łoniewska, Manula Kalicka, Joanna Jodełka, Anna Fryczkowska i niżej podpisana Mariola Zaczyńska) podjęło się trudu udowodnienia, że „mężczyzna fatalny” jak najbardziej istnieje, inspiruje i dodaje powieściom pikanterii, zarówno w tych o miłości, jak i w tych traktujących o zbrodni.

Jak było w Sanoku? Cóż… SANOK JEST NASZYM ODKRYCIEM! Podczas II Nocy Kultury Galicyjskiej otwarto galerię Z. Beksińskiego. Co za miejsce! Galeria jest olbrzymia, eksponatów moc, a duch artysty wyczuwalny, jakby stał w tłumie z tymi, którzy przyszli podziwiać jego twórczość. Warto pojechać tam i na własne oczy zobaczyć słynne obrazy, grafiki, fotografie i rzeźby. W muzeum przylegającym do Galerii można podziwiać jeden z największych w Europie zbiorów ikon! W skansenie nazywanym perłą podkarpacia otwarto też wioskę galicyjską.

Do Sanoka koniecznie trzeba też pojechać ze względu na… samych sanoczan. Co za ludzie! Starosta Sanocki Sebastian Niżnik z pewnością zapisze się w historii regionu. Sposób, w jaki promuje się tam kulturę, powinien być wzorem dla innych miast. Niekonwencjonalne pomysły, dynamiczni organizatorzy, serdeczność i szacunek z jakim wita się tam twórców – robią wrażenie. Tak młodej ekipy jeszcze w samorządach nie widziałam.  Ludzi z ogromną kulturą osobistą, oczytanych, otwartych… Prawa ręka starosty Piotr Mazur zachwycił nas swą energią i entuzjazmem z jakim podchodzi do każdego przedsięwzięcia. To tacy ludzie sprawiają, że dane miejsce jest wyjątkowe! Do Sanoka chce się wracać! Nie tylko dlatego, że jest tam co zobaczyć. Chce się wracać aby pooddychać tamtejszą atmosferą!

Cieszę się, że miałyśmy okazję poznać Sanok, a Sanok miał okazję poznać nas. Spotkanie z sanockimi czytelnikami było fantastyczne! Co za uroczy ludzie ciekawi świata, książek i literatów. Dziękujemy za te ciepłe uśmiechy i słowa!  Dziękujemy za tak królewskie przyjęcie! Sanok pokochałyśmy tak bardzo, że z przyjemnością wspomnimy o nim w naszych książkach. To świetne miejsce, by umieścić tam choć część akcji:)).

A ja po powrocie szybko chwyciłam za książkę sanockiej pisarki Anny Strzeleckiej „Życie i śmierć oraz sek(n)s poniekąd według Damiana”… Musiałam pooddychać sanocką atmosferą jeszcze raz!

SANOKU kocham cię:))))

PS

Następny panel – tym razem o sukcesie, miłości i zbrodni – odbędzie się w Gdańsku w Bibliotece Manhattan. Spotkamy się 13 czerwca! Uwaga: będzie z nami dwóch „rodzynków”!

Starosta sanocki Sebastian Niżnik i Agnieszka Lingas-Łoniewska

Czytelnicy po spotkaniu

Dwie zabójcze blondynki: Joanna Jodełka i Anna Fryczkowska

Dyskusja toczyła się wartko. Od lewej: Mariola Zaczyńska, Magdalena Zimniak, Maria Ulatowska, Lucyna Olejniczak, Agnieszka Lingas-Łoniewska, Manula Kalicka, Joanna Jodełka i Anna Fryczkowska.

admin

12 listopada 2011

Jest mi cholernie, cholernie przykro. Zmarła doktor Krystyna Jałyńska-Kwiatkowska. Była pierwowzorem jednej z bohaterek „Gonić króliczka”. Nie znała słowa „niemożliwe”. Uwielbiałam ją.  Byłam pewna, że wygrała z „nieuleczalną” chorobą, bo jeśli nie ona, to kto?! Po pięciu latach przegrała. Zawsze, gdy dzwoniła, zaczynała entuzjastycznie:

- Pani Mariolu! Musimy zrobić to… czy tamto…

I robiłyśmy.

Najbardziej pamiętam upalne lato, gdy jeździłyśmy moim starym suzuki po piaszczystej drodze z otwartymi oknami (bo suzuki nie miało klimy) i szukałyśmy chudego psa, którego widziała i którego robotnicy poczęstowali kanapkami. MUSIAŁYŚMY go znaleźć, bo psisko było zalęknione i słaniało się na nogach. Znalazłyśmy. Finał był szczęśliwy, bo robotnik, który go karmił, zabrał go do siebie. Ale jeździłyśmy tak: spocone, utytłane w kurzu, bo przecież… pies!

W ośrodku, który założyła – pierwszy w Polsce całodobowy dom opieki nad osobami z chorobą Alzheimera – nowe życie miały też psy, których nie udało się nam (Towarzystwu Przyjaciół Zwierząt AMICUS) szczęśliwie przekazać do adopcji. To były skrajne „sieroty”. A w ośrodku, przy chorych, którzy byli już jak dzieci, psiska dostawały nową szansę. Przestawały się bać, zaczynały ufać. Spasły się, wylegiwały w słońcu. Były szczęśliwe.

Wielu ludzi jej bardzo wiele zawdzięcza. Uwielbiała podróżować z mężem. I tu – ciekawostka. Zawsze tam, gdzie pojechała i szczęśliwie wróciła… coś się potem działo. A to turystów wystrzelali jak kaczki przy piramidach, a to trzęsienie ziemi… Zawsze, gdy gdzieś w jakimś zakątku świata się coś działo, zastanawiałam, się pani Krysia aby tam nie była kilka tygodni wcześniej…

Będzie mi jej brakowało. Boże, jak będzie mi jej brakowało! Jej siły, energii, przebojowości.

Nikt tak jak ona nie potrafił wytłumaczyć złożoności relacji ludzkich. Była jednym z pierwszych polskich seksuologów (podstawowa jej działalność to psychiatria).  Pamiętam naszą rozmowę sprzed lat, w samochodzie, gdy wracałyśmy z nagrania do naszej siedleckiej telewizji. No wiecie… mieć specjalistę pod ręką i nie wywnętrznić się?! Przez całą drogę analizuję się skrupulatnie i dociekam, dlaczego wolę starszych mężczyzn.

- Pewnie szukam ojca, co?

Pani Krysia robi swoją minkę i spokojnie wali między oczy:

- Ale oni, pani Mariolu, nie szukają w kobiecie córki. Szukają partnerki, kochanki.

Buch!

Ale, zapamiętałam. Do końca życia. Przestałam szukać ojca.

Będzie mi jej cholernie brakowało…

admin

14 lipca 2011

Mój redakcyjny kolega Artur, chłopisko olbrzymie i w dodatku z dużym poczuciem humoru, szedł za mną dosyć ostrożnie. Ponoć dlatego, że szłam zamaszyście. A on miał już do czynienia z zamaszystością. Na wczasach.

- Rozumiesz, idzie sobie nieduża kobietka, maszeruje dziarsko, takim żołnierskim krokiem. Lewa, prawa, a ręce, jak wiatraki, jak u żołnierza na defiladzie, lewa, prawa – opowiada. – Mija mnie, i nagle: bach!

Bach wypadło na wysokości dosyć newralgicznej dla mężczyzn. Dziarska kobieta zupełnie niechcący zahaczyła go tym wymachem rąk. Jęk i kurczliwa reakcja kolegi wprawiła ją w panikę. Przepraszała i chciała ratować sytuację, ale ta była wyjątkowo delikatna: ani podmuchać, ani pogłaskać dla ukojenia bólu. Obcemu mężczyźnie?

- Bo wie pan, ja z kijkami chodzę – tłumaczyła się. – No tu na wczasach jestem i kijków nie mam, ale te ręce mi tak latają, jak na kijkach. Zamaszyście.

Artura rozumiem. Tym bardziej, że mnie zamaszystość też się zdarza. Skutkuje zazwyczaj przewróceniem kieliszka wina (nagminnie), gdy coś tłumaczę. Co i rusz mam guza, bo idę jak czołg przed siebie i zdarza się, że wyrżnę głową w jakąś wiszącą szafkę (nienawidzę wiszących szafek!). Cierpi także mój samochód, bo dosyć zamaszyście ścinam zakręty lub wjazdy do podziemnych garaży. A potem mnie pytają: gdzieś się tak przytarła?

Jadwiga też zyje zamaszyście. Wracałyśmy z wystawy psów, a ona nic, tylko do KFC.

- Jadzia! Nie jadaj takiego barachła!

- Będę!

- To niezdrowe.

- Taaak? A skąd wiesz, ile będziesz żyła? No?… Wiesz?… Nie wiesz! Ja też nie wiem. Więc będę jadła!

Zatrzymałyśmy się przed panelem do zamówień.

- Polecam skrzydełka i łagodną nóżkę – miły męski głos podpowiadał Jadwidze.

- Może być – poparła ochoczo, a ja powtórzyłam do panela: – Może być.

- Co do picia? – męski głos kompletował zamówienie.

- Eee… nie chce mi się pić – Jadwiga spojrzała na mnie analizując w duchu stan swych pragnień.

- Nic do picia. Będzie o suchym pysku – zaraportowałam usłużnie.

- Rozumiem, o suchym pysku – uprzejmie potwierdził zamówienie miły męski głos.

Jadwiga po chwili wbiła zęby w kurczaczki.

- Jaka boska panierka – jęczała.

Zmusiła mnie tymi zachwytami do zeżarcia kawałka kurczaka (z panierką! fuj!), przez co miałam do siebie potem wielkie pretensje. Kurczak był okropny, jak się spodziewałam. No, ale faktycznie, kto tam wie, ile jeszcze będzie żył, nie ma co się rozdrabniać.

A moje wszystkie plany biorą w łeb! Na koniec miesiąca mam zaplanowany wyjazd do Kaliningradu. A tu, jak na złość, trzy suki dostały wcześniej cieczki! Krycie Atki wypada dokładnie na czas planowanego wyjazdu. Cholera. I tak już jestem podpadnięta Jadwidze, Tomkowi i Marcie (razem jedziemy do Rosji). Jadwiga, jak nie je kurczaków, rozmawia ze mną przez zaciśnięte zęby. Tomek, jak zadzwonię, burczy, że będzie jadł obiad. Ot, życie! Że też nasza własna zamaszystość staje czasem kontrą do innych zamaszystości. Jak to pogodzić?

A suki to mi chyba na złość zrobiły. Trzy cieczki na raz? Dwa miesiące wcześniej? To jakaś zmowa?!

No, to siedzę i kombinuję.

Cholera.

admin

2 czerwca 2011

Różne rzeczy gubiłam. Firankę zgubiłam, kołdrę zgubiłam… Znaczy kołdra się znalazła: to była ta sama kołdra tylko jakoś inaczej wyglądała. Ale Pszczoła pobiła wszystkich. Pszczoła zgubiła czterdziesty piąty rok życia! Za cholerę nie może się go doliczyć.

A zaczęło się niewinnie: od wyznania, że, kurcze, ma już 46 lat i nic na to nie poradzi.

- Masz 47 – usłużnie sprostował kolega.

- Mam 46 – poprawiła go Pszczoła.

- 47.

- 46.

Kolega był uparty. Pszczoła wzięła się pod boki i sięgnęła po koronny argument.

- Nie mogę mieć 47 lat, skoro w tamtym roku obchodziłam 45. urodziny. Ha! Mam 46!

Ale coś ją tknęło i poszła policzyć na boku, jak to z tymi latami jest. Policzyła.

- K…a! – skomentowała obliczenia.

No, wychodzi, że ma 47 lat…

- To skoro w tamtym roku obchodziłam 45 urodziny, a miałam 46 lat, to gdzie mój 45 rok? – wydarła się oburzona.

No właśnie. Rozumiem jej oburzenie. Żyć bez 45 roku życia?!  Bo, niby co się z nim stało? Musiał być! No, ale nie było. To jak z moją firanką. Była, a nie ma…

Kocham Pszczołę. Zgubić rok życia, zupełnie na trzeźwo, to jest coś.

admin

21 kwietnia 2011

No to powisiałam, co? Kolega Bolesław umieścił pod poprzednim wpisem słuszny komentarz: coś długo wisisz… A ja w międzyczasie trochę szalałam:). Byłam na pokazie miody młodych projektantów, gościłam Elenę i Wiki, rozbijałam się po psich wystawach.  jak widać, wiszenie na gałęzi za radą szefa zrobiło mi nader dobrze. Aha, robiłam jeszcze (ponoć) inteligentne miny podczas sprawozdania finansowego na walnym naszej gazety.  Justyna siedziała na przeciw mnie i coś jej wyło w środku ze śmiechu, gdy widziała mój wysiłek intelektualny, aby nadążyć za panią Halinką, referującą finansowe zawiłości.

Aha, no i jeszcze spotkałam się z moimi pisarkami!!!

Zacznę od pokazu. Pojechałyśmy zobaczyć kreacje Gosi Jarosławskiej, piekielnie zdolnej projektantki z Pracowni Mody AGUTTI z Siedlec. Pokaz odbywał się w Centrum Prasowym na Foksal w Warszawie.

- 50 minut spóźnienia – Justyna, jak zwykle precyzyjna, odnotowała czas rozpoczęcia pokazu.

Rozglądałyśmy się ciekawie, bo pokaz opóźniał się w oczekiwaniu na celebrytów. Zauważyłam, że krawatów to już chyba nikt nie nosi.

- Krawaty są passe – poinstruowała mnie Justyna i westchnęła: – Ale Boguś za Chiny nie założy takiego szaliczka.

Na krzesłach ułożone były karteczki z nazwiskami gości.  Jak harpie rzuciłyśmy się na fotele tuż za karteczką z nazwiskiem Joli Rutowicz.

- Może będzie się odzywać – miałyśmy wściekłą nadzieję.

Niestety, nie odzywała się, bo nie przyszła.

- 20 minut – Justyna znowu odnotowała skrupulatnie, jak długo trwał sam pokaz.

Zaraz po pokazie paparazzi rzucili się na… celebrytów. Nikt nie zamienił choćby słowa z którymś z projektantów. Masakra. A goście od razu zaczęli okupować bar.

Na psią wystawę pojechałam z Eleną i Wiki, przesympatycznymi Rosjankami, które kupiły u mnie pomeraniana Gudika. Wystawiałyśmy Gudika i musiałam świecić prze Rosjankami oczami za polską sędzię kynologiczną. Prawdziwą bolączką polskiej kynologii są sędziowie, którzy nie oceniają psa, tylko drugi koniec smyczy. Znaczy: ważne dla nich jest, kto wystawia. Tytuły trafiają wtedy w ręce znajomych, często są to funkcyjni oddziałów kynologicznych, od których zależy zapraszanie na wystawy do sędziowania (wiąże się to z apanażami: wynagrodzeniem, wystawnymi kolacjami, prezentami i osobliwie pojętym prestiżem). Niestety, trafiliśmy na taką sędzię. Gudik wyglądał rewelacyjnie, zdobył CAC, ale poległ w konkurencji o rasę ze średnim pieskiem, jeszcze nierozwiniętym i kompletnie nie przygotowanym do wystaw. Różnica między nimi była porażająca. Ale młodzieżowiec należał do przewodniczącej jednego z oddziałów kynologicznych. Sędziowanie poszło na bezczela, bez zachowania choćby pozorów zdrowej rywalizacji.

- Tak dwie panie same z siebie kurwy robią – wyjaśniłam Rosjankom, które po tym sędziowaniu miały wrażenie, że polscy sędziowie są niedouczeni.

Rosjanki zabrały ze sobą na pamiątkę zdjęcia, gdzie Gudik stoi obok żałosnego rywala i jego bardzo zadowolonej pani. Sędzia nikomu w oczy nie patrzyła. Co prawda mam w sobie dużą tolerancję na słabości ludzkie, ale tym razem miałam do czynienia z tak prymitywnym i ordynarnym kurestwem, że  mnie zniesmaczyło. Sędzię sobie zapamiętam.

A we wtorek poznałam w empiku junior moje kochane pisarki, które znam z facebooka. Ale są odlotowe! Tylko, że to już historia na kolejny wpis. Popełnię go niebawem.

admin

3 marca 2011

Dziś jest tłusty czwartek, a ja na zupie brokułowej. Wyłączyłam telewizor i radio, bo wszyscy o pączkach nadają. Masakra jakaś. Razem z Justyną obiecujemy sobie, czego to nie zjemy… już niebawem. Powiedzmy, że jak się zupa brokułowa skończy.

Udało mi się w końcu dodzwonić do Grzesia. Grześ to zadziwiający przypadek. Trafił do szpitala z duperelą, która się okazała czymś takim, że teraz lekarze przerzucają go sobie jak gorący kartofel.

- Spier…ją jak mnie widzą – wzdycha Grześ z właściwą sobie polszczyną. – W naszym szpitalu ordynator zapowiedział od razu, że się do mnie nie dotknie. I skierował mnie na Banacha.

Na Banacha podobnie.

- Nie! Nie! Nic nie będziemy robić – tamtejszy doktor odganiał się do Grzesia jak od upierdliwego komara.

Otóż okazało się, że Grześ ma zwężenie tętnicy przy aorcie. Na tyle masakryczne, że wszyscy się dziwią, że mu serce bije i jest zdrowe.  Grześ się uparł, że chce o tym rozmawiać.

- Tylko oni nie chcą ze mną gadać – skarżył się.

Ja się dowiadywałam swoją drogą, ale reakcje były podobne. Znajomi lekarze milki i zmieniali temat. Tylko jedna babka z jajami powiedziała delikatnie, że w grę wchodzi jedynie operacja z rodzaju tych, z których można się nie obudzić.

Grześ znalazł w końcu desperata, który odpowiedział mu na wszystkie pytania. I przez tydzień nie podnosił się z wrażenia z łóżka. Do mnie zadzwonił dopiero potem, jak już mógł o tym mówić.

- K…a! – zaczął. – Przeje….e!

Doktor wytłumaczył mu, że nikt nie wie, ile Grześ z tym przewężeniem pożyje.

- Pytam, k…a, pożyję rok, czy 10 lat? A on, k….a, nic! I mówi, że będą operować tylko w jednym przypadku: jak TO już się stanie. Rozumiesz, jak mnie, k…a, przytka na amen. No to ja się pytam, czy zdążą? Z tą operacją. A on, k…a, mówi, że mogą nie zdążyć. Bo musieliby kroić od razu. No to zapytałem jeszcze w naszym szpitalu, czy oni w razie czego mnie pokroją, ale ordynator się zaparł: „A wżyciu! Ja pana z tym nie dotknę nawet!”. No to, pytam, czy zdążą mnie wysłać tam, gdzie mnie dotkną. To on mówi, że może być ciężko. Wiesz, żeby mnie, k…a, żywego dowieźć.

No i Grześ postanowił żyć tak, jakby nic o swej aorcie nie wiedział.

- Palenie rzuć – radzę mu. – Kup sobie takiego elektronicznego papierosa.

Grześ się wnerwił.

- To, k…a, gówno jak nie wiem co! Miałem takiego, ale wypier…łem przez okno z samochodu! Byłem u tych doktorów, rozumiesz, zostawiłem w samochodzie i bateria się na mrozie rozładowała. Ciągam, k…a, ciągam, ręce mi latają po tej rozmowie, a on, k….a, rozładowany. To wypie….łem!

Grześ mi zaimponował. Żyje jak żył, diagnozę odchorował, a teraz cieszy się każdą chwilą. On nie wie i my nie wiemy, czy tak się będziemy sobą cieszyć rok, czy kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat. Kochamy go jak wariaty!

No to dziś, na ten tłusty czwartek, może się jednak złamię i zeżrę pączka. Bo ta zupa brokułowa, to po jakimś czasie, jest – jakby Grześ powiedział – k….a, jakieś gówno. Tak, zeżrę pączka i będę się solidaryzować z Grzesiem, który postanowił żyć, jakby nigdy nic.

admin

4 listopada 2010

Justyna będzie mordować sąsiada. Ja ja rozumiem, też bym go mordowała. Sąsiad uczy się grać na gitarze.

- Zaczyna 5o razy to samo – poskarżyła się na gg.

Z westchnieniem pomyślałam o wolności, jaka daje własny dom. Ja właśnie odgrzebałam stare taśmy i okazało się, że papuga Kokoszka lubi jazz. Przy bardziej jazgotliwych kawałkach wydaje z siebie zachwycone i chrapliwe „hooo… hoooo”. W mieszkaniu w bloku pewnie obie byśmy padły od ciosów sąsiadów.

- Słuchu nie ma. Inteligent, cholera jasna  – Justyna ostatkiem sił zachowywała godność osobistą i nawiązała do wrażenia, jakie zrobił na niej sąsiad.

- Może o tym nie wie. Powiedź mu – starałam się pomóc, jak mogłam.

- A powiem! – odgrażała się.

- I nuty podeślij – podpowiadałam.

I wtedy padło to sławne zdanie.

- Menel od góry, inteligencik od dołu! – wystukała z pasją.

… Jezus Maria! Jak facet to robi?!… No, że jest inteligencik od dołu?!

- Jak to? W butach ma tę inteligencję? – zaczęłam sondować w miarę bezpiecznie rejony.

Ale co tu dużo mówić, trochę się bałam odpowiedzi.

- W jakich butach? – spytała z kolei Justyna.

- No, bo jak inteligentny od dołu?

- Eeee… Piętrami lecę! – wyznała Justyna.

Aaa! Menel mieszka nad nią, a inteligent pod nią. Ufff… Więc nie „rozbierała” mi go na czynniki bardziej i mniej inteligentne. Co za ulga!

Ale Justynę rozumiałam. Swego czasu, gdy pisałam pracę magisterską, sąsiad z góry uczył się grać na akordeonie…

Nasza konwersacja urwała się na komunikacie, że Justyna zaraz pójdzie i pieprznie.

- „Skończyłeś naukę!” powiem mu – zapowiedziała.

Jak ją znam, zrobi to. Pieprzenie. Ale facet sam sobie będzie winien. I nie uratuje go, że jest inteligentny od dołu. Cokolwiek to znaczy.


FireStats icon Działa dzięki FireStats