Archive for the 'Kod Gonionego Króliczka' Category

admin

6 października 2008

Ale pióro!To jest pan Witold Rzążewski. Niesamowity człowiek. Zapowiedział się tajemniczo do redakcji. Myślałam, że to czytelnik, który przychodzi ze sprawą na interwencję. Tymczasem pan Witold dorwał „Gonić króliczka” u Tadeusza Goca i…

- Przyniosłem pani to pióro, własnoręcznie zrobione, żeby pani nie poprzestała i napisała drugą książkę - powiedział uroczyście.

O jasny gwint! Wzruszyłam się i aż usiadłam. Pan Witold opowiedział trochę o sobie. Ma prywatną galerię, rzeźbi i podróżuje. Mieszka pod Siedlcami. Koniecznie muszę go odwiedzić! I po co tu wymyślać różne postacie, skoro życie styka nas z takimi pozytywnymi oryginałami?!

Na zdjęciu możecie zobaczyć pana Witolda i pióro. Wisi ono teraz w moim domu i emanuje dobrą energią. I wiecie co? Chyba dało mi kopa, bo na gadu-gadu znowu pojawia się mój opis: ZABIŁ KAMERDYNER. Dla niewtajemniczonych: to hasło oznacza, że jestem właśnie w szale twórczym, więc jeśli ktoś chce coś ode mnie, to tylko wtedy, kiedy NAPRAWDĘ musi. Ha!


admin

28 czerwca 2008

Jestem niepocieszona! Zbiegły mi się dwa terminy: jutro prowadzę VIII Wystawę Psów Także Nierasowych w Siedlcach i dokładnie jutro rozpoczyna się na Służewcu tegoroczny sezon wyścigowy! I na otwarciu nie będę!

Sceny z wyścigów w „Gonić króliczka” są, jak najbardziej z życia wzięte. Elegancki starszy pan, który wprowadzał Jagodę w tajniki wyścigowych gwiazd i łachów, stał kiedyś koło mnie. Miał ślicznie ostrzyżone siwe włosy i ślicznie przystrzyżony siwy wąsik. Kanty na rękawach błękitnej koszuli mogły ciąć papier. Ot, przedwojenna elegancja i wielka kultura.  Zgadzaliśmy się w naszych typach i miło dyskutowaliśmy o ostatnich osiągnięciach faworytów. No i konie poszły. Był to emocjonujący bieg, gdzie nasza wytypowana gwiazda wyraźnie opadał z sił, ale dzielnie walczyła o każdy metr. Pan w połowie biegu zaczął sapać i chrząkać,  jakby przygotowywał się do przemowy. I na ostatniej prostej przed celownikiem wycharczał w ostatecznych emocjach:

- Leć, kurwo, leć!

Kobyłka wygrała, ale zawstydzony pan uciekł z mojego pola widzenia.

Historia z wygraną Jagody, kiedy to obstawiła fuksy na jedyne 2 złote, też była prawdziwa.  Przydarzyło się to mnie. Obstawiałam porządek w gonitwie koni arabskich. Wybrałam konia z padoku, który moim zdaniem był
w świetnej formie. To był chyba Partenon. Dograłam do niego z sentymentu karego importowanego Black Shadow, konia znajomego arabiarza, pana Krzysztofa Goździalskiego. Lubię go i dobrze życzyłam konikowi.  Szłam na galerię bez żadnych przeczuć. Minęłam pana, który mocno zmęczony przysypiał, wybudzając się od czasu do czasu znienacka i wrzeszcząc rozpaczliwie:

- Gdzie ta Mamba?!

Mamba biegła parę gonitw wcześniej, rozczarowując jej wielbicieli. Pan, jak widać, ciągle na nią czekał.

Faworytami w tym biegi byli chyba Waranio i, powiedzmy, Pentagram. I rzeczywiście, to oni dyktowali warunki. Komentator wymienial tylko te dwa imiona, w rożnej kolejności:

- Waranio, Pentagram… Pentagram, Waranio… Waranio… Pentagram…

Na ostatniej prostej wszystkie konie zbiły się w grupę i szły do celownika ławą (praktycznie równo jeden obok drugiego). Tuż przed metą, komentator zdążył krzyknąć:

- Partenon, Black Shadow!

Moje konie wygrały! Oczywiście wydałam z siebie wrzask i zaczęłam tańczyć (jak wygrywam, robię hip-hopowe wygibasy). Pan za mną znowu się ocknął i wrzasnął przewidywalnie:

- Gdzie ta Mamba?!
Przytomność jednak zachował dłużej, bo zauważył, że tor aż huczy od przekleństw po fuksiarskim biegu. Widząc moje tańce, podszedł do mnie i zażądał:

- Pani pokaże bilet, bo ja nie wierzę.

Pokazałam. I wtedy padło sławetne:

- Za 2 złote zagrała! IDIOTKA!

I tu muszę wyjaśnić, że zawsze gram podstawowe stawki. Gram dla samego grania, a nie wygrywania. Kocham typowanie koni, rżę głośniej od nich, jak wygrywają, zakwaszam się, gdy przegrywają. Tradycyjnie zabieram ze sobą na wyścigi… tylko 20 złotych. Muszę się za nie utrzymać. Z reguły, gram cały dzień, potem starcza mi na obiad po drodze do domu i zwraca się za paliwo. Czyli jakoś mi idzie. Pod tym względem, to i owszem, straciłam na wyścigach fortunę. Tę, którą mogłabym mieć, obstawiając  większe stawki. Za porządek Partenon – Black Shadow zapłacono 99 złotych (za moje 2 zł).

Inna sprawa, że gdy stawiam więcej niż 2 zł, zawsze przegrywam.

admin

17 czerwca 2008

Pan Marcel i harleyowcy, to postaci niemal prawdziwe. Podczas mojej reporterskiej pracy poznałam chłopaków z klubu motocyklowego w rodzinnych Siedlcach. Długowłosi, dobrze zbudowani i z jajami, jak to się oficjalnie mówi. A przy tym uczuciowi, jak mało kto. I pełni sprzeczności. Jednego dnia wywoływali skandal kąpiąc się na golasa w błocie podczas zlotu w podsiedleckiej wsi, drugiego dnia – obładowani pampersami i pluszowymi misiami odwiedzali Dom Dziecka. Bo tak sobie wymyślili, że będą robić na zlotach zbiórkę pieniędzy na sierotki. I robili. Oczywiście, co drugi, patrzył na pampersy ze zgrozą (zbyt skomplikowana obsługa przerastająca wyobraźnię – jak określił ze szczerą rozpaczą jeden z nich, gdy paczka mu się rozerwała i pieluszki wypadły). A potem, gdy wyszli z domu dziecka, byli tacy jacyś przybici i niemrawi. Smutek dziecięcych oczu po prostu ich dobił.

Zyta. O, to postać prawie mityczna, aczkolwiek… Jest pewna osoba, która z temperamentu i niemal dyktatorskiego charakteru Zytę w pewien sposób przypomina. Chodzi o niesamowicie ruchliwą i przebojową panią doktor psychiatrii i seksuologii z Siedlec. Pani Krysia jest filigranowa, nie zna słów „nie” i „niemożliwe”, a jeśli coś postanowi, to osiągnie to wcześniej czy później. Dokonała rzeczy faktycznie niemożliwej – założyła stowarzyszenie, które wybudowało jedyny w Polsce dom całodobowej opieki dla osób z chorobą Alzheimera. Uwielbiam jej bezwzględny upór i poczucie humoru. Podczas fali upałów, chyba dwa lata temu, chciałam zacytować w artykule opinię seksuologa, jak te cholerne temperatury wpływają na nasze samopoczucie i życie intymne. Pani Krysi temat leżał. Wskazała między innymi na drażliwość wywołaną upałem, przyznając, że jej osobisty mąż, pan Maciej irytuje ją w te koszmarne dni nade wszystko. Pan Maciej to tak cudowny spokojny człowiek, że na koniec rozmowy poprosiłam ją nieśmiało, żeby mu już odpuściła. Odkładając słuchawkę usłyszałam jeszcze niechętne, zrezygnowane westchnienie pani doktor:

- Maciek, Zaczyńska mówiła, żeby ci już dać spokój.

O, tak! Gdyby pani Krysia zamieniła gabinet lekarski na wydawnictwo, byłaby w 100 % Zytą.

admin

24 maja 2008

Faceci. To skomplikowana materia. W „Gonić króliczka” jest przedstawiony jeden prawdziwy wszawy dziennikarz i jedna prawdziwa męska zakłamana świnia. Reszta, to wypadkowa kapitalnych facetów, których wokół nas przecież pełno, nie? Choćby w mojej redakcji: chłopaki bystre, uczciwe, honorowe, przystojne. No, może z jednym, niedużym wyjątkiem.

Męska zakłamana świnia (pierwowzór Michała, byłego narzeczonego Jagody) faktycznie wyszła pewnej kobitce z domu i nie wróciła, bo jakoś tak zamieszkała po drodze z inną kobitką. Nie działo się to w imieniny partnerki, tylko w Wigilię. Powiedzmy, że facet zepsuł jej święta. Dziewczyna myślała, że teraz, to kaplica! Przed każdą Wigilią będzie dostawała spazmów, depresji i znienawidzi święta Bożego Narodzenia, co w naszej kulturze jest niemal przestępstwem i wbrew naturze. Na szczęście po trzech miesiącach odkryła, że oto spotkało ją coś najlepszego w jej życiu! Faceta skutecznie pogoniła (bo marzyły mu się powroty) i Wigilię traktuje nie tyle świątecznie, co dziękczynnie.  

Wszawego dziennikarza nie rozkoduję, bo jest on nadal, niestety, dziennikarzem praktykującym, z wielką krzywdą dla tego wspaniałego zawodu.

W sprawie facetów ekspertką nie jestem, bo z żadnym nie udało mi się wspólnie przeżyć dłużej niż sześć lat. Obawiam się, że ich trochę idealizuję, a potem, bęc, spadam na ziemię. Niemniej lubię ich bardzo, w porywach to nawet do wielkiej miłości. Ale charakter mam paskudny, co po pewnym czasie utrudnia nieco miłość dwustronną. To zakończę tak: dobrze, że są.

admin

3 maja 2008

Kolejna bohaterka „Gonić króliczka” – Alberta, ta starsza pani z ewidentnym ADHD, niespełniona pisarka, która nie nosi okularów, bo wygląda w nich jak nietoperz, a nie jak laska… jest wypadkową większej części mojej rodziny. Podejrzewam, że na starość będę dokładnie taka, jak ona.

W Albercie jest dużo cech mojej ukochanej Babci. Babcia nienawidziła Jerzego Urbana i „hunty” Jaruzelskiego, choć jej jedyny syn, a mój ojciec, był zawodowym żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego i miał legitymację partyjną. Kochała Wałęsę. Po latach podobną miłością obdarzyła swego lekarza, który przed badaniem zawsze ją brał za rękę i pytał:

- Jak się czujesz moja królewno?

Babcia wychodziła z gabinetu szczęśliwa i wzdychała:

- Jaki to piękny mężczyzna! Taki rumiany!

Gdy zachorował Dziadek, Babcia nie umiała sobie poradzić z jednym: zawsze była w centrum uwagi rodziny, a tu nagle wszyscy pytają o Dziadka, wszyscy chcą wozić Dziadka po lekarzach, wszyscy go odwiedzają, rozmawiają, pocieszają, pytają o niego parę razy dziennie. No i raz, w ciężkim ataku furii, rozkazała mi:

- Zabierz mnie stąd! W dupie go mam!

- Ależ Babciu! No, co ty gadasz! On cię tak kocha, listy miłosne do ciebie pisze, a ty mówisz, że masz go w dupie?! – nie mogłam jej tego darować, tym bardziej, że nigdy nie używała brzydkich wyrazów!

- Taaak? To prawdę ci powiem! Ja to go każdej nocy szturcham łokciem po parę razy i pytam, czy żyje! A on ANI RAZU! Taki nieczuły! Egoista!

 Dziadek długo leżał w szpitalu. Był ulubionym pacjentem lekarzy onkologów. Nigdy się nie skarżył. Do Babci pisał listy miłosne zaczynające się niezmiennie od: „Jańciu! Ty nadal nóżki masz, jak baletniczka!”. W trakcie choroby nieświadomie zadał Babci jeszcze jeden cios nie do wybaczenia. Podczas chemioterapii, nie tylko nie wypadły mu włosy, ale ze szpakowatych zrobiły się ciemne, jak po farbowaniu. Dziadek wyglądał przez to na młodszego od Babci o jakieś 20 lat. A na punkcie swojego wyglądu i lat Babcia była niezwykle czuła.

Babcia przeżyła Dziadka o rok. Do końca udawała, że ma mniej lat, niż ma. Myślę, że świetnie dogadałaby się z Albertą. Choć na pewno nigdy w życiu by nie założyła wdzianka z lycry i nie tańczyłaby disco z harleyowcami. Ale lubiła stawiać na swoim i w tym była przebiegła, jak nikt! Jak choćby wtedy, gdy kazała mi się oświadczać Krzysiowi, mojemu koledze z redakcji. Ale to już historia na kolejną opowieść.

admin

25 kwietnia 2008.

Wszem i wobec powtarzam: nie jestem Jagodą, bohaterką książki i nie moje życie zostało opisane w „Gonić króliczka”. Ale, że tak powiem, mogę sobie takim gadaniem potrukać. Dobiła mnie ostatnio moja przyjaciółka Jadwiga (światowej sławy hodowczyni seterów irlandzkich, w tym Amerikan Dollara, czempiona 11 krajów!), która rechotała sobie czytając „Gonić króliczka” do poduszki. Nie wytrzymała, chwyciła za telefon i między jednym rechotem, a drugim wysapała:

- Czytam własnie, jak wpadłaś do stawu!

No to super. Najwyższy czas, abym zdradziła Wam kod do króliczka…

Była sobie Magda…

A właściwie nadal jest. To cudowna istota o wielkim poczuciu humoru, mieszkająca w Warszawie. To jej eskapada do wypożyczalni video zainspirowała mnie do napisania takiego początku książki, jaki napisałam. Magda była właśnie po wielkiej sercowej klęsce. Nosiła w sobie żądzę mordu. Czekał ją kolejny samotny wieczór, pełen wspomnień, przemyśleń i złości na siebie i swego eksia. I faktycznie tak powiedziała w wypożyczalni:

- Poproszę film, w którym kobiety gnębią mężczyzn…

Niestety, nie trafiła na pełnego wyrozumiałości książkowego Pana Marcela, tylko na ponurego troglodytę, który odpowiedział w stylu starej komuny:

- NIE MA!

Magda jest jedyną kobietą, którą poprosiłam o rękę. Było to po morderczym spływie kajakowym na obozie językowym z Amerykanami w słynnej Reymontówce w Chlewiskach. A ponieważ nasi obozowi koledzy, Waldek i Zdzisiek byli bardzo ambitni, spływ zamienił się nagle w morderczy wyścig. Panowie nie dopuszczali myśli, że mogą przegrać z babami. Wyprzedziłyśmy ich resztką sił, taką, co to potem, to już tylko trumna. Z kajaku musiałyśmy się wyczołgać, bo na stanie na nogach nie było szans. Zdzisiek i Waldek przeszli obok naszych zwłok obojętnie, w milczeniu, nie udzielając nam pierwszej pomocy. To wtedy, na brzegu rzeki, z twarzą utytłaną piaskiem, zaproponowałam umierającym szeptem:

- Magda! Wyjdziesz za mnie?

A Magda wychrypiała ostatkiem sił:

- Dobra!

I tu powinnyśmy efektownie zemdleć, ale jakoś udało nam się pozbierać. Doszłyśmy do siebie i zapomniałyśmy o zaręczynach. I dobrze, bo co ja nieboga,  robiłabym z żoną? Zresztą Tomek, mąż Magdy, nigdy na nasze małżeństwo by się nie zgodził. Mój facet, też nie.

Reszta kodów, niebawem…


FireStats icon Działa dzięki FireStats