Archive for the 'mniej więcej o mnie' Category

admin

14 stycznia 2012

- Im więcej wina piję, tym mniej mi się podoba Angelina Jolie! – stwierdziłam z niepokojem.

- Eee… na mnie to tak nie działa – Guciowa podejrzliwie obejrzała swój kieliszek.

Szczęściara!

Siedziałyśmy jak za Starych Dobrych Czasów i żłopałyśmy winko. To było nasze pierwsze spotkanie w nowym roku. Tym samym widzicie, że wcale nie przegapiłam, iż mamy już 2012 rok:)). Pewnie jesteście ciekawi, jak przestawiała się uroda Angeliny Jolie… jakiś czas później. Hmm… Nie pamiętam.

Przeczytałam w ostatnim Newsweeku rzecz niebywałą. Podważającą sens naszej silnej woli. Mianowicie dwóch socjologów uknuło teorię, że najbliższe otoczenie ma na nas ogromny wpływ. Do tego stopnia, że jeśli nasi znajomi są otyli, to zaczniemy tyć! Co więcej: jeśli znajomi naszych znajomych są otyli – to też będziemy tyć! Jasna cholera!

Od razu zrobiłam szybki przegląd znajomych. Hm… Bo wiecie, ja tu się ciągle odchudzam i odchudzam, a wychodzi na to, że mogę się starać i strać, a znajomi i tak zrobią mi w poprzek! I znajomi moich znajomych też!

No to robię ten przegląd, i robię… I myślę sobie: dobrze jest! Tylko w mojej redakcji co najmniej trzy dziewczyny schudły. I to jak! Laski są! He, he, he… Pomyślałam sobie, że w takim razie wcale nie muszę się wysilać z tym odchudzaniem. Jeśli to prawo działa, to im bardziej będę chudły one… No wiecie. One sobie od ust odejmą, a ja i tak schudnę!  Baaardzo jestem za tą teorią, bardzo!  Co za dobra wiadomość w nowym roku! Oby więcej takich!

I tego wam właśnie życzę w 2012 roku: samych dobrych wieści, optymizmu i kochanych znajomych (i ich znajomych), którzy będą mieli na nas i na nasze życie dobry wpływ:))). Tego wam życzę ja, Zaczyńska!

admin

25 grudnia 2011

Zdrowych, szczęśliwych i wesołych!!!! Dziękuję wszystkim za świąteczne życzenia! Pozwólcie, że tutaj odpowiem wszystkim: bądźcie szczęśliwi i niech spotykają was same dobre rzeczy!!!

Przy okazji świąt zrobiłam rachunek sumienia. I wyszło mi, że niektórzy mają ze mną krzyż pański. Przed samymi świętami, na przykład, straciłam pogodę ducha i puściłam siarczystą mięsną wiązkę z dźwięcznym, mocno podkręconym  „rrr” w środku. Trafiło na rzecznika policji.

Jerzy Długosz, rzecznik siedleckiej policji, to Anioł. Chyba prawdziwy. NIGDY nie używa (nie słyszałam) brzydkich wyrazów. Cierpliwie czeka, aż wyrzucę z siebie, to co mam do wykrzyczenia i bardzo grzecznie mówi, że oddzwoni.  I oddzwania. Nigdy nie jest obrażony. No, ale przyznam, że bluzgam tylko wtedy, gdy chodzi o zwierzęta i nieumiejętną policyjną interwencję. TYLKO wtedy. Rzucam, za przeproszeniem, ku…mi, jakbym się urodziła z tym słowem na ustach.  Nigdy nie bluzgam, gdy chodzi o inne sprawy. Tylko przy biednych zwierzakach czuję się tak bezsilna, dostaję takiego amoku, że drę się „idźcie, ku..wa, na jakieś szkolenia!”, a jak już policjanci się przeszkolili, to rozpaczałam „to co to, ku..wa, za szkolenia były?! Idźcie, ku..wa, jeszcze raz!”.

Teraz bardzo nad tym ubolewam. Rzecznika przeprosiłam, ale ten ANIOŁ (prawdziwy chyba), stwierdził pocieszająco, choć z pewną rezygancją:

- Pani redaktor, nic się nie stało… Taki pani temperament.

Gdybym umiała piec ciasto, to bym mu upiekła! Słowo! Ale, że nie umiem, to mu kiedyś umyję samochód. Ponoć to męski sposób wyrażania uczuć, ale nic na to, ku…a,  nie poradzę.  Ups!

A przed świętami dostałam renifera z piernika. Upiekła go Ewa, która tu często wpisuje się na blogu, jedna z moich najukochańszych czytelniczek! Przywiozła reniferka do redakcji. Jak on pachniał!!!!

Przyznaję: zeżarłam renifera! Nie mogłam się powstrzymać! Gdyby nie głęboka samoakceptacja, pewnie bym się teraz kiwała w pozycji embrionalnej i powtarzała: nienawidzę się za to.  Ale, co tam! Renifer był pyszny!!! To był mój pierwszy zeżarty renifer i dobrze mi  z tym!

Wczoraj na Wigilii u mojej mamy było bardzo fajnie. Wszystkie babeczki przyznały, że trochę utyły. Hehe… nawet moja matka spuściła skromnie oczęta i wyznała:

- No, dobra… ja też troszkę przytyłam…

Jak miło tak tyć w towarzystwie. Nie za dużo, ot tak, dla pikanterii. Żeby życie miało smaczek. Piszę o tym, bo właśnie stoi przede mną talerz z pysznościami, które mam zamiar zjeść. Aczkolwiek od konsumpcji renifera nic mi jeszcze tak nie smakowało, jak on. No, ale to przecież to dopiero pierwszy dzień świat, no nie? To wszystkiego najlepszego! I nie krępujcie się.  Pochłaniajcie wszystko, jako i ja pochłaniam. Wesołych świąt!!!!

admin

2 października 2011

No i znowu muszę się kajać i obiecywać, że się poprawię. A to czas zwariował, nie ja! Przecież byłam w międzyczasie nad morzem, zapisałam kupę kartek… No, nie miałam czasu tu zaglądać, sorry!

Na ostatniej sesji rady Miasta ktoś wyciął taki numer, jak kiedyś mój pies na konferencji prezydenta Siedlec. Mianowicie na tej tejże konferencji, moja Clarabella, którą musiałam zabrać do doktora, więc poszła od razu ze mną na konferencje prasową – po cichutku puściła bąka. Siedziałyśmy na szczęście na końcu, żeby nie wzbudzać sensacji (no wiecie, pani z pieskiem i takie tam), ale Aneta ze SPINU czujnie spojrzała w naszą stronę i nawet lekko się zarumieniła. Zakłopotana była. Zaczęłam więc dawać jej dyskretne znaki, że to nie ja. Kiwała głową jeszcze bardziej zakłopotana: tak, tak, nie przejmuj się. To naprawdę była niezręczna sytuacja!

A na sesji siedzimy sobie jak zwykle w kącie szyderców i patrzymy, jak po tradycyjnej przerwie w obradach zmierza do nas Mazzi z Radia dla Ciebie. I nagle z twarzą Mazziego robi się coś dziwnego. Zawsze pogodna i uśmiechnięta wykrzywiła się nagle tak, że nos niemal dotknął mu ucha. My w rechot, a Mazzi tłumaczy:

- Ale tam śmierdzi!

Nikt mu nie uwierzył, bo Mazzi krzywił się niedaleko nas, a my nic nie czuliśmy. Zaraz jednak na salę wszedł skarbnik miasta. I powtórzył gest Mazziego. Zamknął się jakoś w sobie, wytrzeszczył oczy i rozejrzał się w koło tak, jakby chciał kogoś zabić.  Ryknęliśmy takim śmiechem, że dobrze, że nas z obrad nie wyrzucili. Aneta przytomnie zauważyła:

- Przecież Mariola nie ma psa…

No i znowu ryczeliśmy. A ten „śmierdziel” był jakiś dziwny, okazało się. Nie wędrował, tylko stał w jednym miejscu. Przepraszam, że dziś o takim niewybrednym temacie piszę, ale jak się ma do czynienia z takim fenomenem… Nie to, żebyśmy zaraz tropili, kto śmierdziela uczynił, nic z tych rzeczy! Niech sobie pozostanie tajemniczy… Ale kłopot był.

A na konferencje już nie chodzę z psami. Nieobliczalne są. :)))

admin

25 czerwca 2011

Dzisiaj miałam zgrzyt. Taki ładny dzień, a ja spotkałam dawną koleżankę z ogólniaka, której życie się nie ułożyło. Zawsze mam wrażenie, że ona albo jest na psychotropach, albo ma kłopot z wódą, albo to i to razem wzięte. No i mam zasadę, że nie kopię leżącego. Koleżanka okazała pewną złośliwość, ale ja się powstrzymałam! Jestem wielka! No, bo przecież nie powiem garbatemu, że garbaty, a przegranemu, że przegrany. Aczkolwiek ostatnio zrobiłam przyjaciołom awanturę o poranku. I wykrzyczałam, co myślę… A było to bladym świtem w Szczecinie, po nocy pełnej przygód w pociągu.

Oni mnie już chyba nie lubią! Myślę o tym bez przerwy. Na pewno już mnie nie lubią! Po tej awanturce.

O tym, że pojedziemy do Szczecina pociągiem zadecydowała Jadwiga, nazywana w naszym gronie Kierowniczką (KEROWNICZKA – jak mawia Adaś).

- Cały przedział będzie nasz, weźmiemy jak za socjalizmu gotowane jajka, bo śmierdzą i nikt nie będzie się chciał dosiadać – roztaczała przed nami upojne wizje.

- I ogórki kiszone!

- I naczosnkowaną kiełbasę! – wykazaliśmy się nie gorszą inwencją.

- Będzie fajnie! – podsumowała Kierowniczka, a my jak te małe szczeniaki nie mogliśmy się doczekać nocy w pociągu relacji Warszawa – Szczecin.

No, i było fajnie. Tomek nie zawiódł i do kulinarnych ekscesów odstraszających potencjalnych współpasażerów dorzucił śledzie. Strzał w dziesiątkę! Pyszne! Zasnęliśmy bladym świtem, przykryci kołderką dla psa. Ja i Jadwiga miałyśmy to szczęście, bo kołderka należąca do psa Tomka wystarczyła tylko na nas dwie.

W Szczecinie wyszliśmy na peron gdzieś około 5.30 rano. Taaa… Okazało się, że tramwaj, który nas miał zawieść spod dworca pod sam stadion, NIE KURSUJE, bo remontowana jest ulica dojazdowa. Taaa… Stoimy z bagażami, z psami przy zasyfionych schodach przed dworcem… I tak stoimy, stoimy…

- Muszę się wykąpać – jęczy Tomek. – Gdzie tu można się wykąpać?

Taaa….

- Napiję się kawy – decyduje Jadwiga i idzie na dworzec postukać w automat.

Taaa… Stoimy dalej…. Dociera do mnie, że chyba nam się coś rozłazi…

- Nie mamy PLANU B?! – pytam ze zgrozą.

Jakiś pan informuje nas, że żeby dojechać na stadion, musimy iść w zupełnie inne miejsce, gdzieś w górę i tam łapać tramwaj… Stoimy dalej… Mijają nas kolejni podróżni z jakiegoś innego pociągu… Wsiadają w autobusy, wsiadają w taksówki…

- Może pojedziemy taksówką? – zastanawia się Jadwiga i idzie na przeszpiegi, kto weźmie pięć osób z psami.

Wraca z informacją, że jest śmiałek, który nas zawiezie za 60 złotych. No! W końcu!

- Eee… tyle pieniędzy… Poradzimy sobie bez taksówki – Marta wzrusza ramionami.

- To tylko 10 złotych na głowę – protestuję, bo nagle wizja opuszczenia zasyfionego dworca zaczęła się oddalać z prędkością odrzutowca.

Szukam poparcia w oczach Kierowniczki. A ona nagle gdzieś ucieka ze spojrzeniem.

- To idź zagadaj z taksówkarzem – mówi jakoś niewyraźnie.

- Ja?! Ty z nim negocjowałaś warunki!

- No i się pokłóciłam. Jak on powiedział, że zawiezie nas za 60, to ja powiedziałam „Dziękuję! Tramwajem będzie taniej” – przyznała Kierowniczka, naśladując nawet ton głosu, taki pełen pogardy i wyższości.

- Tak powiedziałaś?! – jęczę z rozpaczą. – A on co na to?

- „Proszę bardzo!” – Kierowniczka z odrazą naśladuje głos taksówkarza.

No, tak… Tośmy pojechali.

Ostatecznie poszliśmy za dziewczyną z akitą, która wyglądała na przytomną i jakby wiedziała, dokąd zmierza. Pokonaliśmy potworne kilometry z bagażami, ciągle pod górę (porąbany ten Szczecin), aż doszliśmy do do właściwego przystanku. Odczekaliśmy na właściwy tramwaj. Dziewczyna z akitą miała rozpiskę, na którym przystanku trzeba wysiąść. Z internetu wzięła. Ponoć oddział szczeciński sam zamieścił na swojej stronie ściągawkę i mapkę.

Gdy doszliśmy na wystawę, rozbiliśmy namiocik… pękłam. I teraz uprzedzam: będą brzydkie wyrazy, dzieci niech nie czytają, bo to będą bardzo brzydkie wyrazy… Dobra, wykropkuję.

- Ku..a! – darłam się. – I nie można było tak od razu? To nie! Staliśmy na zasyfionym dworcu jak jakieś głupie ch..e! Ten tylko „wykąpać się, wykąpać się”, a ta kawę w tym syfie piła i, ku..a, dalej byśmy tak stali.  Tej, ku..a, za drogo było z kolei. 10 zł, ku..a!Czy tu był jakiś kierownik wycieczki?!

No i tak w ten deseń trochę mi się ulało. Tomek bez słowa, ostentacyjnie zabrał kołderkę i rozłożył ją swojemu psu. Potem razem z Kierowniczką i Martą odeszli na boczek. Adaś zupełnie neutralny został ze mną. Nie wiem, co gadali. Po 10 minutach mi przeszło. Na drugi raz, jeśli nie będzie wyraźnie powiedziane, kto dowodzi stadem i nie będzie planu B – nie jadę!

Do mojej awanturki więcej nie wracaliśmy. W lipcu mamy pojechać razem do Kaliningradu, więc nie wiem, czy się cieszą. Na szczęście, już nie pociągiem. W moim samochodzie, ja będę kierownikiem wycieczki.

Ale powiem wam, że i tak ich kocham! Fajni są. Nawet, jak tak staliśmy, jak te głupie ch..e na zasyfionym dworcu. To po prostu we mnie czasem coś wykipi. I, już.

admin

17 maja 2011

No, działo się! W niedziele odebrałam nagrodę za zajęcie 2 miejsca w plebiscycie Kultury Siedleckiej na Kulturalne Wydarzenie Roku 2010 za wydanie i promocję książki „Jak to robią twardzielki…”! Super było! Przesympatycznie! Wzruszająco! Hura!

A wczoraj byłam na wernisażu fotografii Marcina Gorazdowskiego „Koci portret”. Marcin jak zwykle przyciągnął tłum ludzi, a jedna pani przyszła nawet z rudym kotem na smyczy! Było odlotowo! Potem siedzieliśmy w gronie przyjaciół w Cafe Brama i tam dowiedziałam się, jak wystawiam swoje psy. Muszę to wszystko przemyśleć. A zaczęło się niewinnie.

- Nie lubię jak Jadwiga stoi przy ringu i patrzy, jak wystawiam psa – powiedziałam do Marii i dwóch Małgoś.

Jadwiga jest hodowcą i sędzią kynologicznym. Cały czas mnie poucza i podtrzymuje na duchu w stylu:

- Dupa jesteś, nie wystawca!

Ostatnio, w Opolu, dumna i blada wystawiałam Gudika i z zadowoleniem patrzyłam na Jadwigę, bo nigdy jeszcze wcześniej tak nie ćwiczyłam z psem jak przed Opolem. No i zerkam z dumą na nią, a ona wściekle pokazuje mi gest podżynania szyi. Chlast! I przejechała palcem po szyi. Chlast! Co jest?!

- Bo wiesz jak szłaś na ringu? O tak! – wydarła się Jadwiga i w tej Cafe Brama zaprezentowała, jak szłam.

Hmmm… naprawdę muszę to przemyśleć. Tym bardziej, że towarzystwo spadało ze śmiechu z krzeseł. Ja zresztą też.

Nieee, to niemożliwe, żebym tak chodziła!… Przemyślę to. Tak. Przemyślę.

- I kto ustawia psa dupą do sędziego?! – piekliła się dalej Jadwiga.

Oj tam, zaraz dupą…

To ja jeszcze poćwiczę.

Może nawet zaraz. To na razie!

A poza tym uważam, że Jadwiga przesadza!

No!

admin

8 maja 2011

Oj, dostaje mi się za brak wpisów, dostaje! Ale tez działo się dużo. Rzeczy dobrych, bardzo dobrych i jednej traumatycznej.

Na ostatniej wystawie psów. międzynarodowej w Opolu, nasz GOOD GUY pokonał rywali i wywalczył złoty medal i wniosek na czempiona.

- A te dwie były? – pytała Justyna. I cichaczem dodała: – no wiesz, nie mogę sie wyrażać bo jestem z Tosią na placu zabaw.

Aaaa… to już wiem, o jakie dwie pyta (patrz wpis o poprzedniej wystawie).

- Nie! Nie było. Ha!

Oceniał nas Mirosław Redlicki, bardzo wymagający sędzia, autor wielu publikacji na temat ras, hodowli i wystaw właśnie. Zwycięstwo u takiego sędziego liczy się podwójnie. Co ja gadam: liczy się potrójnie! Poczwórnie! No!

Z powodu wyjazdu do Opola nie mogłam być na wyborach Miss Ziemi Siedleckiej. A tam działo się, że hej. Najpierw dowiedzieliśmy się, że gościem w Siedlcach jest Apoloniusz Tajner (ten od Małysza). Zgodził się nawet dołączyć do grona jury. Potem okazało się, że dojechała do niego córka z przyszłym zięciem, Michałem Wiśniewskim. Obecność piosenkarza zelektryzowała publiczność. Tym bardziej, że gwiazdą wieczoru był niejaki KONJO, który właśnie parodiował na scenie Michała Wiśniewskiego. Ponoć obaj mieli dobry ubaw. I cała reszta.

A tak poza tym to jest u mnie totalne zakręcenie.  Normalnie jestem jak ten chomik w kołowrotku. Ale z kimkolwiek rozmawiam, to każdy mówi, że też tak ma. No, jakaś to pociecha. Chociaż ponoć lepiej, jak inni mają gorzej. Ale nie bądźmy aż tak wymagający:)).

Aha. No nie wiem, nie pamiętam czy pisałam. Wywaliłam ok 100 stron trzeciej książki. Czyli wszystko, co miałam. Piszę od nowa. Mam już 12 stron.  Nieźle, co?

O traumatycznej sytuacji nie będę pisać. Nie teraz. Jeszcze boli.

admin

2 kwietnia 2011

Szef kazał mi się wieszać.

- Poszukaj jakiejś gałęzi – zaproponował z troską. – Bo na tej twojej wsi to chyba tylko gałąź znajdziesz.

Ładne rzeczy. Nie ma mnie tydzień w robocie i już każą się wieszać. Ja tu żale wywalam, jak mnie w krzyżu łupie, a Szef z gałęzią wyskakuje.

- Ja to się na drążku wieszałem – kontynuuje Szef. – Bo, rozumiesz, ten odcinek krzyżowy musisz rozluźnić. Wieszaj się.

Uff… To o takie wieszanie chodzi! Co za ulga. Ciso jednak był w pierwszej chwili taki między oczy, więc szybko dzwonię do Krzysia po dobre słowo.

- Tęsknicie za mną? – pytam płaczliwie.

- Tęsknimy – mówi Krzyś, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednym okiem patrzy na monitor komputera, a drugim uchem mnie słucha.

- Kochacie mnie? – upewniam się.

- Kochamy – zapewnia Krzyś.

No! To trochę mi lepiej! Rozejrzę się za tą gałęzią.

Wczoraj w Siedlcach odbyło się Pierwsze Siedleckie Dyktando. Patrzę i oczom nie wierzę. Mój dawny kolega redakcyjny przystępuje do pisania!

- Przecież jesteś dyslektykiem! – jęczę na wspomnienie błędów, jakie Janusz sadził.

- Przeszło mi! – bije się w piersi i dumnie wypina klatę.

- Akurat!

- No,  w miarę pisania mi przechodziło – zaklina się na wszystkie świętości. – Jeszcze wygram! Zobaczysz. A wtedy stawiasz beczkę wódki.

- Stawiam – zgadzam się i przybijamy żółwika.

Jeszcze podczas pisania, Janusz zerkał na mnie, kiwał zadowolony głową i podnosił kciuk do góry. Jasna cholera! Naprawdę mu przeszło?

Po ogłoszeniu wyników okazało się, że nie przeszło na tyle, by Janusz wygrał. Uff… Beczka wódki zostaje u mnie. Jasio musi jeszcze trochę więcej pisać:)).

A ja idę tej gałęzi szukać. Powieszę sobie trochę. Bo jeszcze Szef w dobre wierze zapyta, czy się wieszałam, to co mu powiem?

admin

23 marca 2011

Jadwiga wytrzymała tylko parę godzin.

- Nie przyzwyczajaj się tylko – wysyczała w słuchawkę. I po namyśle dodała: – I dbaj o niego!

Cholera! Już widzę, że gdybym chciała zatrzymać Adasia na dłużej, to jak nic Jadwiga przyjedzie z odsieczą i odbije go.

- Bo żeś się wczepiła w niego pazurami! – warknęłam zniechęcona, bo co tu dużo gadać: już zaczęłam się przyzwyczajać. Człowiek do dobrego jednak szybko się przyzwyczaja.

Powiem uroczyście jak niezapomniany Pawlak w „Kochaj albo rzuć”: … nadejszła wiekopomna chwila… Adaś przyjechał do mnie na parę dni i doprowadza mój dom do statusu ekskluzywnej rezydencji, w której okna błyszczą, firanki pachną świeżością, a w podłogach można się przeglądać. Do tej pory tylko Jadwiga korzystała z jego niesamowitego hobby: Adaś uwielbia robić porządki, gotować, pucować. Jest jak osobisty sekretarz najwyższej próby. Pamięta o wszystkim robi listę zakupów, przypomina o umówionych spotkaniach, dba o psy. Mamy już długa kolejkę chętnych do sklonowania Adasia. Gdziekolwiek Adaś się pojawia, za jego plecami rozlega się podniecony szmerek: „To TEN Adaś!”. Po wielomiesięcznych podchodach udało mi się zabrać Adasia na parę dni do mnie! Zaraz wieczorem zadzwoniłam do Jadwigi:

- Czy już leżysz w depresji i ssiesz kciuk z rozpaczy? – zapytałam wrednie, rozparta w fotelu.

Jadwiga powiedziała coś niecenzuralnego i od razu wyrwała z głupimi pytaniami, kiedy Adaś wróci. Wolałam szybko skończyć rozmowę, bo zeszła jednak na niebezpieczny tor. Jak znam Jadwigę, w chwili furii przyjechałaby i Adama odbiła. Krótka piłka.

Wracam ci ja wczoraj z pracy do domku i od progu wita mnie zapach płynu do mycia okien. Na podłodze ani jednego kłaka! Kominek lśni, ani śladu kurzu! Moje papierzyska uporządkowane leżą i nie straszą. Adaś zadowolony mruczy pod nosem jakieś przeboje i pucuje brodzik. Od razu poczułam, że życie jest piękne, a ja jestem szczęściarą.

- Adasiu, kreweteczki może zjesz? – zapytałam usłużnie gotowa przychylić mu nieba.

- Eeeee, robaki? – wzdrygnął się Adaś.

Zapodałam pieczoną goloneczkę i duszoną cukinię.

Pan Bóg mnie kocha!

Trochę jestem tylko połamana, bo chyba rwa kulszowa mnie dopadła. Może po wywijańcach na jubileuszu Tygodnika Siedleckiego? Ależ się wytańczyłam! Było cudownie!!!! Ale, kurde, ominęła mnie cudna scena. Nasz dawny kolega Józio rozmawiał już pod koniec imprezy z Tomaszkiem. Nagle podchodzi Justyna, a Józio mruga, mruga i pyta z uśmiechem:

- To twoja żona?

Tomuś, zatwardziały kawaler miał tak szampański i kozacki humor, że potwierdził:

- Taaak….

Józio zaczął dociekać:

- A czemu wy, z Tygodnika, bierzecie sobie większe od siebie żony?

Justyna poczuła się w obowiązku wytłumaczyć:

- Bo ja mu wszystko wyjadam – stwierdziła uprzejmie.

W tym momencie do Justyny podszedł Boguś, jej mąż, i podał jej na zmianę wygodniejsze buty.

- Przepraszam – Justyna grzecznie zwróciła się do Józia – ale mój kochanek lubi o mnie dbać.

Odeszła kulturalnie z Bogusiem, a Józio nie mógł się nachwalić zdrowych i cywilizowanych relacji panujących w naszej redakcji.

* * *

No to ja sobie odpoczywam. Rwa mnie rwie, ale Adaś osładza życie z nawiązką. Dzisiaj zapowiada, że zgrabi ogródek… Pan Bóg NAPRAWDĘ mnie kocha…

admin

Kosz kwiatów na dzień kobiet i bilecik. Tak powinno być!8 marca 2011

No i mamy Dzień Kobiet! Zebranie potoczyło się dłużej niż zwykle. Wracamy do pokoju dziennikarzy, a na mnie czeka… ten oto kosz kwiatów i bilecik z życzeniami „Miłego dnia!”.

Mężczyźni… Z wami źle, bez was jeszcze gorzej. Podobno.Ale fakt: nic tak nie poprawia humoru jak kosz kwiatów z bilecikiem.

Oczywiście w takim dniu nasze paplanie z Justyną zeszło na diety.

- Jestem drugi dzień na zupie kapuścianej – przyznałam.

- Pewnie jutro wylejesz ją do kibla. ja wylałam trzeciego dnia – powiedziała zadowolona, bo sama jest na jakichś specjalnych zupkach z kartonika.

- Nie przesadź z tymi zupkami – zrewanżowałam się. – Nie jestem pewna, czy nie są szkodliwe.

- Szkodliwe?! Patrz, jakie mam paznokcie! patrz! – i podsunęła mi pod nos czerwone pazury na dowód, że jej się tylko poprawia, a nie szkodzi.

Piotruś za naszymi plecami nagle dostał wesołości.

- Tak was słucham – chichotał – i tak mi dobrze…

Skubaniec nie musi się odchudzać! Nie musi jeść zup z kapusty ani z kartonika. Ale żeby tak ostentacyjnie się cieszyć?!

A ja swojej zupy nie wywalę! W końcu… muszę wyglądać do tych kwiatów, nie? :)

admin

7 marca 2011

- Eeee… „mientka” jesteś – stwierdziła Guciowa.

W głosie było słychać rozczarowanie, czemu się wcale nie dziwię. Przecież uchodzę w rodzinie za twardziela. A tu taki afront!

Powiedziałam jej, że ostatnio się wzruszam. Bo wzruszam. Oglądam, proszę ja was, takie amerykańskie You Can Dance i płaczę z zachwytu, że tak pięknie tańczą. Normalnie łzy mi ciekną po policzkach, ale to, co widzę na ekranie warte tego, och warte! Zaraz potem oglądam te nowe muzyczne programy w Polsce i ryczę w niebogłosy, że ludzie tak pięknie śpiewają. Normalnie mają takie talenty, takie pasje i tak bardzo, bardzo chcą spełniać swoje marzenia. Wzrusza mnie to cholernie.

- A jaka faza księżyca? – Guciowa za wszelką cenę postanowiła mnie zdiagnozować. – Może pełnia idzie, czy co?

Rozumiem nadzieję w jej głosie. Lepiej myśleć, że to księżyc namieszał, niż stąpać po grząskim gruncie domysłów, czemu to twardziel zmiękł jak gąbka. No idzie chyba nów, też dosyć drażliwa faza. Wczoraj oglądałam XFactor i znowu ryczałam. Chłopak śpiewa, ja szlocham, patrzę – Czesław (juror) też płacze, więc myślę sobie: nie jest ze mną tak źle. Na Czesława księżyc też działa, niech Guciowa sobie popatrzy.

No i muszę się przyznać do morderstwa. A może to było zabójstwo? Bo niechcący. W żadnym tam afekcie, broń Boże, raczej w rozpaczy. Otóż urosły mi glonojady w akwarium. Z małych ślicznych glonojadków zrobiły się kolczastymi potworami na pół akwarium. Musiałam im znaleźć nowy dom. Znalazłam. Ale musiał je teraz wyłowić. Wszelkie moje siateczki do łapania rybek były dla nich jak berecik na główkę. Rozpacz! Jak je złapać? Zrobiłam to w końcu durszlakiem. Ale w zapamiętaniu i durszlakowym szaleństwie dokonałam spustoszenia w akwarium. Poległa pani kiryskowa! Pan kirysek był potem bardzo smutny. Dokupiłam więc nową kiryskową, i wiecie co? CZY WIDZIELIŚCIE KIEDYŚ SZCZĘŚLIWĄ RYBKĘ? Ja widziałam. Mój pan kirysek jest wniebowzięty! Para kirysków pływa radośnie, dają sobie buzi, ganiają raz on ją, raz ona jego. Szał ciał i uprzęży!  Rzeczywiście: „mientka” jestem. Ale szczęście rybek – bezcenne:))))!


FireStats icon Działa dzięki FireStats
  • superplus