Archive for the 'przyjaciele' Category

admin

12 sierpnia 2010

Lena i Wika to Rosjanki, które kupiły GOOD GUY’A naszego pomeranianka. GOOD GUY, zwany w domu Gudikiem, robi teraz Młodzieżowy Czempionat Polski. Lena i Wika przyjechały go odwiedzić. Rozmawiałyśmy po rosyjsku, a że tego języka uczyłam się w szkole podstawowej, dziury w mózgu silą rzeczy były…

Lena opowiadała, jak to Gudik będąc na daczy jej przyjaciółki zniszczył ogrodową figurkę. Była to duża łybuszka, na której plecach siedziała mała łybuszka. I tę małą łybuszkę Gudik chapnął i zgubił. I koleżanka kazała szukać… Co to jest, u diabła, łybuszka?!

Lena chodzi, szuka… i znalazła! Żywą łybuszkę! Kombinuję: figurka ogrodowa, mama i bejbi… wiem! Kaczuszka!

- Robi kwa kwa? – upewniam się.

Lena radośnie przytakuje głową: robi kwa kwa!

No, to jesteśmy w domu. Zaraz, zaraz… To u koleżanki jest tyle łybuszek?

- No… – Lena ze zdziwieniem przytakuje. – A u was nie ma?

- Nie ma!

- A rzeki u was nie ma?

- Nie ma, przynajmniej nie tak blisko.

Lena dziwi się, że u nas taki niedostatek łybuszek. Ale opowiada dalej. Znalazła tę malutką żywą łybuszkę, zamknęła w dłoniach i zaniosła koleżance.  Otworzyła i łybuszka wyskoczyła, a  koleżanka w krzyk.

- Bała się łybuszki?! My w Polsce kochamy łybuszki – przekonuję Lenę.

Teraz Lena się uprzejmie dziwi. Miałam do niej żal, że zabrała małą łybuszkę matce, ale nie wiedziałam, jak to delikatnie powiedzieć. Może Rosjanka nie zrozumie, że my naprawę kochamy kaczuszki i nigdy byśmy matce nie zabrali. Pytam ostrożnie, co się stało z łybuszką.

- Skoczyła i uciekła – Lena radośnie kończy opowieść.

Taaa… Pełna żalu co do losu małej kaczuszki pomyślałam z westchnieniem o różnicy kulturowej.

Zaraz potem jechałam do redakcji, a Lena z Wiką chodziły po ogrodzie. Nagle Lena krzyczy:

- Mariola, Mariola u tiebia toże łybuszka, ty smatri!

Lena rzeczywiście trzyma zamknięte dłonie, ale że z niej niezły kawalarz, podchodzę ostrożnie. Jasne! Mała kaczuszka w moim ogrodzie! Aha!

Lena otwiera dłonie, a tam siedzi mała żabka.

- Łybuszka! – z zadowoleniem mówi Lena.

O żesz! A gdzie kwa kwa? Żaba nie robi kwa kwa!

- Robi – kiwa głową Lena.

To jak robi kaczuszka?

- Kra kra – mówi Lena.

No to żeśmy pogadały.

Wika natomiast zbladła, gdy usłyszała, jak mówię „żabka”. Sięgnęła po telefon.

- Łybuszka to żabka? – upewnia się.

Okazało się, że jej mąż uparł się, aby tak nazwać nowego pieska. To „żabka” tak ładnie zagranicznie brzmi. Widział w Polsce takie napisy przy sklepach spożywczych.

- Ja mu dam „żabka” – jęknęła Wika i wybrała numer.

To ja pojechałam do redakcji. Z lekkim sercem. No proszę: mam łybuszki! Kto by przypuszczał!

admin

29 lipca 2010

Ogrodowe lampy zgasły po raz kolejny. Cholerne mrówki! Znowu weszły w kabelki! Manula sięgnęła po szampana, żeby dolać do kieliszka.

- Coś nie bardzo to widzę – mruknęła po chwili.

Myślałam, że chodzi jej o ciemność rozświetlaną  tylko blaskiem świec, ale okazało się, że na szyjce od butelki tkwi zatyczka. Myślałam, że spadnę z ławeczki. Jeszcze nigdy nie słyszałam takiego mruknięcia przy szampanie: „coś nie bardzo to widzę”! Manula jest boska!

W sumie jesteśmy Tosinymi dziećmi. Literatki. To Tosia miała pomysł z forum. Założyła zamknięte forum dla kobiet piszących.  Tosia to Antonina Kozłowska.  Nigdy nie przypuszczałam,że to forum stanie się czymś więcej niż wymianą myśli i doświadczeń. Do głowy mi nie przyszło, że znajdę tam pokrewne dusze, że poznam pisarki z krwi i kości, że zaprzyjaźnię się z nimi. Dziś są mi tak bliskie!

Na Smocze Pole jechałyśmy z Warszawy… cztery godziny! Nomina (nick z forum Karoliny Sykulskiej) obliczyła, że jeszcze chwila, a byłybyśmy w jej rodzinnym Wrocławiu. Fakt. Normalnie jedzie się półtorej godziny. Dobrze, że Manula (Manula Kalicka) nakarmiła nas pysznym spagetti przed wyjazdem. Inaczej padłybyśmy z głodu. Nie chciałyśmy jechać od Manuli z Piaseczna przez Warszawę, by uniknąć korków. Pojechałyśmy prze Górę Kalwarię. A tam – niespodzianka. Wjazdu na most broni samochód z policyjnym patrolem.

- Niestety, czołówka – wyjaśnił pan policjant. – Nie wiem, kiedy otworzymy przejazd.

No i miałyśmy prosty wybór: czekać (nie wiadomo ile), wrócić do Warszawy, pojechać do Dęblina, gdzie jest drugi najbliższy most przez Wisłę. Wróciłyśmy do Warszawy. I tak nam się zeszło…

Tropcia (forumowy nick Ani Fryczkowskiej) włączyła sobie myślenie scenarzysty i blada wydzwaniała cały czas do domu. Tego samego dnia wracała do domu jej córka. Przez most w Górze Kalwarii. No i Tropcia wybijała sobie z głowy wszystkie dramatyczne scenariusze, które jej się nachalnie pchały na myśl. Gdy córka odebrała telefon w domu, Tropcia dostała skrzydeł, odprężyła się i nawet zaczęła żywo dyskutować:).

Wypiłyśmy toast za wszystkie Literatki. Nie znamy się osobiście. Ale powolutku poznajemy. Wypiłyśmy tez toast za Lucy, która właśnie siedzi w zamczysku we Francji i pisze powieść.

Przyglądałyśmy się sobie ciekawie. Manulę i Anię poznałam już wcześniej na spotkaniu w Warszawie. Nominka na forum wydaje się taka zasadnicza. jest nie tylko pisarką, bo także wydawcą. Okazała się drobną blondyneczką ze ślicznymi białymi ząbkami błyskającymi w uśmiechu i bardzo delikatnymi dłońmi. Zasadnicza? A skąd! Świetna kumpela z wielkim taktem i poczuciem humoru!

Rozmawiałyśmy o książkach, o planach, o sobie. Bachor serwował nam szaszłyczki i ziemniaki z ogniska, a zadowolone psy odkryły, że jest tu parę nowych rąk do głaskania. Pełnia szczęścia!

Gdy następnego dnia odjechały… zrobiło mi się strasznie pusto i tęskno! Są mi tak bliskie!

Czekam do następnego spotkania. Fajnie jest myśleć, że są.

admin

22 lipca 2010

Agnieszka zrobiła oczy jak spodki.

- To jest NAPRAWDĘ najbrzydszy pies świata! – wykrzyknęła na powitanie.

Jej córki Dagmara i Wiktoria wrzasnęły jednocześnie:

– Jest ŚLICZNA! Jest ŚLICZNA!

I to jest dowód na względność postrzegania świata i piękna. I na siłę uczucia. Bo Józia, hołubiona przez Dagmarę, naprawdę uwierzyła, że jest ślicznym pieskiem. Zasypiała szczęśliwa na rękach Dagusi i tylko jej języczek coraz bardziej się wyciągał, wyciągał, wyciągał… Józi języczek, nie Dagmary. Bo Józia jest zmutowanym biedakiem: bez zębów,z wiszącym językiem,  z potwornym zezem i mierzwą zamiast sierści. Biedna Józia.

Trafiła do nas, gdy jej pani umarła. Podczas pobytu starszej pani w szpitalu, przesiedziała w jednej z klinik pod tymczasową opieką weterynarza. Gdy pani umarła, Józia miała trafić do schroniska. Tylko jak w schronisku poradzi sobie dwukilogramowy piesek bez ani jednego zęba? W dodatku bez szans na adopcję z powodu defektu urody? Józia się ślini, wydaje z siebie przeraźliwe dźwięki i jakby tego było mało – chorobliwie łaknie bliskości człowieka.  Gramoli się ciągle na kolana. Gdy siedzę przy komputerze, wdrapuje mi się na bark i tak urzęduje przy moim uchu jak papuga.  Taka jest Józia. Nie mogła iść do schroniska… Trafiła do nas.

Dagmara i Wiktoria, jako dwie śliczne młode kobietki od razu dostrzegły w Józi ukryte piękno. Gorące serducho, którym Józia kocha cały świat. A ja nie widziałam jeszcze Józi tak szczęśliwej! Dagmara cały czas nosiła ją na rękach. A miała przecież do wyboru piękne pomeraniany, utytułowane czempiony z pakietem złotych medali z wystaw psich piękności! Tymczasem wybrała Józię!

Agnieszka, autorka książki „Za głosem Sangomy”, jako pisarka i podróżniczka, widziała nie jedno.  Stworka podobnego do Józi – nigdy! Przyglądała się jej wielce podejrzliwie. Ale, trzeba przyznać, że jak na kogoś kto każe dzieciom myć ręce po każdym pogłaskaniu psa, dosyć dzielnie zniosła widok córki całującej co kilka minut Józię brzydulę. Po prostu postanowiła na to nie patrzeć.

Wiecie co? Uwielbiam, gdy pisarki przyjeżdżają na Smocze Pole. Uwielbiam słuchać o nowych, „piszących się” książkach. Uwielbiam czuć ten dreszczyk, gdy tak gadamy o bohaterach, kryzysie twórczym lub szaleństwie weny. To były piękne chwile. Mam znowu naładowane akumulatory.  Czekam na druga książkę Agnieszki Podoleckiej.

No i ta Józia… Ona naprawdę w ramionach Dagmary była piękna…

Dziękuję wam dziewczyny! Na zdjęciu Dagmara trzyma szczęśliwą Józię. Józia nawet wciągnęła języczek, który cały czas wisi jej z jednej strony:)

Józia była absoltunie szczęśliwa w objęciach Dagmary.

admin

30 czerwca 2010

No i stało się! Poznałam osobiście Ewę, która często wpisuje się na moim blogu. Przyjechała do redakcji z ciepłym jeszcze sernikiem.

- Chciałam poznać osobiście – uśmiechnęła się uroczo.

No i wpadła w nasze redakcyjne macki! Sernik pożarliśmy jak dzikie bestie. Okazało się, że za ten sernik ewa zdobyła pierwsze miejsce w konkursie potraw regionalnych czy coś takiego (zapisałam sobie nawet jaki konkurs, ale zgubiłam karteczkę).

Szef obwołał się specjalistą od serników. Popróbował, znieruchomiał i cicho zaproponował:

- Poproś o przepis.

Ale Ewa przepisu nie podaje. Twardzielka! Nawet przed naszym Szefem się nie ugięła. To przepis po babci i jest tajemnicą pokoleniową. Ha!

- Naprawdę znalazłam uznanie u Szefa? – Ewa nie kryła dumy, która każdego by, przy takim dzikim pożeractwie jakie zaprezentowaliśmy, rozpierała.

Znalazła. Krzysiaczek przyszedł i bardzo sprytnie poprosił o telefon. On nie chciał przepisu. Chciał SERNIKA. Ten wie, jak się urządzić.

Ewa to wspaniała ciepła osoba. Bardzo kobieca, o pięknej duszy i ujmującym uśmiechu. A ile ma uroku! No, twardzielka! Tylko twardzielka wiozłaby do Siedlec taki sernik! Oczywiście rozkochaliśmy się w niej wszyscy: tak redakcyjnie i zbiorowo. Pasuje do nas!

admin

29 czerwca 2010

Kocham Julię Piterę! Zaczynam od wyznania, ale nie mogłam się powstrzymać. Wczoraj prowadziłam spotkanie z panią minister i jestem pod jej ogromnym wrażeniem. Nie dość że z niej twardzielka, to jeszcze pełna uroku, o błyskotliwej inteligencji i bardzo życzliwa wobec ludzi. I wiecie co? Julia Pitera czyta teraz „Jak to robią twardzielki”!!!

Twardziele mnie generalnie zaskakują. Oto szef siedleckiej Straży Miejskiej, znany twardziel, wychowuje właśnie małe osierocone ptaszki. Muchówczeki niejakie. Nosi ich zdjęcie  w telefonie komórkowym, jak siedzą takie tłuściutkie i otwierają dzióbki piszcząc „mama! mama!”.

- A mamusia nie wróciła do gniazdka – tłumaczy zafrasowany komendant. – Albo kocur ją zeżarł, albo coś się stało.

Gdy pierwszy „synuś” wyfrunął z gniazda, komendant był dumny jak paw.

- No, poleciał! – opowiadał prężąc pierś.

Zaraz potem poleciały dwa pozostałe.  Pozostały mu zdjęcia w komórce i myśl, że może czasem młodziaki przelatują nad domem.

A Julia Pitera jest cudna. Jest niesamowicie odważna. I uczciwa na wskroś! Te cechy cenię w ludziach najbardziej. Z przyjemnością wręczyłam jej „Twardzielki”. Spotkanie odbyło się w NoveKino Siedlce przy sali pełnej ludzi. Zrobiło się klimatycznie i półprywatnie, bo nie pytałam o politykę. Julia Pitera odpowiadała szczerze, zaczem zaczepnie, czasem ze spontanicznym śmiechem. To twardzielka z klasą. Cieszę się, że poznałam ja osobiście. I że przeczyta moje „Twardzielki”.

admin

3 czerwca 2010

Wielki dzień! To dziś jest umowna premiera „Twardzielek”! Pani Lidka w Wydawnictwa SOL wysłała wczoraj do mnie paczuszkę z egzemplarzami autorskimi. Nie mogę się doczekać, kiedy je wycałuję, wygłaszczę, poprzytulam! Obowiązkowo uczczę truskawkami z szampanem!

Wczoraj tradycyjnie witaliśmy początek sezonu w Restauracji JANUSZ. Od razu mówię, że w „Jak to robią twardzielki…” i Restauracja i Hotel JANUSZ mają swoją rolę. Podobnie jak właściciel. Wątków siedleckich jest więcej :) .

Oczywiście wywiązała się rozmowa na temat twardzielek.

- Mężczyźni boją się twradzielek? – pytam sąsiada przy stoliku, absolutnie genialnego chirurga, Mikołaja.

Zdziwił się i lekko skrzywił.

- Boją? A skąd! Mężczyźni kochają twardzielki – stwierdził z przekonaniem.

Od razu zrobiło mi się lepiej.

- Mężczyźni lubią adrenalinę. A twardzielka z pewnością mu jej dostarczy – Mikołaj uśmiechnął się pod nosem i z uczuciem spojrzał na swoją żonę, kompletnie nieświadomą, o czym rozmawiamy.

Jego wzrok mówił wszystko: ma w domu twardzielkę!

Mimochodem byłam świadkiem cudnej rozmowy innego twardziela z twardzielką. Tu posłużę się nazwiskami, bo to i tak znane osoby z racji swoich talentów. To wzięty architekt Marek Bulak i prawdziwa gwiazda, projektantka mody Małgosia Jarosławska (w jej stroje ubierała się do programów telewizyjnych m.in. Edyta Górniak, Małgorzata Foremniak, Katarzyna Zielińska). Oboje się nie znali, a też uczestniczyli w dyskusji o twardzielkach. Ktoś w końcu załapał, że trzeba ich sobie przedstawić. Dokonano prezentacji i twardziele tak sobie gadają, o tym, co w życiu robią:

- A, nic takiego… tak sobie wymyślam, projektuję… – wije się Marek, który jest skromną osobą i nigdy nie jedzie na swoim nazwisku, on się nigdy nie przyzna, że jest TYM Bulakiem.

Małgosia nadstawiła uszu.

- Taak? Ja też… tak sobie… projektuję…

Myślałam, że spadnę z krzesła ze śmiechu! Ani jedno, ani drugie nie przechwala się publicznie, i prędzej schowa się pod stół, niż powie publicznie o swych sukcesach. To było cudne!

A z Markiem to kiedyś było tak: spotkaliśmy się na dosyć snobistycznej imprezie, gdzie w pewnym momencie goście zaczęli się przechwalać, że Bulak im dom projektował. Taka deklaracja to od razu dwie informacje: dom jest piękny, a właściciela „stać na Bulaka”. Mnie niestety nigdy nie było „stać na Bulaka”, ale Marek był tak dobry, że po kumpelsku wykonał mi projekt mojego… płotu. Znaczy ja go wymyśliłam, ten płot, ale trzeba było zgłosić budowę do nadzoru budowlanego, a do tego był potrzebny oficjalny projekt i dokumentacja, którą Marek mi w ramach przyjaźni wykonał.

No i ludzie się tu przechwalają, Marek nie wie, gdzie się schować, siedzi na wprost mnie dosyć zestresowany i tak jakoś zerknęliśmy na siebie. Przypomniałam sobie ten płot i wyrąbałam z satysfakcją:

- A ja też mam Bulaka, mnie też Bulak projektował!

No i Marek wtedy mało ze śmiechu nie umarł, ale się odstresował.

A Małgosia projektantka uważa, że mężczyźni jednak się boją twardzielek.  A ja myślę, że po prostu nie trafiła na chirurga. Ha!

admin

18 maja 2010

Zły to ptak, co własne gniazdo kala… Otóż bocian nie jest złym ptakiem. Zdecydowanie. Oszczędza gniazdo i kala mój samochód. Ludzie!!! Jak on kala, skurczybyk!

Gniazdo jest przy bramie wjazdowej. Jeśli nie wstawiamy samochodów do garażu, stoją przy bramie i na naszym parkingu. Muszę teraz uprzedzać gości, aby nie przyjeżdżali w świeżo umytych autach. Bo szkoda tej świeżości. Kalanie jest bowiem obfite, mocno plastyczne i z wyobraźnią.  Takie od dachu po koła. A pragnę zauważyć, że bocianica siedzi na jajkach. Więc kuperków chętnych do kalania będzie więcej…

Nie mogę o kalaniu opowiedzieć Justynie, bo ona biedna nie może się śmiać. Szwy ją ciągną. Wycięli jej wyrostek. Gdy opowiadam, co się dzieje w redakcji, robi takie przeciągłe:

- Aaauuuuaaaaoooo…. nie mogę się śmiać… aaauuuuooooo!

Gdy pierwszy raz przyszła w nocy na SOR, trafiła na idiotę. Pan doktor był tak wściekły, że się nie mógł wyspać, że zagroził jej perfidnie, iż będzie ją diagnozował do rana.

- Ale ja mam małe dziecko – wyjęczała Justyna.

- A ja mam dwoje – zrewanżował się doktor.

- I karmi pan piersią? – uprzejmie spytała Justyna.

Nie karmił. Dał Justynie antybiotyk i wygonił.

- Ciągle mi wmawiał, że musi mnie boleć pęcherz – skarżyła się Justyna. – Mówię, że nie, on mówi, że tak.

Za dwa dni okazało się, że Justynę trzeba kroić. Inny pan doktor, nie idiota, zdziwił się, czemu przyszła tak późno. Okazało się, że wtedy w nocy, miała podręcznikowe objawy zapalenia wyrostka robaczkowego, a nie pęcherza. Antybiotyki stłumiły jednak objawy. Gdyby uwierzyła doktorowi, że ją pęcherz boli, mogłoby być źle.

- Ślicznie wyglądasz bez tego wyrostka – pochwaliłam ją, omijając wzrokiem kroplówki.

- Operacje mi służą? – spytała cienko.

- No, masz! Jeszcze jak! – przyznałam szczerze.

- To pomyśl jakbym wyglądała po operacjach plastycznych! – rozanieliła się.

Czyli, dobrze będzie.

Żeby jeszcze tylko te bociany nie kalały mi samochodu.

admin

23 kwietnia 2010

Lucy to czarodziejka! To, co ona robi ze słuchaczami, to prawdziwe cuda. Wczoraj, w wigilię Światowego Dnia Książki, Lucy miała autorskie spotkanie w Siedlcach. Rozkochała w sobie wszystkich, którzy byli na sali i otrzymała wielkie brawa! A ja podskakiwałam z boczku i mamrotałam zadowolona: „a ja ją znam, a ja ją znam!” Ha! Powiedzieć o niej, że to medialne zwierze, to za mało!

Gdy jestem z Lucy i Tadeuszem, jej osobistym narzeczonym, czuję się tak, jakbym czytała jej książkę. Uwielbiam te ich dialogi z pogranicza czułego gderania.

- Wiesz, mam chyba sklerozę – zwierzyła mi się Lucy w samochodzie w drodze na spotkanie z czytelnikami.

Tadeusz siedzący z tyłu wtrącił żywo:

- A mnie ciągle wmawiasz, że nie masz!

- Bo jak zapominam, że mam, to mówię, że nie mam – z godnością odpowiedziała Lucy.

Zaraz potem okazało się, że oboje zapomnieli zabrać ze sobą płyt z muzyką Chopina, którą chcieli puścić  w tle spotkania. Tak to jest, jak się zapomina o swojej sklerozie:).

Na szczęście Miejska Biblioteka Publiczna (to czołowa biblioteka na Mazowszu pod względem czytelnictwa) jak zwykle stanęła na wysokości zadania i  niezależnie od Lucy zamówiła na jej wieczór muzyków i Chopin leciał na żywo! Lucy była wniebowzięta. Opowiadała o tym, jak powstała książka, opowiadała o sobie z perspektywy wesołej emerytki kochającej podróże i swoje pisanie… I wiecie co? Ludzie się w niej zakochali. Przyszli na poważny i natchniony wieczór o Chopinie i nawet mieli miny adekwatne do okoliczności: poważne, skupione, zamyślone. A potem… Rozchodzili się uśmiechnięci, naładowani energią, zaintrygowani tą niezwykłą pisarką. Niektórzy koniecznie chcieli jeszcze choć słowo zamienić przy podpisywaniu książki. Jedna z pań entuzjastycznie wręczyła Lucy tomik swoich wierszy. Inna pani (polonistka) dziękowała Lucy za takie właśnie pisanie o Chopinie: jako ciekawym, młodym, wesołym mężczyźnie! Lucy udzieliła wywiadu do lokalnej telewizji kablowej.

A potem przyjechaliśmy na Smocze Pole i studziliśmy emocje dżinem z tonicem. Ja byłam pod takim wrażeniem, że (jeszcze przed dżinem, ofkors) przejechałam po drodze pachołka (takiego plastikowego, nie żywego, na szczęście), najechałam krawężnik, cudem ominęłam panią w żółtym płaszczyku, a  jak zaproponowałam, że może dokupię tonicu, bo lubię rozcieńczać, Tadeusz z Bachorem ryknęli zgodnie:

- Jedź! Do domu!

Bali się, że znowu na coś najadę. Mężczyźni! Jakieś słabe nerwy mają, czy co.

A teraz wnioski; Lucy, to nasz narodowy skarb. To niewątpliwie towar eksportowy, taki, z którego możemy być dumni. Lucy rozsiewa wokół siebie cudną energię i nikt, kto ją spotkał, o niej nie zapomni, to pewne. Gdybym miała czas, jeździłabym za nią po Polsce na każde spotkanie, jak fanka grupy rockowej. Nie wykluczam, że machałabym na nich nawet marynarą i skandowała „Lu-cy! Lu-cy!”. Dlatego mówię wam: jeśli dowiecie się, że jest gdzieś w pobliżu: idźcie się z nią spotkać. Bo mieć jej autograf w książce „Dagerotyp. Tajemnica Chopina” to wielka frajda!

Rano, gdy po jajeczniczce z jajek zielononóżek Lucy i Tadeusz pojechali, Bachor westchnął:

- Faaajnaaa ta Lucy…

A ja odpowiedziałam z podobnym westchnieniem:

- Nooo…

A tu macie zdjęcie Lucy po spotkaniu, jak podpisuje książki. Dla nie wtajemniczonych: Lucy to Lucyna Olejniczak, autorka książek „Dagerotyp. Tajemnica Chopina” Wydawnictwo AURUM oraz „Wypadek przy ulicy Starowiślnej” Wydawnictwo Replika.

Lucy podpisuje książki.

Lucy podpisuje książki.

admin

29 marca 2010

Na squasha spóźniłam się przez żaby. No tyle ich było na drodze, że wysiadłam i osobiście, własnoręcznie, przenosiłam je z jezdni na dalekie pobocze.  Szkoda mi było biedactw, bo spory odcinek drogi był upstrzony rozjechanymi plackami, które wcześniej zapewne miały rączki, nóżki i ślicznie skakały. No, masakra.

Magda już waliła piłką o ścianę. Schudła jeszcze bardziej i wyglądała jak sprężynka. Znaczy giętka taka jakaś i zwinna. Marzenie. Przyznała, że już od kilku miesięcy dwa razy w tygodniu gra z trenerem. I zaraz poczułam, co to znaczy.

- He, he… – grzecznie zaśmiałam się, gdy puściła mi piłkę w sam różek sali i ona (ta piłka) mi zrobiła tak „plask”.

Nie do odebrania.

Po chwili to samo. Patrzę, a Madzia takie jakieś wredne zadowolenie ma w oczach. I znowu: sru! Nie do odebrania.

- To było z premedytacją – stwierdziłam jeszcze spokojnie, ale z naganą.

Magda nie dopowiedziała tylko: bach! Znowu nad samą dolną linią, po drugiej stronie kortu, niż ja jestem. I wydała z siebie takie zadowolone „Ha!”.

O żesz!

- Myślałam, że gramy towarzysko, a ty mi tu z premedytacją walisz! Biegać muszę! – grzmię już nie kryjąc wyrzutu.

- A, co ty myślałaś! Jak grać to grać! – Magda w odpowiedzi posłała taką piłkę, że cudem tylko ją odebrałam.

Ach, taaak!!! To ja tu mam pozytywne nastawienie, dobry uczynek zrobiłam, żaby z drogi zbierałam, życie stworzonkom ratowałam, a ona mi tu takie piłki wali?! Oooo!

Nie miałam wyjścia. Musiałam się zmobilizować. Tylko raz wbiłam sobie bark w ścianę i tylko raz gwizdnęłam na (jeszcze) zdrowe kolano.  Mroczki przed oczami się nie liczą, bo miałam je cały czas. Zaczęłyśmy grać.  GRAĆ!. Miałam wrażenie, że walczę o wszystko: o honor, własną godność i całkiem niezłe mniemanie o sobie, że kozak przecież jestem nie do zabicia. Po pewnym czasie nie miałam płuc, nie miałam mięśni i nie miałam kości. Byłam jedną wielką uwagą i napięciem.  Jeszcze trochę i też zaczęłam walić „z premedytacją”. Magda jakby na to czekała. Tak. Najwyraźniej potrzebowała rywala. PRZECIWNIKA. A los jej zesłał wyzwolicielkę żab.

Po wyczerpującej grze z premedytacją,  Magda, nieco udobruchana moim zrywem charakteru, pokazała parę nowych zagrań, w których się bez pamięci zakochałam.  Trochę rozwalają łokieć, ale jaka frajda!

Godzinne zmagania zakończyłyśmy już towarzyskim „pykaniem” i omawianiem techniki.  Wybaczyłam jej te żądzę  mordu,  jaką prezentuje na korcie. Magda jest wojownikiem, urodziła się pod gwiazdą ludzi wielkich, niezłomnych. Ona inaczej nie umie.

Wracałam wykończona i mokra. Żaby znowu wyszły na drogę, placków zdecydowanie przybyło. Zatrzymałam auto. Powoli, noga na nogą, wygrzebałam się z samochodu. Z ciężkim westchnieniem człowieka na skraju śmiertelnego zejścia z wyczerpania, zaczęłam przenosić żaby na pobocze. Moje auto blokowało przejazd, więc inne samochody zwalniały i mijały mnie ostrożnie. Nikt nie popukał się w czoło, za co wielkie dzięki.

Uciekajcie żabki, uciekajcie…

admin

21 marca 2010

Poznałam Literatki! Spotkałyśmy się przy okazji wieczoru autorskiego LUCY w TRUFFIC CLUB. Spotkanie Lucy przeniesiono na inny dzień, ale my przyjechałyśmy do Warszawy i zadzierzgnęłyśmy już nie tylko wirtualne więzy. Normalnie kocham te babeczki!

Znamy się z zamkniętego forum LITERATKI. Założyła je Tosia (czyli Antonina Kozłowska) dla kobiet piszących. Super, nie? Jest to wyjątkowe forum! Nie ma na nim niezdrowej rywalizacji, popisywania się, zakamuflowanych złośliwości lub jawnych ataków, jak na innych forach. Nie buszuję w necie, ale mam porównanie, na przykład, do forum kynologicznego, które rozczarowuje swym poziomem i zieje wręcz bezinteresowną nienawiścią i niezrozumiałymi dla mnie frustracjami. Szybko je opuściłam. Cóż… LITERATKI to świeży oddech! Pisarki są inteligentne, błyskotliwe i pozytywnie patrzące na świat. Życzę każdemu tak wspaniałego doświadczenia, jakim jest forum LITERATEK.

Nasza Tosia ma na forum ogromny autorytet. Siłą rzeczy wyobrażałam ją sobie jako osobę postawną, zasadniczą i dosyć nieprzystępną. Tymczasem dobiła do nas energiczna śliczna kruszynka o miłym głosiku i zniewalających uśmiechu. Jest przesympatyczna! Jej ostatnia powieść „Czerwony rower” bardzo mnie poruszyła. To historia trzech przyjaciółek, które łączy skrywana trauma z dzieciństwa. Na ile je zmieniła? Na ile wpłynęła na to, kim teraz są? Tosia cudownie odkrywa kolejne elementy układanki, pozwalając odpowiedzieć na to pytanie. Po mistrzowsku buduje wewnętrzne napięcie. Czytelnika zaczyna drążyć niepokój, bo przeczuwa, że tajemnica z przeszłości może nie być dziecięco niewinna. Książkę czyta się wspaniale. W wakacje ukaże się kolejna, trzecia już powieść Tosi! (Pierwsza to „Trzy połówki jabłka”, a w linkach macie podany adres bloga Tosi „drugirazodzera”).

Ania Fryczkowska jest niesamowicie kobieca! I też w wymiarze kieszonkowym (czyli niedużutka wzrostem). Ma długie blond włosy, ciepły głos i uważne spojrzenie. Śliczna dziewczyna. Jej pierwszą powieść „Straszliwe historie o otyłości i pożądaniu” połknęłam na ciągłym wdechu. Potrafi tak zbudować atmosferę, że dopiero po zakończeniu kolejnego akapitu można złapać powietrze w płuca. A nie pisze o strasznych rzeczach, wbrew tytułowi! Miesiąc temu ukazała się druga książka Ani „Trafiona – zatopiona”. I też połknęłam ją w jeden dzień. To opowieść o zwykłych ludziach, którzy nie mają zwykłych problemów. Ich tajemnice wymykają się  codzienności, choć są w niej mocno obsadzone. Ale o tym dowiadujemy się stopniowo. Jakie może mieć zmartwienia wzięty chirurg, albo dziewczyna z McDonald’s? Ania pisze filmowo. Nic dziwnego, jest też scenarzystką. Jej kunszt docenia się jeszcze bardziej w tej książce. W piękny sposób opowiedziała, między innymi, historię „brudnego dotyku”. To opis subtelny, budowany jak w puzzlach, gdzie kolejne elementy zaczynają tworzyć coraz wyraźniejszy obraz. W „Trafionej – zatopionej” jest miłość, jest lęk, jest szukanie swego miejsca w świecie i szukanie swojej siły, niezbędnej do zmierzenia się z życiem. Wszystko dzieje się zaledwie w ciągu dwóch dni! Ania znowu podaje nam soczystą esencję, którą można się delektować.

Manula Kalicka. Oj! O tym, że ma temperament wiedziałam czytając jej książki. „Tata, one i ja” stoi na mojej półce od bodajże ośmiu lat. Potem doszło „Wirtualne zauroczenie”, „Szczęście za progiem”. W życiu nie przypuszczałam, ŻE POZNAM JĄ OSOBIŚCIE! Musiałam się mocno kontrolować, aby nie rzucić się jej na szyję, bo przecież ona nie wiedziała, że ja ją znam od dawna. Jaka jest Manula? Niesamowita! Ma sympatyczne ADHD, kipi energią, jest błyskotliwa i szczera. Ma największe doświadczenie z nas wszystkich i jest niekwestionowana sławą. A przy tym to „swoja” babeczka, nie zadzierająca nosa, życzliwa wobec innych. Gdy patrzy na ciebie, widać, że słucha. Jej ostatnia powieść „Rembrant, wojna i dziewczyna z kabaretu” jest, w mojej ocenie, jej najlepszą książką. Wojenna historia opowiedziana lekko, z ogromnym humorem i tak barwnie, że czytelnik wchodzi w ten świat od pierwszego zdania i zawzięcie zostaje do ostatniego. Manula napisała tam sceny, które powinny wejść do kanonu polskiej komedii (mowa o brydżowych kłótniach baronostwa). Powieść śmieszy i wzrusza. Nie, no Manula to po prostu Mistrz!

Agnieszka Szygenda. O kurde, ale jest piękna! Bardzo cicha, stara się siedzieć z boczku, wiecznie nie ma czasu i opuściła nas bardzo wcześnie. Powieść „Wszystko gra” była jej debiutem (pisałam o niej na blogu), teraz jest nadzieja, że ukaże się jej druga książka. Agnieszka jest bardzo ciepłą osobą, trochę nieśmiała, ale ma w sobie taką siłę, która budzi respekt. Liczymy, że następnym razem posiedzi z nami dłużej, bo od pokochałyśmy ją już na dzień dobry.

Lucyna Olejniczak czyli LUCY, sprawczyni naszego spotkania. Lucy jest wyjątkowa. Pogodna, energiczna, ciekawa świata i życia. Ma w sobie to coś, co sprawia, że ludzie do niej lgną, chcą jej się zwierzać i nawet nie znając, opowiadają jej swoje życie. Ma wielkie poczucie humoru i umie cieszyć się z drobiazgów. Jest przyjacielem ludzi. I wspaniale pisze. „Dagerotyp. Tajemnica Chopina” jest rewelacyjną książką.  Akcja toczy się w świecie współczesnym i w czasach Chopina. We współczesności dwójka bohaterów doprowadza mnie do łez śmiechu: Lucyna i Tadeusz to para, jaką trudno znaleźć w polskiej literaturze. Dojrzali wiekiem, ale młodzi duchem, mają swoje słabostki, które pokazują ich związek bardzo żywo i nietuzinkowo. Opowieściom z epoki Chopina towarzyszy piękny wątek romansu, wzruszającej historii o niespełnionym uczuciu. Poznajemy w niej Chopina jako radosnego lekkoducha, ulegającego urokowi kobiet. Jak wyglądał Chopin wracający z udanego wieczoru ulicami Paryża? O, na pewno nie był tak uduchowiony, jakiego zawsze widzimy na portretach! Lucy cudownie pokazuje go „po ludzku”! Książkę czyta się jednym tchem, a po zakończeniu odkłada z uśmiechem. Takiego Chopina na pewno nie znaliśmy! Ale nie tylko dlatego warto po nią sięgnąć. Lucynę i Tadeusza też pokochacie od razu.

Lucy świętowała w Warszawie podwójnie. W tym samym czasie ukazała się bowiem książka jej syna, piszącego pod pseudonimem Jewgienij T. Olejniczak. Oczywiście kupiłyśmy „Archipelag Khuruna” od razu. O, ludzie!  Jak ten facet pisze! Uprawia gatunek S-F, ale książka spodoba się nie tylko fanom tego gatunku. Akcja dzieje się w dziewiętnastowiecznym Krakowie i ma dokładnie taki klimat jak Sherlock Holmes w starym Londynie lub przygodowe powieści Verne’a! Dochodzenie prowadzone w XIX wiecznych zaułkach ma cudną naukową podbudowę – oczywiście na miarę tamtych czasów i zgodnie z kanonem gatunku. Nie brakuje tu tajnego bractwa, niesamowitych zdarzeń, jak też charakterystycznych, soczystych postaci. No, i co za humor! My, Literatki, jesteśmy dumne z Literata Olejniczaka Juniora!  LUCY! Ale ci się udał potomek! Wróżę Jewgienijowi dynamiczną karierę. To jego pierwsza powieść (wcześniej ukazał się zbiór opowiadań „Noc szarańczy”), a po jej lekturze od razu sprawdza się, co jeszcze można przeczytać tego autora. No cóż, czekamy na następne…

Uff! trochę się dziś rozpisałam, ale jestem szczęśliwa, że poznałam LITERATKI. A właściwie tylko ich część. Bo Literatki rozrzucone są po całej Polsce: Wrocław, Gdańsk, Kraków, Toruń… Ale, wszystko przed nami. Zdradzę, że namawiamy się już, aby zrobić jednak zlot na Smoczym Polu.

- Przyjedziecie i szampana odpalimy w mnie – napisałam przy okazji jednego z radosnych wydarzeń jednej z Literatek.

Miało być „odpalimy u mnie”, ale wiecie jak to jest z literówkami. No i Agnieszka Gil z Wrocławia napisała z żalem i naganą:

- Jestem w pracy i nie mogę się tak głośno śmiać.

I chciała wiedzieć, czy naprawdę będziemy strzelały we mnie. Ofiarnie się zgodziłam.


FireStats icon Działa dzięki FireStats