Archive for the 'przyjaciele' Category

admin

17 października 2010

Od lat nauczyłam się dobrze bawić bez alkoholu. od kiedy zamieszkałam na ranczu, wszędzie muszę dojeżdżać  samochodem, a to zobowiązuje. Do abstynencji. Ale tym razem było inaczej. na imieniny Jadwigi podwiozła mnie Baśka, a Bachor odbierał mnie nocą.

- Karol wie, że ma w środku nocy jechać po pijaną matkę? – upewniałam się rozmawiając z Tiną na GG.

- Jest przeszczęśliwy – padła lakoniczna odpowiedź.

Prawidłowa odpowiedź.

No to pojechałam szargać ryja… Jesssuuu! Szargałam na potęgę! W cudnym towarzystwie. Jadwiga wyciągnęła oczywiście gitarę,. I się zaczęło!

- Chcę „Batumi” – domagał się Tomasz.

Ale zaczęło się od pieśni harcersko-partyzanckich, potem gładko przeszliśmy na Tercet Egzotyczny… i tak już nam zostało. Przy Batumi nadal brylowaliśmy z Adasiem wydając perliste „Trrrr Arrriva Arrriva”.  I przy wszystkim. Bachor najechał gdy właśnie darliśmy się „Przeżyyyj tooo saaaam! Arrriva! Arrriva!”. Spłoszony trochę się cofnął, ale przy „Dziesięć w skali Beauforta…. Trrrrrr! Arrriva” nawet się rozluźnił. Bachor przy okazji dowiózł jajka z zielononóżek, które obiecałam Jadzi do tatara. I oczywiście zapomniałam. Żarłam tatara bez jajeczka i klęłam swoją sklerozę w żywy kamień.

Na drugi dzień… głowa wyraźnie nie nadążała za ciałem. Przedziwne uczucie. Około południa przyjechała Jadwiga z całą ekipą na zupę z dyni.

- Kurna, nie wiecie, czemu mnie tak kark i szyja bolą? – dopytywałam lekko nieszczęśliwa.

I wtedy przypomniano mi, że wykonywałam choreografię na wzór gitarzystów rockowych, czyli kręciłam w kółko głową, machając włosami w lekkim przykucku, czyli na ugiętych kolanach, jak duch rocka przykazał. Oooo! No to wszystko jasne.

Ale i tak nie przebiję Jadwigi i Adasia, którzy napalili się na kanie. Zerwali je gdzieś w przydrożnym rowie, ale nie mieli pewności, czy to rzeczywiście kanie. Jadwiga poleciała do sąsiada.

- Czy to kanie?

Sąsiad leżał napruty, ale ofiarnie podniósł głowę, zerknął gdzieś w przestrzeń i potwierdził:

- Taaa… kaanie…

Jadwiga nie zaufała opinii sąsiada i poleciała z garem dalej. Kanie moczyły się bowiem w mleczku. Adaś tyczasem zgłębiał wiedzę na temat grzybów w internecie.

- K..a! Muchomory! – wyrokował z rozpaczą.

Jadwiga tymczasem dorwała innego sąsiada, wędkarza.

- Wie pani, gdyby to był szczupaczek… – westchnął wędkarz i nie wniósł nic do sprawy.

Dopiero ekspedient w sklepie potwierdził:

- Kanie, u mnie się takie same moczą!

No i mimo Adasiowego śledztwa, które wskazywało, że mają w domu muchomory, pożarli znalezisko.  Opamiętanie przyszło, gdy syci i szczęśliwi siedzieli nad pustymi talerzami.

- Adaś – zaczęła niepewne Jadwiga. – Ty sprawdź, jakie są objawy zatrucia.

Dopadli internetu i bledli czytając, co też ich może czekać.I chyba z tej depresji dostali takiej głupawki, że rycząc ze śmiechu spisali testamenty. Zapakowali je do butelki i zakopali w ogródku.

- Dlaczego nie do notariusza? – zdziwiłam się.

- Nie było czasu – przytomnie uświadomiła mnie Jadwiga. – W końcu czekaliśmy na najgorsze.

I te testamenty w butelce leżą nadal zakopane w ogródku. Adaś i Jadzia przeżyli.

A Jadwiga przeżyła jeszcze jedno osłupienie. Rano, po imieninach, sięgnęła po jajeczko z zielononóżki, bo chciała pokosztować tatarka. Stuka, stuka, a jajko nie wypływa.

- Było ugotowane – stwierdziła z naganą.

No to pięknie! Zapakowałam jej jajeczko przygotowane dla papugi i ona oczywiście od razu trafiła właśnie na nie!

Ale tak, czy siak… szarganie ryja wyszło obłędnie!

admin

4 października 2010

Czasem znaki na niebie i ziemi coś nam mówią. Pic polega na tym, aby je odczytać. Moja ukochana Guciowa nie odczytała. Ale dzięki temu znowu dostarczyła mi nieziemskiej radochy.

Guciowa wybrała się do rodzinnego miasta na któreś tam, jubileuszowe, spotkanie po maturze.  Mgliście wiedziała, gdzie ma iść, bo każdy tłumaczył jej, jak umiał. Doszła w końcu do celu, a tu ZONK! Drzwi zamknięte! Hmmm… Chciała się upewnić, czy to właściwy adres, ale jedna koleżanka uprzedziła od razu, że nie bierze ze sobą telefonu, a druga kazała do siebie dzwonić na inny numer, którego Guciowa, oczywiście, w komórce nie miała. Odeszła Guciowa na boczek, patrzy i duma nad złożonością nieprzewidzianej przeszkody. No i widzi, że ludzie podchodzą do budynku…. i wchodzą do środka. Ki diabeł?! Ponowiła więc próbę. Okazało się, że tam były dwie pary szklanych drzwi obok siebie. Wyglądały jak całość, ale jedne były zamkniete, a drugie nie. Guciowa, tradycyjnie, chciała się dostać do środka zamkniętymi.

I to był chyba znak. Nie, nie… impreza była super i w ogóle, tylko…

- Zatrzasnęłam się w męskim kiblu, a klamka mi wpadła do sedesu – z desperacją wyrecytowała jednym tchem.

Jasny gwint! No tego to nawet ja bym nie wymyśliła.

- Dlaczego w męskim kiblu?!

- Bo facetów było mniej – logicznie odpowiedziała moja bratowa.

No, jest to jakiś argument, nie przeczę.

- Wyrwałaś tę klamkę?

- No… Ale wcześniej drzwi zdążyły się zamknąć. I ona takim ślicznym łukiem wpadła prosto do muszli.

Nie powiem, ryczałam jak łoś na trzęsawisku.

- No i co?

- No, kurna, co „i co?” – zdenerwowała się bratowa. – Wyciągnęłam ją. Miałam inne wyjście?!

No, nie miała. Głupio tak krzyczeć w męskim kiblu, że klamka się utopiła. Rozumiałam ją całkowicie! Nie mogłam tylko powstrzymać radosnych pokwikiwań, kończąc je kategorycznym: „I co dalej?!”.

- A dalej było jak na „Chirurgach”. Kazałam sobie polewać wódką rękę aż do łokcia. No wiesz, żeby się zdezynfekować.

Boże! Jak ja ją kocham!

- To się nie nadaje do książki – od razu mnie uprzedziła.

- Nadaje! – ryczałam w słuchawkę. – Nadaje! Jeszcze jak nadaje!

Puenta jest najlepsza: po incydencie w męskim kiblu wyszła na snobkę. Bo co któryś z dawnych kolegów podbiegał się przywitać i z kurtuazją szykował do całusa w rączkę, Guciwa dyskretnie cofała rączkę, cofała i jeszcze minę robiła.

A ja myślę, że te zamknięte drzwi na wejściu  to był znak. Tych zatrzaśniętych drzwi od kibla.

A swoją drogą… jakie oni dziś, kurna, te klamki robią?!

admin

2 października 2010

Stało się! Najpierw przyszedł sms: „Szykujcie się na 2 maja 2011!”. A potem przyszedł mms: piękny pierścionek zaręczynowy na smukłym paluszku. Ela, niewątpliwie twardzielka ( ma legitymację!) wychodzi za mąż!

- Wszystko zaczęło się na twoim wieczorze promującym książkę – przyznała Ela.

No ładnie! Jedni się produkują na scenie, wjeżdżają na motorze, drudzy w tym czasie robią takie wrażenie, że faceci lecą co duch po obrączki. Gdzie tu jest sprawiedliwość? No, nie powiem… Tempo wszakże książkowe, akcja również, bo w faceta po prostu piorun strzelił, no i happy end jak się patrzy!

Ale Elci się należało! Po pierwsze: jest śliczna. Pracowała jako modelka, teraz jest rzutką szefową wygrywającą przetargi dla dużej firmy. Po drugie: życie jej nieźle dokopało, jak to zwykle bywa w przypadku pięknych dziewczyn. Po trzecie:  Ela to wspaniała wrażliwa dziewczyna, która w środku nocy zerwie się, by pomóc innym. A teraz ma oczy błyszczące ze szczęścia i jest jeszcze piękniejsza! A wszystko zaczęło się od moich Twardzielek…

Wczoraj Beatka i Sunil zrobili Dzień Przyjaźni w swojej restauracji Bollywood Hollywood. Beata po przeczytaniu książki Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się i kochaj”, zaczęła zgodnie z przesłaniem autorki, przekazywać książkę dalej.  Ale wpadła na pomysł, że skoro jest premiera filmu na podstawie książki, to zadziała inaczej. Kupiła dla swych przyjaciółek bilety, zaprosiła je do kina, a zaraz potem do restauracji, gdzie czekała na wszystkich niesamowita Anna Faber ze swą niebiańska harfą…

O Boże, co to był za wieczór! Ania Faber magnetyzuje publiczność. To, co wyprawia z harfą, to zachwycający spektakl pełen dźwięków i magi. Czy słyszeliście jazz, tango, standardy filmowe wykonane na harfie? Nie?! To nie byliście na koncercie Ani Faber. Ta przepiękna blondynka jest w trakcie koncertu jak żywy obraz . To zjawisko, na które się patrzy i w które się wsłuchuje. A ileż temu towarzyszy emocji! Ania elektryzuje muzyką i wzrusza. A gdy jeszcze do dźwięków harfy dochodzi flet, to mimo iż celtyckie ballady są energetyczne i żywe, łzy ciekną człowiekowi po twarzy. Ale takie dobre łzy, spływające po uśmiechniętym policzku.  Taki to był wieczór! Wieczór Przyjaciół. Idealny na informację od Eli o jej zaręczynach.

admin

1 października 2010

Normalnie siekło mnie. W komentarzach znalazłam wiersz „Gonić królika”. I zakochałam się w nim. No i wrzuciłam tego Bronka z Obidzy w google, a on ma tego więcej. O ja cie! Kocham Bronka z Obidzy! Niech pisze! Kurna, niech pisze!!!! A jeśli wy kochacie mnie, to i Bronka też pokochacie.

To ja tu zapodaję ten wiersz z komentarzy.

Gonić królika

Nic ze mnie dodać, nic podzielić, gdy tak niewiele pozostało,
w starganych włosach ślady bieli; kto zechce coś, co posiwiało,
tylko ten wiatr, gdy je palcami, na pięć rozdzielam w zamyśleniu,
układa potem, rozczochrane, zbierając słabe, jak grzebienie.

Spadają liście kolorowe, a ze mnie nic się nie da dzielić,
pochylę jeszcze niżej głowę, zacznę posłanie z liści ścielić
grzebieniem ze skostniałych palców, igliwie świerków, jodeł, sosen,
odsunę i pogadam z wiatrem, niech skryje lasem ciało bose.

Nie żałuj, brzozo, góralowi, listków na głowę posrebrzoną,
tylko mi nie zakrywaj powiek, resztę – brzozową skryj pierzyną,
skoro nic ze mnie dla nikogo, niech chociaż czasem łzę uronię,
dziki króliku, pędź swą drogą , ja już Cię nigdy nie pogonię.

bronek z Obidzy

admin

18 września 2010

Jadwiga to farciara. Znaleźć takiego Adasia! I niby mówi, że jak go sklonuje, to się podzieli, ale kto ją tam wie!

Złapałam ją jak wracała z Mołdawii. Wygrała z psami wszystko, co mogła wygrać, udzieliła kilka wywiadów i zadowolenie ją po prostu rozsadzało.  Bo jeszcze ten Adaś!

- Wyobraź sobie, wracam, a tu: pranie zrobione i rozwieszone, poprzednie pranie ślicznie złożone, kojce lśnią, umywalki lśnią – i tak długo wymieniała, co jeszcze lśni.

Przełknęłam gwałtownie  ślinę. Jezu!

- Nie możesz go na trochę wypożyczyć?! – przytomnie zaczęłam pertraktacje.

- Ja go sklonuję! – oznajmiła wspaniałomyślnie, co, niestety, ucięło negocjacje na temat wypożyczenia Adasia.

Ale to nie wszystko. Adaś odebrał też poród zjawiskowej Walencji.

- Jest sześć szczeniaczków! – niemal płakał ze wzruszenia do telefonu. – Niech pani już wraca, bo ja nie śpię drugą noc, ciągle czuwam.

Jadwiga też niemal płakała ze szczęścia, że przy Walencji i jej szczeniakach jest właśnie Adaś.

- Wiesz, że on jej gadał do brzuszka? – przyznała łamiącym się głosem.

O, ja cie!

Wiola na wieści o Adasiu wykazała żywe zainteresowanie.

- Ja też chcę klona! – oznajmiła twardo.

Od tej pory popieram klonowanie ludzi w całej rozciągłości. Niech się, za przeproszeniem, pieprzą, dylematy moralne i etyczne! Chcę klona Adasia i już!

O! Właśnie zadzwoniła Jadwiga i poinformowała mnie, że wybierają z Adasiem imiona dla szczeniaczków. Z całej wyliczanki zapamiętałam tylko Little Princess. Założę się, że wymyślił to Adaś!

No to niech to klonowanie ruszy wreszcie! I to szybko! Bo w październiku Adaś wraca na studia do Warszawy. Jadwiga wpadnie w depresje, jak nic! Ja z Wiolą chyba też.

admin

12 sierpnia 2010

Lena i Wika to Rosjanki, które kupiły GOOD GUY’A naszego pomeranianka. GOOD GUY, zwany w domu Gudikiem, robi teraz Młodzieżowy Czempionat Polski. Lena i Wika przyjechały go odwiedzić. Rozmawiałyśmy po rosyjsku, a że tego języka uczyłam się w szkole podstawowej, dziury w mózgu silą rzeczy były…

Lena opowiadała, jak to Gudik będąc na daczy jej przyjaciółki zniszczył ogrodową figurkę. Była to duża łybuszka, na której plecach siedziała mała łybuszka. I tę małą łybuszkę Gudik chapnął i zgubił. I koleżanka kazała szukać… Co to jest, u diabła, łybuszka?!

Lena chodzi, szuka… i znalazła! Żywą łybuszkę! Kombinuję: figurka ogrodowa, mama i bejbi… wiem! Kaczuszka!

- Robi kwa kwa? – upewniam się.

Lena radośnie przytakuje głową: robi kwa kwa!

No, to jesteśmy w domu. Zaraz, zaraz… To u koleżanki jest tyle łybuszek?

- No… – Lena ze zdziwieniem przytakuje. – A u was nie ma?

- Nie ma!

- A rzeki u was nie ma?

- Nie ma, przynajmniej nie tak blisko.

Lena dziwi się, że u nas taki niedostatek łybuszek. Ale opowiada dalej. Znalazła tę malutką żywą łybuszkę, zamknęła w dłoniach i zaniosła koleżance.  Otworzyła i łybuszka wyskoczyła, a  koleżanka w krzyk.

- Bała się łybuszki?! My w Polsce kochamy łybuszki – przekonuję Lenę.

Teraz Lena się uprzejmie dziwi. Miałam do niej żal, że zabrała małą łybuszkę matce, ale nie wiedziałam, jak to delikatnie powiedzieć. Może Rosjanka nie zrozumie, że my naprawę kochamy kaczuszki i nigdy byśmy matce nie zabrali. Pytam ostrożnie, co się stało z łybuszką.

- Skoczyła i uciekła – Lena radośnie kończy opowieść.

Taaa… Pełna żalu co do losu małej kaczuszki pomyślałam z westchnieniem o różnicy kulturowej.

Zaraz potem jechałam do redakcji, a Lena z Wiką chodziły po ogrodzie. Nagle Lena krzyczy:

- Mariola, Mariola u tiebia toże łybuszka, ty smatri!

Lena rzeczywiście trzyma zamknięte dłonie, ale że z niej niezły kawalarz, podchodzę ostrożnie. Jasne! Mała kaczuszka w moim ogrodzie! Aha!

Lena otwiera dłonie, a tam siedzi mała żabka.

- Łybuszka! – z zadowoleniem mówi Lena.

O żesz! A gdzie kwa kwa? Żaba nie robi kwa kwa!

- Robi – kiwa głową Lena.

To jak robi kaczuszka?

- Kra kra – mówi Lena.

No to żeśmy pogadały.

Wika natomiast zbladła, gdy usłyszała, jak mówię „żabka”. Sięgnęła po telefon.

- Łybuszka to żabka? – upewnia się.

Okazało się, że jej mąż uparł się, aby tak nazwać nowego pieska. To „żabka” tak ładnie zagranicznie brzmi. Widział w Polsce takie napisy przy sklepach spożywczych.

- Ja mu dam „żabka” – jęknęła Wika i wybrała numer.

To ja pojechałam do redakcji. Z lekkim sercem. No proszę: mam łybuszki! Kto by przypuszczał!

admin

29 lipca 2010

Ogrodowe lampy zgasły po raz kolejny. Cholerne mrówki! Znowu weszły w kabelki! Manula sięgnęła po szampana, żeby dolać do kieliszka.

- Coś nie bardzo to widzę – mruknęła po chwili.

Myślałam, że chodzi jej o ciemność rozświetlaną  tylko blaskiem świec, ale okazało się, że na szyjce od butelki tkwi zatyczka. Myślałam, że spadnę z ławeczki. Jeszcze nigdy nie słyszałam takiego mruknięcia przy szampanie: „coś nie bardzo to widzę”! Manula jest boska!

W sumie jesteśmy Tosinymi dziećmi. Literatki. To Tosia miała pomysł z forum. Założyła zamknięte forum dla kobiet piszących.  Tosia to Antonina Kozłowska.  Nigdy nie przypuszczałam,że to forum stanie się czymś więcej niż wymianą myśli i doświadczeń. Do głowy mi nie przyszło, że znajdę tam pokrewne dusze, że poznam pisarki z krwi i kości, że zaprzyjaźnię się z nimi. Dziś są mi tak bliskie!

Na Smocze Pole jechałyśmy z Warszawy… cztery godziny! Nomina (nick z forum Karoliny Sykulskiej) obliczyła, że jeszcze chwila, a byłybyśmy w jej rodzinnym Wrocławiu. Fakt. Normalnie jedzie się półtorej godziny. Dobrze, że Manula (Manula Kalicka) nakarmiła nas pysznym spagetti przed wyjazdem. Inaczej padłybyśmy z głodu. Nie chciałyśmy jechać od Manuli z Piaseczna przez Warszawę, by uniknąć korków. Pojechałyśmy prze Górę Kalwarię. A tam – niespodzianka. Wjazdu na most broni samochód z policyjnym patrolem.

- Niestety, czołówka – wyjaśnił pan policjant. – Nie wiem, kiedy otworzymy przejazd.

No i miałyśmy prosty wybór: czekać (nie wiadomo ile), wrócić do Warszawy, pojechać do Dęblina, gdzie jest drugi najbliższy most przez Wisłę. Wróciłyśmy do Warszawy. I tak nam się zeszło…

Tropcia (forumowy nick Ani Fryczkowskiej) włączyła sobie myślenie scenarzysty i blada wydzwaniała cały czas do domu. Tego samego dnia wracała do domu jej córka. Przez most w Górze Kalwarii. No i Tropcia wybijała sobie z głowy wszystkie dramatyczne scenariusze, które jej się nachalnie pchały na myśl. Gdy córka odebrała telefon w domu, Tropcia dostała skrzydeł, odprężyła się i nawet zaczęła żywo dyskutować:).

Wypiłyśmy toast za wszystkie Literatki. Nie znamy się osobiście. Ale powolutku poznajemy. Wypiłyśmy tez toast za Lucy, która właśnie siedzi w zamczysku we Francji i pisze powieść.

Przyglądałyśmy się sobie ciekawie. Manulę i Anię poznałam już wcześniej na spotkaniu w Warszawie. Nominka na forum wydaje się taka zasadnicza. jest nie tylko pisarką, bo także wydawcą. Okazała się drobną blondyneczką ze ślicznymi białymi ząbkami błyskającymi w uśmiechu i bardzo delikatnymi dłońmi. Zasadnicza? A skąd! Świetna kumpela z wielkim taktem i poczuciem humoru!

Rozmawiałyśmy o książkach, o planach, o sobie. Bachor serwował nam szaszłyczki i ziemniaki z ogniska, a zadowolone psy odkryły, że jest tu parę nowych rąk do głaskania. Pełnia szczęścia!

Gdy następnego dnia odjechały… zrobiło mi się strasznie pusto i tęskno! Są mi tak bliskie!

Czekam do następnego spotkania. Fajnie jest myśleć, że są.

admin

22 lipca 2010

Agnieszka zrobiła oczy jak spodki.

- To jest NAPRAWDĘ najbrzydszy pies świata! – wykrzyknęła na powitanie.

Jej córki Dagmara i Wiktoria wrzasnęły jednocześnie:

– Jest ŚLICZNA! Jest ŚLICZNA!

I to jest dowód na względność postrzegania świata i piękna. I na siłę uczucia. Bo Józia, hołubiona przez Dagmarę, naprawdę uwierzyła, że jest ślicznym pieskiem. Zasypiała szczęśliwa na rękach Dagusi i tylko jej języczek coraz bardziej się wyciągał, wyciągał, wyciągał… Józi języczek, nie Dagmary. Bo Józia jest zmutowanym biedakiem: bez zębów,z wiszącym językiem,  z potwornym zezem i mierzwą zamiast sierści. Biedna Józia.

Trafiła do nas, gdy jej pani umarła. Podczas pobytu starszej pani w szpitalu, przesiedziała w jednej z klinik pod tymczasową opieką weterynarza. Gdy pani umarła, Józia miała trafić do schroniska. Tylko jak w schronisku poradzi sobie dwukilogramowy piesek bez ani jednego zęba? W dodatku bez szans na adopcję z powodu defektu urody? Józia się ślini, wydaje z siebie przeraźliwe dźwięki i jakby tego było mało – chorobliwie łaknie bliskości człowieka.  Gramoli się ciągle na kolana. Gdy siedzę przy komputerze, wdrapuje mi się na bark i tak urzęduje przy moim uchu jak papuga.  Taka jest Józia. Nie mogła iść do schroniska… Trafiła do nas.

Dagmara i Wiktoria, jako dwie śliczne młode kobietki od razu dostrzegły w Józi ukryte piękno. Gorące serducho, którym Józia kocha cały świat. A ja nie widziałam jeszcze Józi tak szczęśliwej! Dagmara cały czas nosiła ją na rękach. A miała przecież do wyboru piękne pomeraniany, utytułowane czempiony z pakietem złotych medali z wystaw psich piękności! Tymczasem wybrała Józię!

Agnieszka, autorka książki „Za głosem Sangomy”, jako pisarka i podróżniczka, widziała nie jedno.  Stworka podobnego do Józi – nigdy! Przyglądała się jej wielce podejrzliwie. Ale, trzeba przyznać, że jak na kogoś kto każe dzieciom myć ręce po każdym pogłaskaniu psa, dosyć dzielnie zniosła widok córki całującej co kilka minut Józię brzydulę. Po prostu postanowiła na to nie patrzeć.

Wiecie co? Uwielbiam, gdy pisarki przyjeżdżają na Smocze Pole. Uwielbiam słuchać o nowych, „piszących się” książkach. Uwielbiam czuć ten dreszczyk, gdy tak gadamy o bohaterach, kryzysie twórczym lub szaleństwie weny. To były piękne chwile. Mam znowu naładowane akumulatory.  Czekam na druga książkę Agnieszki Podoleckiej.

No i ta Józia… Ona naprawdę w ramionach Dagmary była piękna…

Dziękuję wam dziewczyny! Na zdjęciu Dagmara trzyma szczęśliwą Józię. Józia nawet wciągnęła języczek, który cały czas wisi jej z jednej strony:)

Józia była absoltunie szczęśliwa w objęciach Dagmary.

admin

30 czerwca 2010

No i stało się! Poznałam osobiście Ewę, która często wpisuje się na moim blogu. Przyjechała do redakcji z ciepłym jeszcze sernikiem.

- Chciałam poznać osobiście – uśmiechnęła się uroczo.

No i wpadła w nasze redakcyjne macki! Sernik pożarliśmy jak dzikie bestie. Okazało się, że za ten sernik ewa zdobyła pierwsze miejsce w konkursie potraw regionalnych czy coś takiego (zapisałam sobie nawet jaki konkurs, ale zgubiłam karteczkę).

Szef obwołał się specjalistą od serników. Popróbował, znieruchomiał i cicho zaproponował:

- Poproś o przepis.

Ale Ewa przepisu nie podaje. Twardzielka! Nawet przed naszym Szefem się nie ugięła. To przepis po babci i jest tajemnicą pokoleniową. Ha!

- Naprawdę znalazłam uznanie u Szefa? – Ewa nie kryła dumy, która każdego by, przy takim dzikim pożeractwie jakie zaprezentowaliśmy, rozpierała.

Znalazła. Krzysiaczek przyszedł i bardzo sprytnie poprosił o telefon. On nie chciał przepisu. Chciał SERNIKA. Ten wie, jak się urządzić.

Ewa to wspaniała ciepła osoba. Bardzo kobieca, o pięknej duszy i ujmującym uśmiechu. A ile ma uroku! No, twardzielka! Tylko twardzielka wiozłaby do Siedlec taki sernik! Oczywiście rozkochaliśmy się w niej wszyscy: tak redakcyjnie i zbiorowo. Pasuje do nas!

admin

29 czerwca 2010

Kocham Julię Piterę! Zaczynam od wyznania, ale nie mogłam się powstrzymać. Wczoraj prowadziłam spotkanie z panią minister i jestem pod jej ogromnym wrażeniem. Nie dość że z niej twardzielka, to jeszcze pełna uroku, o błyskotliwej inteligencji i bardzo życzliwa wobec ludzi. I wiecie co? Julia Pitera czyta teraz „Jak to robią twardzielki”!!!

Twardziele mnie generalnie zaskakują. Oto szef siedleckiej Straży Miejskiej, znany twardziel, wychowuje właśnie małe osierocone ptaszki. Muchówczeki niejakie. Nosi ich zdjęcie  w telefonie komórkowym, jak siedzą takie tłuściutkie i otwierają dzióbki piszcząc „mama! mama!”.

- A mamusia nie wróciła do gniazdka – tłumaczy zafrasowany komendant. – Albo kocur ją zeżarł, albo coś się stało.

Gdy pierwszy „synuś” wyfrunął z gniazda, komendant był dumny jak paw.

- No, poleciał! – opowiadał prężąc pierś.

Zaraz potem poleciały dwa pozostałe.  Pozostały mu zdjęcia w komórce i myśl, że może czasem młodziaki przelatują nad domem.

A Julia Pitera jest cudna. Jest niesamowicie odważna. I uczciwa na wskroś! Te cechy cenię w ludziach najbardziej. Z przyjemnością wręczyłam jej „Twardzielki”. Spotkanie odbyło się w NoveKino Siedlce przy sali pełnej ludzi. Zrobiło się klimatycznie i półprywatnie, bo nie pytałam o politykę. Julia Pitera odpowiadała szczerze, zaczem zaczepnie, czasem ze spontanicznym śmiechem. To twardzielka z klasą. Cieszę się, że poznałam ja osobiście. I że przeczyta moje „Twardzielki”.


FireStats icon Działa dzięki FireStats
  • superplus