Archive for the 'redakcja' Category

admin

13 października 2010

Justyna domaga się ode mnie solidarności w odchudzaniu i każe mi.. przytyć!

- Schudłaś – warknęła z pretensją. – Masz przytyć!

- Ty też schudłaś – z zapałem kiwałam głową, bo wizja nabijania kilogramów przeraziła mnie.

- Ale nie tyle, co ty – Justyna nadal warczała nad klawiaturą, udając, że pracuje jakby nic.

Oczywiście, przesadza. Schudła bardzo, co mogłam naocznie stwierdzić, gdy się wystroiła w zabójczą miniówę do kina.

- Justyna, schudłaś! A jak przyszłaś na ten „Seks”… No mówię ci! Oczu nie można było oderwać.

Druga Justyna zastrzygła uszami.

- …Jaki seks?! – spytała patrząc podejrzliwie.

Mało nie spadłyśmy z foteli ze śmiechu. Faktycznie, zabrzmiało intrygująco.  Ale nic z tych rzeczy! Po prostu byłyśmy na „Seks w wielkim mieście 2″. Aczkolwiek do słuchaczy dotarło tylko, że Justyna w zabójczej spódniczce przyszła na seks, a Zaczyńskiej się to bardzo podobało.

Ale to na marginesie. Bo mam tu nie lada niespodziankę! Kochani! KLUB TWARDZIELEK podbija świat!

Oficjalnie informuję: posiadaczki legitymacji Klubu Twardzielek mają zniżkę 5% w restauracji BOLLYWOOD HOLLYWOOD! Wystarczy okazać pracownikom legitymacje, by rachunek za pyszności był niższy.

- Bo my kochamy twardzielki – stwierdzili Beata i Sunil Gulati.

No i jak ich nie kochać?!

Ale to nie wszystko. Byłam wczoraj w jaskini lwa, czyli w siedzibie twardzieli nad twardzielami Masters Promotion, stowarzyszenia organizującego Gale Kickboxingu, Mistrzostwa Polski i turnieje międzynarodowe.

- Twardzielki wchodzą na nasze imprezy z 35 % zniżki – zawyrokował szef stowarzyszenia Wojtek Górecki, wieloletni trener narodowej kadry Polski w kickboxingu.

Ha! Twardziele tez kochają twardzielki! Najbliższy turniej odbędzie się 6 listopada w Pruszkowie, ale będziemy jeszcze informować o tym wydarzeniu!

Jeśli są jeszcze inni, co to kochają twardzielki, to proszę o kontakt!

Kto może należeć do KLUBU TWARDZIELEK? Każda twardzielka, która ma książkę lub ją przeczytała! Legitymacje wysyłam pocztą, wystarczy podać mi adres na maila.


admin

15 września 2010

Oj, urodzinowo jest cały czas. Nawet nie wiedziałam, że tyle Panien jest wokół mnie! Choćby Justyna. Albo Tosia. Urodziny obchodziłby także Gucio… Ale zupełnie niechcący i wbrew swojej woli – urodziny obchodził także kolega Darek.

Do redakcji wpadłam spoźniona.

- O! Cukierki! – rzuciłam się oczywiście na „Pierroty”. – Dlaczego one tu są?!

- Mam urodziny – mruknęła Justyna sprzed komputera.

Wycałowałam ją siarczyście.

- Dużo dzieci!

- O! Fajnie! – ucieszyła się.

Późniejsze relacje znam z opowieści. Justyna przy którymś kolejnym pytaniu „dlaczego te cukierki tu są?” zażartowała, że Darek obchodzi urodziny. No i zaczęło się.

Darek nienawidzi zwracać na siebie uwagę. Nie obchodzi urodzin, nie obchodzi imienin, nie zdradza planów wakacyjnych, aby o nich nie opowiadać, a zapytany potem o wrażenia odpowiada wylewnie: „fajnie”. I tyle. A tu nagle wszyscy rzucają się na niego z całuskami, poklepywaniem, życzeniami… Podobno na początku się ostro, wręcz histerycznie, bronił. A potem zaciął się w sobie, nie komentował, nie reagował. Justyna się nawet zaniepokoiła.

Zbyszek tylko się mocno wnerwił, jak sie dowiedział prawdy.

- Za jednego cukierka dwa razy musiałem całować – pomstował.

Następnego dnia mieliśmy święte zebranie.

- O! Cukierki! – ucieszyła się Bono.

- Darek miał urodziny – zarżałam jak koń, bo byłam świeżo po opowieściach z wczorajszego dnia.

Chwile potem Darek wszedł do redakcji.

- No to ile? – Bono puściła do niego oko. – Daj pyska!

Darek lekko pokraśniał i sztywny jak Pinokio przyjął uściski Bono.

- Wszystkiego najlepszego! – to dołączyła się Edytka.

Nasz sekretarz Stasio z całą powagą złożył mu wyrazy współczucia z powodu urodzin.

Nawet nie przypuszczałam, że będę miała taki ubaw! To mnie naprawdę bawiło! Straszne!  Potwierdziły się moje najgorsze przypuszczenia: naprawdę targają mną niskie instynkty! Jeszcze trochę, a będzie mnie bawiło, jak się ktoś potknie i przewróci! Ale kiedy to się stało?! Owszem, chorowałam dwa tygodnie, ale przecież nie na głowę!

Nie, no nie mogę… Znowu ryje ze śmiechu, jak sobie przypomnę kolegę Darka. Był tak rozkosznie zakłopotany. I bezradny wobec powszechnego szaleństwa. No, nie! No, sami widzicie! Muszę iść posypać głowę popiołem. Albo za karę zgrabię liście. Jakaś kara musi być!

Kurcze… Ale to było takie cudne:)))

admin

26 lipca 2010

Dzisiaj jakoś wszystko jest na opak. Pada, piję trzecią kawę, ale muszę się spieszyć, bo zamykamy dziś numer i Krzysio czeka na informacje. Weszłam do redakcji i nie pamiętałam, czy mój tekst o tajemniczym smrodzie w Siedlcach został na komputerze, czy może w przebłysku mojej wysokiej, jakby nie było, inteligencji wysłałam go do sekretarzy. Stoję więc w drzwiach sekretarzy jak wyrzut sumienia i pytam ponuro:

- Stasiu.. ja ci ten smród zesłałam, czy zostawiłam w domu?

Stasio długo milczy, po czym mruczy pod nosem:

- Brzmi dobrze.

I dotarło do mnie, że dziś to chyba mnie jeszcze sporo czeka.

Na przykład spotkam chip’ n’ dalesów. Mieli co prawda przyjechać do mnie w sobotę na Smocze Pole i już zacierałam ręce na prywatny pokazik na łące pod lasem (osławione miejsce gdzie Bachor biegał bez gaci), ale burza przyszła i plany się pokomplikowały.  Spotkamy się dziś, ale bez tańca. Tylko pogaduchy. Taniec będzie w sobotę w jednym z klubów. Oczywiście idę!

A teraz muszę pisać króciaczki dla Krzysia.

PS.

Aaaaaa….. wiedziałam! Wiedziałam, że dziś będzie bosko! oto żywcem wzięty cytat z kroniki policyjnej, jaka przysłali z Garwolina:

„W Garwolinie jak wstępnie ustalono 25 letni mieszkaniec powiatu garwolińskiego z założoną na głowie kominiarką i trzymając w ręku broń długą po uprzednim wejściu do budynku ZOZ Garwolin skierował się w kierunku punktu obsługi klienta banku PKO SA, następnie usiłował wejść do jego wnętrza, jednak zamierzonego celu nie osiągnął z uwagi na zamknięte drzwi i nieobecność kasjerki, następnie sprawca oddalił się w nieznanym kierunku. Postępowanie prowadzi KMP Garwolin”.

Aaaaaa!!!!!!

admin

14 maja 2010

Zbyszek właśnie wszedł do pokoju i stanął nam za plecami.

- Niech ktoś porozmawia ze mną! – jęknął.

Odwróciliśmy się jak jeden mąż. I ze Zbyszka się ulało:

- Siedziałem wczoraj do 3 w nocy, bo chciałem pisać. I NIC! NIC!

Ożywiliśmy się.

- Czy ty też dostałeś od Szefa esemesa?!

Zbysio triumfował:

- A, nie! Ale wiecie, Szef mnie wczoraj dorwał osobiście i zapytał, co dostanie. A ja mu: bach, na biurko, o proszę! – Zbynio cieszy się z wrażenia, jakie zrobił.

- No tak,ten to  miał asa w rękawie – z przekąsem zauważyła Justyna.

My nie mieliśmy takiego szczęścia. Okazało się, że każdy z nas, oprócz Zbyszka, otrzymał od Szefa esemesa:

„Dostanę jutro rano informacje na powiat?”

No i Szef nas tym zestresował.

Chodzi o to, że Krzysiaczek poszedł na urlop i Szef przejął składanie powiatów, czyli informacji z miast i okolic. Z Krzysiem szło się dogadać. Krzysio rozumiał, że informacje rodzą się czasem z trudem i najwięcej piszemy w weekendy. Co prawda każdy numer zamykamy w poniedziałki, więc gdy z rana napływały informacje, Krzyś miał urwanie kapelusza. Ale jakoś dzielnie to znosił. Szef uznał natomiast, że porządek musi być. O matko!

Krzysia nie będzie przez miesiąc. Zbyszek na wszelki wypadek rzadko zagląda do komórki, a dziś to nawet kazał Tomkowi sprawdzić, czy esemesy miał. Nie miał, no i przyznał się do wykładania info na szefowskie biurko. Farciarz. A potem nie spał i nie pisał do 3 w nocy.

Czarno to widzę.

admin

6 maja 2010

Dzień Konstytucji był dniem depresji. Kompletnie nie wiem, dlaczego. Ja nie miałam czasu na depresję.  Po pierwsze: na długi weekend przywiozłam mamę, żeby poszalała w ogródku (nie mam melodii do pielenia) i ona oczywiście ciągle coś ode mnie chciała, po drugie: robiłam korektę „Twardzielek”, po trzecie: tego dnia obchodzę imieniny; po czwarte: Stasio ściągnął mnie do redakcji, żebym wybrała zdjęcia do reportażu o wyborach Miss Ziemi Siedleckiej. Ściągnął mnie wbrew memu oporowi i jawnej niechęci, którą okazywałam. Był bezwzględny.

O wiele bardziej uczuciowy okazał się dla nieznajomego czytelnika, który zadzwonił w święto konstytucji do redakcji.

- Mam depresję, czy może mi pan pomóc? – zagaił czytelnik.

- Ale jak? – chciał wiedzieć Stasio.

- Może mi pan poda jakieś namiary na agencje towarzyskie? – poprosił depresyjny pan.

Stasio westchnął i sięgnął po gazetę z ogłoszeniami. Zaczął metodycznie odczytywać anonse i podawać numery telefonów. Pan skrupulatnie notował.

- A, nie! Tego nie chcę, bo tam trzeba dojechać, a ja wie pan, trochę się nawaliłem – wyznał przy jednej z propozycji.

No cóż, depresja ma swoje prawa.

Opowiedziałam o tej historii na zebraniu. O depresję mi chodziło. Że jaka to straszna choroba.

- Trzech się powiesiło tego dnia – stwierdził Jasio, który odpowiada u nas za kronikę kryminalną.

Spojrzeliśmy na siebie ze Stasiem: ciekawe, czy ten „nasz” powiesił się, czy wyleczył w burdelu, za przeproszeniem. Zbyszek za to się zgorszył.

- I podałeś mu te numery? No to stręczycielem byłeś.

Stasio się zakłopotał.

- No co! Facet miał depresję, ty byś nie pomógł? – bronił się.

Miejmy nadzieję, że nasz czytelnik zajął się jednak czymś pożytecznym i nie miał czasu na czarne myśli. Oczywiście, zawsze można sobie sprowadzić mamę do pielenia ogródka, zrobić korektę książki i wyprawić imieniny.  Ale nie każdy ma takiego farta.

admin

13 października 2009

Bono i Piotruś przygotowali dla nas warsztaty – trening interpersonalny na temat naszej strony internetowej. Na początek posłużyli się starym chwytem, który to miał sprawdzić naszą kreatywność. Każdy z nas ( z Szefem włącznie) dostał karteczkę, której nikomu nie można było pokazać. I musieliśmy odegrać to coś napisane, nie używając słów.

Patrzę: na mojej karteczce napisane – lis.

- A teraz pokażcie kim jesteście, nie używając słów. I odnajdźcie swoją parę - rozkazali trenerzy.

O, proszę! Czyli jest jeszcze jakiś drugi lis na sali! Od razu zaczęłam krążyć na ugiętych nogach, skradając się i machając za własnym zadem ręką, niczym lisią kitą. Gdzie ta moja druga połówka?! Co do kogo podeszłam, ten z nadzieją patrzył na mnie, że może jestem od pary, tylko się tak wygłupiam. Ta nadzieja w ich oczach była trochę myląca, więc dla upewnienia łamałam reguły i konspiracyjnie pytałam szeptem:

- Lisek? Lisek?

Nadzieja gasła w oczach kolegów, a ja ruchem posuwistym i z falującym zadem ruszałam dalej.

Trzeba przyznać, że koleżeństwo stało jak kołki i już myślałam, że oprócz mnie, wszyscy mieli napisane: „klocki lego” lub „drewniane żołnierzyki”. Tylko Krzyś dzielnie machał skulonymi ramionkami i dreptał. Po chwili kolega Darek kwiknął z radości i dodreptał do Krzysia.

- Pingwiny – myślę sobie. – Ale, gdzie mój lisek?

Mirek stał wyprostowany i robił rękami takiego zygazaka, jakby rybka szybko płynęła.

- Ale to nie żmija, ale to nie żmija - powtarzał z rozpaczą pod nosem.

- Lisek też nie – stwierdziłam. – To kim jesteś, taki wijący?

- Lisek? Lisek? - usłyszał Tomuś. - Ja jestem lisek.

No, świetnie.

- To czemu nie chodzisz jak lis? - pytam z pretensją.

- Bo macham ogonem – wyjaśnił Tomek.

- Akurat!

- No, trochę nie widać – przyznał z pokorą Tomuś.

Jak już się odnaleźliśmy, rzuciliśmy się zachłannie na zygzaki Mirka. Co to do cholery jest?

- Ośmiornica - wyszeptał zdesperowany Mirek. – Jak to pokazać?

Na wszelki wypadek rozcapierzył wszystkie palce i wytrzeszczył oczy.

- Etam, to nie tak się robi – nie wytrzymałam i zademonstrowałam po swojemu ośmiornicę.

Efekt był taki, że Szefowi błysnęło w oku. Ze znaną mi już nadzieją. A stał do tej pory nieruchomy jak Winetou na szczycie skały – dumny i wyprostowany – i jak ten biedy Mirek miał zgadnąć, że Szef to ośmiornica od pary?

Gdy potem dzieliliśmy się wrażeniami z koleżeństwem, kolega Darek koniecznie chciał wiedzieć, jak zrobiłam ośmiornicę. No to zrobiłam ją znowu. Kolega Darek mało nie spadł ze śmiechu z biurka, na którym nonszalancko przysiadł, a jak już doszedł do siebie, dobił mnie szczerością:

- No, nie mam pewności, czy nie pokazałaś meduzy.

Za tę ośmiornicę, to chcieliśmy nawrzucać Piotrusiowi. Skąd taki pomysł?! Okazało się, że Piotruś przeszedł taki trening na Krymie i miał za partnerów Ukraińców, którym musiał pokazać ośmiornicę właśnie. I najwyraźniej chciał zrzucić z siebie tę traumę na barki koleżeństwa.

- To ty jak ją pokazałeś? – chciałam wiedzieć, jako samozwańczy ekspert od ośmiornic.

No i Piotruś pokazał: wyciągnął przed siebie osiem palców i poklepał się po nodze.

Teraz ja mało się nie przewróciłam ze śmiechu. A Darek się nie zna! Pokazałam ośmiornicę jak żywą. Żadną meduzę! Wierzcie mi.

Aha. A Krzyś i Darek nie byli pingwinami. To były kaczuszki.

…Meduza!… Też coś!

admin

8 października 2009

Znowu zagięła mi się czasoprzestrzeń. Czas płata jakieś figle. Z niczym się nie wyrabiam! A taki Tomuś, na przykład, do Grecji pojechał. I wrócił bardzo zadowolony.

- I takie Chinki nas masowały wszystkimi częściami ciała - opowiadał na zebraniu redakcyjnym. – Co za relaks!

Szef nie był zrelaksowany i coś do Tomusia zagadał. A Tomuś siedzi i się uśmiecha i nie odpowiada.

- Panie Tomku, czy pan kuma? – pyta grzecznie Szef.

- Kumam – ze zdziwieniem odpowiada Tomuś.

My już ryczymy jak bobry, a Darek jeszcze podrzuca kwestię Tomusiowi:

- Kumam, kumam, jeszcze jak kumam, szefie!

Ale tych Chinek to i tak mu zazdrościliśmy.

Wczoraj Edytka się przyznała, że właśnie wróciła z 2-tygodniowego pobytu w Grecji.

- Masowały cię Chinki wszystkimi częściami ciała? - pytam zachłannie.

- Oj, jakiś Chińczyk się oferował, ale taki jakiś obleśny był – skrzywiła się Edytka.

I nie skorzystała.Cholera! Czy w tej Grecji nie ma już greków? Takiego Zorby? Same Chińczyki, czy co?

Wieczorem poszłam do kina na „Sekrety” w ramach cyklu „Oczami kobiet”. Tuż za mną usadowił się znany pan ginekolog, doktor Waldemar.

- O! Rodzynek! – ucieszyłam się, bo wkoło tak 99% to panie były.

- Kochana – puścił oko pan doktor. – Przecież ja z tego żyję. Muszę wiedzieć wszystko o kobietach.

Strasznie go lubię. Pierwszy raz zobaczyłam go w przychodni jakieś 20 lat temu. Widok był niezapomniany. To był środek lata. Pan doktor chodził w krótkich spodenkach, których wcale nie było widać spod fartucha lekarskiego. Fartuch kończył się w połowie uda i pan doktor wyglądał, jakby bez spodni chodził. Wielki plus za empatię wobec kobiet, które też bez tej dolnej garderoby musiały do niego wchodzić.

To kończę, bo znowu czasoprzestrzeń mi się zagięła, godzina gdzieś zniknęła, aja jeszcze nic nie zrobiłam!

Aha, codziennie mam po 3 – 4 jajeczka. Już nawet Guciowej zawiozłam jajka ze wsi! Jajowato, nie?

admin

4 września 2009

- A bo ja dzisiaj to jestem jednym wielkim wzruszeniem – westchnął z samego rana kolega Darek.

Nie to, żeby się czegoś domagał. Współczucia, na przykład, albo przytulanka. Bo Darek nie z tych. Od razu mnie zszokował tym wzruszeniem.

- Co ci się stało?! – zaniepokoiłam się.

- Nie wiem. Tak się obudziłem…

- I od razu byłeś wzruszony?

- No.

Pięknie!  A teraz Darek stoi za moimi plecami i groźnie mówi:

-Mariola!

Udaję, że nie słyszę. Darek znowu wzdycha.

- Wiesz co? Ja mam tylko dwa wyjścia: albo się do ciebie nie odzywać, albo pisać swojego bloga.

Darek musiałby pisać swojego bloga, bo uważa, że w moim jest tylko 3/4 prawdy. Niby tak było, ale jest inaczej.

- Bo my inaczej świat widzimy - tłumaczę mu. - A ty, jak dziś jesteś taki wzruszony, to być może właśnie widzisz świat tak, jak ja na co dzień! Więc patrz Dareczku, patrz!

No i Darek zrobił lekką awanturkę, że z tymi duchami inaczej było. Nawiązał do wpisu, kiedy to pisał raport o duchach i miejscach nawiedzonych, a Szef go dorwał i zapytał:

- Kiedy ja te duchy zobaczę?

- I ty napisałaś, że ja długo nie mogłem dojść do siebie! – wkurzał się. - A wcale tak nie było! Powiedziałem, że przed piętnastą je zobaczy!

No dobra, biję się w piersi.

A teraz mam wyrzuty sumienia, że z porannego wzruszenia Darka niewiele zostało. W takich chwilach chce mi się krzyczeć:

- Niech mnie ktoś powstrzyma na Boga, nie mnie ktoś powstrzyma!

admin

15 lipca 2009

Dobra, miało być z grubej rury i radośnie. Tymczasem, kurde, cienkim głosem pieję. Właśnie się dowiedziałam, że mam wątrobę. W nocy ta wiadomość przyszła. Nigdy nie wierzyłam matce i Guciowej, że coś takiego istnieje. O żesz! Nieprzespana noc, to pikuś. Właśnie przyszłam do redakcji i jako pierwszych spotkałam Szefa i Krzysiaczka. Kazałam im się oglądać, czy nie mam plam wątrobowych! Ponoć nie mam. Uff! Ale jestem na ścisłej diecie: sucharki i niegazowana mineralna. O, ja biedna!

Od wczoraj mam filozoficzne przemyślenia na temat mimowolnych zaburzeń komunikacji słownej. Brzmi nieco skomplikowanie, ale i temat nie jest taki prosty, jakby się wydawało. Oto, na przykład, przygotowywaliśmy do gazety raport o duchach. O miejscach, w których coś starszy, ludzie siwieją, jęki słychać i takie tam. „Coś tam coś tam” – jakby powiedziała posłanka Kruk. Rozgrywającym raport, czyli trzymającym wszystko w kupie, był kolega Darek. No, i Szef go dorwał i pyta:

- Kiedy ja te duchy zobaczę?

Kolega Darek długo nie mógł po tym pytaniu dojść do siebie.

Z kolei na świętym zebraniu redakcyjnym Zbysio opowiadał o swym ostatnim artykule.

- Chodzi o te pasożyty w piaskownicach - rzucił z przejęciem.

- To się dzieci nazywa – warknęła pod nosem Justyna, która w ciąży będąc, wszystko odbiera osobiście.

Tymczasem Zbysiowi chodziło o glisty.

Wczoraj zadzwoniła do mnie Wiola, która musiała się mocno trzymać krzesła, żeby nie spaść ze śmiechu. Otóż podała do Niemiec imiona moich niedawno narodzonych szczeniaczków, jeden to Gringo, a drugi Good Guy (czyli porządne chłopisko w tłumaczeniu). Ale Wioli się pisownia opsnęła i wyszło jej Good Gay. No i zewsząd zaczęły napływać wyrazy szczerego zainteresowania co do właścicielki, która tak… hmmm… oryginalnie nazwała pieska. Wiola zaczęła natychmiast odkręcać to drobne nieporozumienie w obcym sobie języku i z ulgą kończąc  posta na niemieckim forum pozdrowiła z rozpędu wszystkich „dobrych gejów” z całego serca. Na szczęście zostało to przyjęte z dowcipem i zrozumieniem, ale maluch jest już znany na całe Niemcy.

Sami widzicie, że słowo ma potężną moc. Normalnie, coś tam, coś tam!

admin

28 maja 2009

Piszę na gorąco, bo się we mnie gotuje. Nie będę używać nazwisk i stanowisk. Chcę tylko oddać ducha tego, co się dzieje. A nadmieniam, że wzięłam urlop, żeby kończyć książkę. No i gówno, za przeproszeniem. Nie dadzą popisać!

25 maja mieszkańcy Siedlec zauważyli, że na jednej z posesji zabłąkał się młody jelonek. Przerażony, nękany przez psy, samiutki. Powiadomili odpowiednie służby. Dziś mamy 28 maja, jelonek nadal błąka się za ogrodzeniem, a służby… wymieniają między sobą pisma! Przytoczę kilka rozmów, które odbyłam w tej sprawie. Pierwsze pytanie, to oczywiście, co dalej z jelonkiem?

Instytucja pierwsza:

- Nie wiem, właśnie się zaznajamiam z pismem.

- To za ile mogę zadzwonić? Za godzinę?

-… Może po południu?

Instytucja druga:

- To się nic nie da zrobić… To dzikie zwierzę, to nie pod moją jurysdykcją…  Nawet jak go się złapie, to umrze ze stresu… Poszło już pismo do związku łowieckiego… A wie pani… miałem lekki udar… chce pani owieczkę?

Nie, nie chcę, k…a żadnej owieczki!

Instytucja trzecia:

- Jedyne, co mogliśmy zrobić to powiadomić stosowne służby, wysłaliśmy pisma.

(Tu emocje mi puściły, i to jak!)

- A gdyby panu wkręciło jajka w szprychy i lekarz wpierw wysłał pismo do przełożonego, czy może takie klejnoty ruszyć?! Halo! Słyszy mnie pan? Halo!

- … Halo?

Mam otwarty komputer i myśl przewodnią wątku, który dziś miałam kończyć. Jak dotąd nie udało mi się sklecić sensownego zdania. Żałuję, że nie mieszkam w Ameryce. Tam mogłabym zaskarżyć wszystkie te służby za utrudnianie w pisaniu bestsellera. Ot, co! A tak siedzę tylko i  myślę o jelonku.

O, proszę, zadzwoniła Tereska z Kuriera Mazowieckiego. Ustaliła, na której posesji jest jelonek. Cytuje mi, co powiedział jeden z fachowców, którego zresztą już tu zacytowałam:

- Oj, jak mu wodę podają do picia, to już go nie można ruszyć. Bo jak się oswoił, to przepadnie w lesie…

Ręce opadają.


FireStats icon Działa dzięki FireStats