Archive for the 'mniej więcej o mnie' Category

admin

Zaproszenie. 4 września.godz.19.00Po spotkaniu zapraszam wszystkich na toast ponczem w Bollywood Hollywood:))))

admin

14 sierpnia 2014

No żesz! Czy wam też się takie rzeczy zdarzają?! Odłamała mi się rączka od szczotki do układania włosów. Łeb mokry, a za pół godziny bardzo ważne spotkanie! Przypominam sobie, że mam jakiś tam zestaw turystyczny, otrzymany kiedyś, nie używany. Jest w nim niewielka okrągła szczotka, ale  z dosyć rzadkimi zębami. Łapię, nakręcam pasmo włosów tuż nad skronią i… K… mać! Ani w te, ani we wte! Uwięziona jestem! A każdy ruch pogarsza sytuację. Wycinam zęby szczotki. Nic. cała kępa włosia nadal w potrzasku. Dzwonię do Jacka  żeby uprzedzić o spóźnieniu.
- Tylko się nie śmiej – zastrzegam i opowiadam, co się dzieje.
Jacek wydaje z siebie jakiś niekontrolowany kwik.
- Nie śmiej się! – warczę.
Jacek przybiera urzędowy ton profesjonalisty:
- Ehm… Czekamy.
Nie ma siły. WYCINAM kępę włosów!!! Za 2 tygodnie promocja książki, będę na scenie, w świetle jupiterów z łysą czaszką z prawej strony! Na spotkaniu wszyscy uważnie mi się przyglądają, ale nie komentują.
Dzwonię do Justyny żeby się pożalić.
- Tylko się nie śmiej – uprzedzam ponuro. – Muszę się czesać „na pożyczkę”, jak łysy facet.
Justyna też wydaje niekontrolowany kwik.
- Nie śmiej się!!! „Pożyczka”! Rozumiesz?! Tak zaczeska!
W telefonie cisza. Nie tego się spodziewałam. Podejrzewam, że Justyna chichocze w mankiet. Gul mi skacze.
- Halo?!
-… Doceń, że się staram!!! Doceń to! – wrzeszczy Justyna i po kolejnej długiej minucie ciszy ryczy już bez żadnych zahamowań.
Boszzz!
Maria Ulatowska i Jacek Skowroński wydali właśnie powieść „Autorka”, gdzie zakamuflowali moje nazwisko tworząc postać profilerki Ewelina Zaczeska.  ZACZESKA! Jasna cholera! „Pożyczka” czy „zaczeska” jeden gwint! Słowo ciałem się stało.
Siedzę teraz w domu i dumam. Co dalej. Wiola mówi, żeby się na maksa wystrzępić z tej jednej strony. Ja na razie zaczesuję włosy na pożyczkę.
A na spotkaniu próbowano mnie pocieszać:
- No, dziś trzynasty…
Fakt. Trzynasty minął, a włosy nie odrosły.
Kupiłam sobie sorbet malinowy, sorbet mango i czekoladowe lody. I dużo winogron. I arbuza.

admin

5 grudnia 2013

No chodzi o to, że generalnie to siedzę codziennie na FB i tam zamieszczam od czasu do czasu komunikaty, co się dzieje mniej więcej.  I tak będzie dopóki nie skończę tej CZWARTEJ, a termin mam przedłużony bo wszyscy czegoś ode mnie chcą, rozpraszają mnie, zagdajuą, angażują, a tu jeszcze święta i świąteczne numery Tygodnika Siedleckiego do złożenia.

Ale powiem wam, że dobrze idzie, powinna być fajna ta CZWARTA :))))

admin

27 sierpnia 2013

Oj wiem, wiem, baty się należą za to niepisanie…. Dla usprawiedliwienia: kończę kolejną powieść i jestem tak wypstrykana literkami, że tu nawet nie zaglądam. Biję się jednak w ponętna pierś z pokorą, bo powinnam choć raz na jakiś czas zagadać, potwierdzić, że wszystko w porządku…

Jest w porządku!

Dzieje się bardzo dużo towarzysko! Mamy bardzo dużo pisarskich imprez, na których wino się leje, albo nie, podawane są pyszności, albo nie, literackie gadki  zachwycają, albo nie..:))). No jest extra!  Powiem wam, że życie literackie w Polsce jest bardzo bogate. Kiedyś literaci spotykali się w „Ziemiańskiej” przy secie i galarecie, dzisiaj na FB i w realu niekoniecznie przy galarecie. Ale też powstają wtedy piękne anegdoty, rodzą się przyjaźnie i fajne projekty.

To dałam znak, że żyję.

I lecę pisać!

admin

Od samego początku pan Bóg dawał mi znaki, żebym sobie opuściła porządki. A ja nie posłuchałam. Nieposłuszeństwo zostało ukarane.

1. Myjąc kaloryfer w łazience stanęłam, jak zawsze, na muszli klozetowej. Nie wzięłam po uwagę, że na siłowni przybyło im ostatnio  2 kg seksapilu. Seksapil przeważył. Pękła pokrywa od deski.

2. Przewróciłam suszarkę na ubrania i urwał się ten piprztak, na którym się suszarka opiera. No to nie mam suszarki.

3. Odkurzałam książki i tak się skoncentrowałam na końcówce do czyszczenia zakamarków, że upuściłam cały odkurzacz. Przeżył, ale rozbił w drobny mak wyjątkowej urody szklany puchar z Krosna.

4. Wietrzenie pościeli dało wspaniałe chwile zabawy moim psom. Zrobiły sobie białe święta. Z pierza. Wielka poducha porwana w drobny mak, pierze fruwa. Jakim cudem wagon piór zmieścił się do półmetrowego worka z płótna?!

5. Czyszczenie akwarium zakończyło się tym, że zepsuło się światełko w pokrywie.

I pomyśleć, o ile byłabym bogatsza, gdybym posłuchała znaków.

Ale są i dobre strony świąt. Przyjaciele. Zwłaszcza ci, którzy sprawdzają, czy inni mają gorzej i między wierszami zadają kłopotliwe pytania.  Jak to ostatnie:

- Ubrałaś już choinkę?

- … Choinkę?!

Zapomniałam o choince, psia krew!

Zawsze kupuję żywe drzewka, wyhodowane w doniczce, a nie brutalnie do niej przesadzone. O takie trzeba się zatroszczyć nieco wcześniej. To co właśnie przywiozłam o domu jest sosną i nie sięga mi kolan, ale ma aż 8 niewielkich gałązek:). Na osiem bombek. Bachory znowu pękną ze śmiechu, jak przyjadą i zobaczą moją „choinkę”. Pocieszam się tylko tym, że wiosną tradycyjnie zasili mój bożonarodzeniowy lasek.

No to wesołych świąt!

admin

6 września 2012

Pozdrawiam Panią Kasjerkę z Lidla. Spojrzała na dwa hiszpańskie wina w koszyczku i zapytała radośnie:

- O! Antybiotyk się skończył?!

A widząc moja konsternację, wyjaśniła:

- No, czytałam pani bloga!

Hehehehe… tak, antybiotyk się skończył!  Zdrowie sympatycznej pani z kasy!!!!

admin

1 września 2012

No dobra, mam urodziny i przerywam milczenie. Więcej teraz jestem na FB i stąd mizeria na blogu. Poza tym piszę czwartą książkę i czekam na decyzję w wydawnictwie co do trzeciej. A jak jest? Domyślcie się po wczorajszym wpisie na fejsie:

Dziś padam na twarz. Najchętniej bym się napiła, uszargała ryja… ale biorę antybiotyk. Potrzeba szargania ryja jest tak duża, że skonana pakuję się w samochód i jadę do pobliskiego miasteczka (niecałe 3 tys. mieszkańców), mijam stały element krajobrazu, czyli panów z czerwonymi nosami podpierającymi ściany w centrum miasteczka i w nowo otwartym markecie proszę o piwo bezalkoholowe.
Zdziwienie wymalowane na twarzy pani ekspedientki mówi wszystko.
- Nie ma! Jest pani pierwszą osobą, które o nie pyta!
I tak we wszystkich sklepach. Na koniec trafiam na malinowe Karmi. Masakra. Uszargam dziś ryja „Malinowa pasją”! Normalnie dno.
Jutro będzie lepiej.
PS
Totolotka tez nie było gdzie puścić. A taka kumulacja:(.
Tak było wczoraj, ale dzisiaj…
- Kochana… czy przywieźć ci piwo bezalkoholowe?
Heheheh… To kochana Sylwia dowiozła mi bezalkoholowe żywce i ofiarnie sama wypiła Karmi. I jeszcze kupony lotka kupiła! To jest przyjaciółka!
PS
Do Ewci: dziękuję zażyczenia:))
Wpadnę tu od czasu do czasu:))

admin

1 kwietnia 2012

Jedno tylko mogę powiedzieć bijąc się w piersi… Mężczyźni to mnie kiedyś zgubią…

http://wiadomosci.oriet.pl/1/13/1,320746/48/Mariola/Zaczy%C5%84ska,item.html

Tym, którym się link nie otwiera podaję kopię:

Zapatrzyła się na mężczyznę i wjechała w limuzynę premiera

Premier Donald Tusk nie dotarł na posiedzenie rządu, który miał dziś zająć się nowelizacją ustawy budżetowej.

Auto, którym jechał prezes rady ministrów zderzyło się z innym samochodem osobowym. Premierowi nic się nie stało, kierowca rządowego samochodu uderzył się w głowę oraz zranił w dłoń, dlatego trafił do szpitala na obserwację. Są to jedynie działania profilaktyczne, jego zdrowiu nic nie zagraża – zapewnia kancelaria.

Sprawcą wypadku jest 46-letnia Mariola Zaczyńska. Kobiecie nic się nie stało, była jednak w szoku powypadkowym, który pogłębił się w momencie, kiedy poinformowano ją w czyj samochód wjechała.

Po wykonaniu badania alkomatem stwierdzono, że kobieta jest trzeźwa. Najpierw tłumaczyła, że oślepiło ją słońce, potem przyznała się, że nie zauważyła samochodu premiera bo zapatrzyła się na mężczyznę idącego chodnikiem.

Jeden pas ruchu nadal jest zamknięty, ponieważ trwają oględziny miejsca wypadku.

admin

8 marca 2012

Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Za sms, za kartki, za maile, za nagrania na poczcie TPSA:))) Normanie jestem kobietą!:)) Jakby ktoś miał wątpliwości to mu walnę po oczach tymi życzeniami!

Od razu zastanawiam się nad różnicami między kobietą, a mężczyzną. Powiem krótko: są. Nie będę wchodzić w techniczne szczegóły:) Bardziej zdumiewające są te nietechniczne.

Wracałam ostatnio z wystawy psów w Jarosławiu cała zadowolona, bo i piesek zakończył czempionat, no i GPS działał. Mój syn zawsze nie może się nadziwić, gdy wydzwaniam do niego z pretensjami, że nawigacja nie działa. Wydzwaniam, bo dostałam GPS od niego. To niech bierze odpowiedzialność! Już nie raz było tak, że bachor siedział przy mapie i telefonicznie prowadził mnie po zaułkach, bo cholerne ustrojstwo nie chciało ze mną współpracować. Tym razem działało, doprowadziło jak trzeba. Wracam, a tu przed samym Łukowem wypadek! Droga zamknięta. Trzeba jechać objazdami, aby wjechać do miasta od strony Kocka… Cóż… Zaufałam GPS-owi…  Skurczybyk przewiózł mnie w kółko! Wyjechałam pięknie w to samo zablokowane miejsce!

Dochodziła 21, ciemna noc, no po prostu dupa! I wtedy pomyślałam o Piotrusiu! Toż to stary harcerz, potrafi się w lesie nie zgubić, to mnie poprowadzi! I mieszka w Łukowie, więc teren zna.

- Jestem w jakimś Zofiborze. Jak mam dojechać do Łukowa od strony Kocka? – pytam, gdy tylko odebrał telefon.

Piotruś zastanowił się przez chwilę.

- Czy jedziesz na zachód? – pyta uprzejmie.

- Kurwa! Piotruś, ciemno jest, noc! Nie wiem, czy jadę na zachód! – wyrwało mi się wprost z serca.

- Hmmm… Nie masz kompasu – stwierdził Piotruś z pewną dezaprobatą.

Fakt. Nie miałam… Piotruś zrezygnował z przekonywania mnie do wynalazków i łopatologicznie wytłumaczył, co będę widziała przed sobą jadąc dalej. Był lepszy od kompasu, ale już mu tego nie powiedziałam. Jednak resztę drogi przejechałam dumając nad złożonością męskiej natury. W życiu by mi do głowy nie przyszło, żeby jeździć z kompasem! Jedyne udogodnienie, jakie sobie ostatnio sprawiłam, to wielka lupa, żeby mi się lepiej mapę czytało!

Dojechałam do domu szczęśliwie. A tam wita mnie moja matka, bardzo zadowolona, bo przyniosła sama osobiście zapas brykietów do kominka. Żeby córcia po podróży nie musiała jeszcze dygać po opał.

- Wydłubałam – powiedziała dumnie, a ja jakoś na to nie zwróciłam uwagi.

Dłubanie wyjaśniło się następnego dnia. Otóż brykiet był świeżo przywieziony w wielkim worze (takim co to się w nim zmieściła ponad tona). Wór leżał na boku. Od strony dom był jak najbardziej otwarty, niczym paszcza wieloryba. Z drugiej strony psy wygryzły niewielką dziurkę. Taką, że akurat mieścił się w niej jeden brykiecik. No i moja matka wydłubała tą dziurką brykiet do dwóch wiaderek. Gdy rano popatrzyła, jak beztrosko ładowałam opał od właściwej strony, powiedziała tylko:

- Oooo… a ja dłubałam….

Po prostu nie zauważyła paszczy wieloryba…

Jak sami widzicie różnice między kobietą, a mężczyzną są. Facet w życiu by brykietu nie wydłubywał, a kobietka zapewne chciałaby z kompasu oczytać godzinę.

Ja tam do kompasu nie jestem przekonana. I tyle. A wszystkim paniom życzę dziś wszystkiego najlepszego i jak najmniej dłubania!

admin

12 lutego 2012

Mało się tu udzielam, bo piszę. Chcę do końca zimy skończyć książkę. Wychodzi mi na to, że muszę uśmiercić całkiem fajnego faceta. Najlepiej tak, żeby nie cierpiał. Bo go lubię. Zadzwoniłam do Basi z Gdyni.

- Znajdź mi chorobę, na którą zejdzie efektownie trzydziestolatek i znajdź mi lekarstwo, które ma uśmiercić, ale nie uśmierci do końca – poprosiłam.

- Piszesz? – upewniła się. – To oddzwonię, bo teraz mam pacjenta.

Basia robi specjalizację z kardiologii.

- Proponuję tętniaka – powiedziała dwa dni później.

Tętniak! No tak! Idealnie.

Przypomniałam sobie niespodziewaną śmierć Krysi. Ścięło nas z nóg. Krysia była pełna życia. Leczyła wszystko, tylko nie tętniaka: trzustkę, nadciśnienie, nerwicę. Tętniaka jej nie zdiagnozowali.  Jakieś dwa tygodnie po tomografii głowy, która nic nie wykazała, tętniak pękł. Po dwóch dobach śpiączki Krysia zmarła.

Do książki taka śmierć mi pasowała.

- To omówimy szczegóły, jak przyjadę – zaproponowała Basia.

Zatrzymała się u mnie z rodziną w drodze w góry. Wieczorem, przy winie omawiałyśmy wszelkie objawy i symptomy choroby, które byłyby najbardziej filmowe. Znaczy książkowe. No, super!

- Wiesz, co? Zadzwońmy do Małgosi. Przecież ona jest neurologiem!

Faktycznie. To telefon w garść i za chwilę Małgosia śmieje się po drugiej stronie:

- Piszesz, tak?

Słucha naszych rewelacji, słucha i coś jej nie pasuje.

- To mężczyzna? Trzydziestoletni? I wie o chorobie? To zapomnij o tętniaku!

Jak to, zapomnij?  Tętniak mi pasuje.

- Dobra, może i pasuje, ale trzydziestolatek, jak będzie miał symptomy, to nie pójdzie się zbadać. Zapomnij.

- No dobra, sam nie pójdzie, ale ma kochającego brata. Brat go zmusi do wizyty u lekarza.

- Nie zmusi. Zapomnij. Daj mu raka płuc.

- Nie dam mu raka płuc, bo za długo będzie umierał – upieram się.

- Na tętniaka się nie zgadzam!

- Eeee…. – tylko tyle mogę powiedzieć.

Stanęło na tym, że napiszę do Małgosi maila. jeszcze nie napisałam, bo zastanawiam się nad formą. Musze tak napisać, żeby Małgosię jednak przekonać… Na razie spiskuję i podaję pierwsze symptomy choroby.

Dlatego wybaczcie mi przydługie milczenie na blogu. Pokonuję opór weny twórczej i pokonuje opór świetnej neurolożki. Sami widzicie, że łatwo nie jest…


FireStats icon Działa dzięki FireStats