Archive for the 'redakcja' Category

admin

20 maja 2009

Pisałam już o swoim załamaniu, które nadeszło wraz z informacją, że zdjęcia Madonny są retuszowane. Że bez retuszu wygląda fatalnie. Koniec świata! Ja naprawdę wierzyłam, że ona jest jeszcze taką laską. Przyznam, że na duchu mocno podupadłam.

Ale, pan Bóg mnie kocha! Wyobraźcie sobie, że oko w oko stanęłam z Agnieszką Fitkau-Perepeczko. I znowu świat stał się piękny. Widziałam żonę Janosika bez komputerowego retuszu i normalnie padłam z wrażenia.

Zapamiętam to spotkanie długo. Lubię ludzi bezpretensjonalnych, życzliwych, otwartych, mających poczucie humoru i dystans do siebie. Odkrycie, że taka właśnie jest Agnieszka Perepeczko było w pierwszej chwili… zaskoczeniem! Nakarmiona bzdurami z portali plotkarskich naprawdę spodziewałam się kogoś innego…

Cieszę się, że ją poznałam. Nawet sobie nie wyobrażacie, jaką jest normalną, ciepłą osobą. I wielką gadułą uwielbiającą się śmiać.

I wiecie co? Wygląda niesamowicie! Co tam, Madonna

Młodzież – jakby powiedziała pani Agnieszka.

Sama nie ukrywa swojego wieku, strzela nim po oczach, aż miło. ALE JAK ONA WYGLĄDA!!! Normalnie, laska!

Zrobiło mi się miło, bo postanowiła zamieścić wywiad, który z nią przeprowadziłam, na swojej stronie. Możecie go tu przeczytać.

Wywiad na stronie Agnieszki Perepeczko

admin

12 maja 2009

Pytacie, co z kurczakami… To są jakieś cholerne orły, a nie kury. Fruwają. Ale są słodkie, jak piją. Dziubkami tak robią: gul gul gul..

Rzadko teraz piszę, bo przecież ślęczę na książką. A poza tym, jak zwykle się dużo dzieje. Pozwólcie, że pójdę na łatwiznę i podetknę Wam linki, z których się dowiecie szczegółów. Chodzi o gokartowe grand prix.

GALERIA ZDJĘĆ

Kliknij i przeczytaj artykuł w Tygodniku o Grand Prix

Aha! Witam Czytelnika z AUSTRALII!

Za niedługo się odezwę znowu.

admin

6 maja 2009

Sensacja wybuchła rano, gdy tylko przyszłam do redkacji pierwszy dzień po urlopie. Coś mi się w krajobrazie pokoju zmieniło. Kurde! Szklanek nie ma! (patrz wips „Milczenie szklanek”). Chwytam za telefon.

Justyna! Ktoś wypieprzył szklanki! – drę się podekscytowana, używając jednak bardziej dosadnego określenia, niż tutaj przytoczone.

Nie! – równie entuzjastycznie odpowiada Justyna.

Nagle za moimi plecami odzywa się Tomuś.

Mariolciu, to ja… Bo ja chciałem je umyć, ale tam już takie glony były, jakieś wodorosty, algi chyba. No i wyrzuciłem.

Ucałowałam Tomcia z dubeltówki.

Prawdziwy mężczyzna jesteś, wiesz?! No, facet!

Tomuś błysnął z dumą zębami, ale zaraz się stropił.

A może to komisyjnie trzeba było, wiesz, z jakimś protokołem… No, że uległy zniszczeniu. Może będą mieli pretensje?

Uspokoiłam go, że zrobił dobry uczynek niewątpliwie, a Szef mojego bloga nie czyta, więc nawet nie będzie wiedział o tym bohaterskim czynie. Tomuś już bez przeszkód pławił się w glorii sławy i chwały.A pokój jakiś pusty się zrobił bez tych glonów…

* * *

Dominik to ratownik medyczny, który wrócił z 3 zmiany w Afganistanie. Sympatyczny bystrzacha. Przyniósł zdjęcia, opowiedział o pobycie w Afganistanie. Był obecny przy tym fatalnym wybuchu z 20 sierpnia, w którym zginęło trzech polskich żołnierzy. Pierwszy udzielał pomocy temu jednemu, który przeżył.

Weź gębę – od razu radzę Justynie, aby zrobiła Dominikowi zdjęcie i użyła go do swej rubryki, w której różni ludzie wypowiadają się na różne tematy.

Justyna się spłoniła, bo „daj mi gębę” to przecież nasz wewnętrzny redakcyjny żargon i przy ludziach tak nie przystoi mówić. Zwłaszcza tych, na których gębie jej zależy. Chcąc zatrzeć złe wrażenie, cyknęła fotkę i uśmiechnęła się promieniście do Dominika :

Da mi pan swój telefon?

Ale ja jestem żonaty – ostrzegł Dominik lekko spłoszony.

Mało nie pospadaliśmy z krzeseł ze śmiechu.  A gdy się wyjaśniło, że Justyna jest szczęśliwą mężatką bezgranicznie zakochaną w Bogusiu, Dominik odetchnął i zdobył się na pożegnanie w stylu Casanovy:

Jestem zonaty, ale nie martwy!

I świetnie. Telefon do Dominika mamy.

* * *

Zbysio przyniósł w telefonie zdjęcia szczupaka. Bestia ma metr długości, waży sześć kilo i została złowiona w miejscu, w którym nie powinno jej być.

A ja wiesz, w gumowcach stoję, nowa wędka, rozumiesz, a on mi sru! świecę taką, nie? Z kołowrotka drzazgi lecą, ja cały mokry! – opowiada Zbysio żywo gestykulując, nieświadom, że za jego plecami stoi szef, też wędkarz.

Szef chciał coś powiedzieć, ale posłuchał i zrezygnował. I wyszedł. Potem tylko mu się wyrwało:

Strasznie mnie stresuje tymi opowieściami o szczupaku…

A Zbysio dodawał szczegóły:

Wiecie, niosłem go tak przed sobą. Wysiadłem jeden przystanek wcześniej, żeby sobie z nim tak dłużej iść. A wszyscy takie gały! Chciałem zahaczyć jeszcze  z nim nad Zalew, ale zrezygnowałem. Teraz sam nie wiem czemu.

Szczupak został złowieony w rzece Liwiec, w miejscu, w którym Zbysio w gumowcach przechodził. To taka informacja dla innych wędkarzy, których zapewne tą historią zestresuję. Sorry.

admin

2 kwietnia 2009

Ale z nas świnie! Normalne świnie bez współczucia, mówię wam. Taką mam refleksję po wczorajszym spotkaniu. A drugą: że marzenia spełniają się czasem w dziwny sposób. Jak to z kurnikiem

Koleżeństwo przyjechało wczoraj do mnie na pieczone jabłka. Już podczas powitania mało nie zamordowałam Piotrusia. Ubrałam się bowiem w moją odlotową koszulkę z psychopatycznym klaunem. Nie da się jej opisać. Ma na froncie wizerunek mocno rozczochranego klauna z psychodelicznym uśmiechem, podnoszącym włosy na głowie. Czasem używam tej koszulki jako piżamki. Gdy Bachor widzi mnie w niej o poranku, dostaje konwulsji ze śmiechu i twierdzi, że ma potem wybitnie udany dzień. Podobno ja i wizerunek na koszulce jesteśmy rano bardzo podobni. No więc wczoraj, na powitanie, wyskoczyłam przed Piotrusia i gestem ekshibicjonisty obnażyłam się, pokazując klauna na klacie i uśmiechając się tak samo jak on. Wrażenie było chyba piorunujące, bo Piotruś nagle przymknął oczy, położył rękę na sercu, zaczął urywanie oddychać i wydawać z siebie dźwięki:

Eee, yyyy, aaa…

Koleżeństwo udzieliło mi nagany, bo Piotruś nie mógł się śmiać.

Nie mogę się śmiać, kichać i smarkać – powiedział cały zbolały. – I muszę mieć fotel z oparciem.

A wszystko przez jego obrażenia. Piotruś robił z tych obrażeń wielką tajemnicę, ale dopytywałam się o nie tak długo, aż zrezygnowany opowiedział, jak się ich nabawił. Ryczeliśmy ze śmiechu do łez. Normalnie świnie z nas, zupełnie pozbawione współczucia.  A potem Darek zauważył, że Piotruś opowiada o obrażeniach tak, jak kiedyś nasz redakcyjny kolega Zbysio, któremu tak skutecznie zasugerowaliśmy, że już umiera, że poszedł na długie zwolnienie… No, mówię, że świnie z nas okropne. I znowu ryczeliśmy jak bobry, a Piotruś był na granicy śmiertelnego zejścia.

Koleżeństwo było wczoraj świadkiem, jak perfidnie spełniają się marzenia. Otóż marzę o ślicznym kurniczku, w którym chcę trzymać ze 4 kurki na prawdziwe jajka. Rozumiecie: rano do kurniczka, potem na patelenkę, dodać szczypiorku z ogródka, i takie tam… Miodzio! Zadzwoniłam do Tomaszka, z którym zalewaliśmy fundamenty pod mój dom (tzw. złota rączka), pytając, czy zbuduje mi kurnik. Tomaszek pomyślał i mówi:

Dziadek ma taką budę, gołębie w niej trzymał, to ci przywiozę. Nadaje się na kurnik.

O mało mnie zemdlałam ze szczęścia, że moje marzenie ma się spełnić tak szybko! Ot, zaraz przyjedzie kurnik!

Kurnik przyjechał. Reakcje koleżeństwa były zgodne.

Na Hiltona nie wygląda – krytycznie ocenił Darek.

Jakaś gospodyni cieszy się, że pozbyła się takiego Gargamela z podwórka i to przed świętami – dodała Justyna.

Tylko Piotruś (na którego zawsze można liczyć, nawet jak jest obolały!) powiedział pocieszająco:

Oj, zasadzisz sobie taką bylinę, ona szybko go zasłoni.

Tu podał nazwę byliny, której za cholerę nie mogłam zapamiętać. Brzmiało jak timbuktu. Co spojrzałam potem na niehiltona, to pytałam:

Co mam tam zasadzić? Trupelozę?

Piotruś przymykał oczy, kładł rękę na sercu, dyszał i wydawał te swoje „eee, yyy, aaa”. Darek wpadł na to, że to timbuktu brzmi podobnie do czegoś, co było na jachcie i pod czym podobno siedziałam. Tłumaczył, że to coś służy do podnoszenia czegoś innego (nigdy nie zapamiętam tej żeglarskiej terminologii).

A ja to podnosiłam? – wolałam wiedzieć, czy miałam do czynienia z tą trupelozą czy timbuktu.

Nie, ty sterowałaś – stwierdzili zgodnie chłopaki, a Piotruś znowu zaczął wydawać te dźwięki na przydechu. (O moim sterowaniu już pisałam na blogu).

Piotruś czasem zagląda na bloga, więc mam nadzieję, że napisze, co mam zasadzić i pod czym siedziałam, to będziecie wiedzieli.

Dziś od rana oglądam mój niehiltonowski kurnik i zachodzę w głowę, jak go upiększyć. Nie wiem, czy sama trupeloza wystarczy. Na razie, na wszelki wypadek, wstrzymam się z marzeniami.

admin

18 marca 2009

Wczoraj Szef nam przypomniał, że zaraz jest prima aprilis i potrzebny nam jajowy primaaprilisowy tekst. Ha! Musimy być ostrożni. Niestety, „Tygodnik Siedlecki” dla wielu czytelników jest po prostu wyrocznią, więc z tych jajcarskich tekstów, bywa, wychodzą niezłe jaja.

Wiele lat temu gazeta napisała na prima aprilis, że z cyrku, który odwiedzał Siedlce, uciekł krokodyl. Gad miał tu wielkie szanse na przeżycie i przemieszczanie się rzeką Muchawką i Liwcem, informacja brzmiała bardzo wiarygodnie. Gdy tydzień później odwołano stan zagrożenia krokodylim primaaprilisowym żartem, do redakcji zgłosił się rolnik. Wściekły jak diabli! I od progu straszył procesem i wielkim odszkodowaniem. Bo tak się przestaraszył grasującego krokodyla, że nie wychodził karmić świń, które starciły na wadze i były na granicy wycieńczenia. Ups.

Kolejny dowcip miał jeszcze gorsze skutki. Gazeta zamieściła portret pamięciowy gwałciciela, który w okolicach pewnego lasu czaił się tylko na panów. Nie molestował pań, ino tę męską płeć. Portret pamięciowy ukazywał twarz strasznego brzydala, który nie miał się prawa urodzić z tak rażącą nieprzystojnością. Po prostu z księżyca wzięty. No i masz ci los! Zdesperowani panowie wzięli i złapali domniemanego gwałciciela, bo podobny do portretu był. Bęcki mu spuścili i powiadomili zaskoczoną policję. Ups.

Innym razem napisaliśmy o grupie Wolna Inicjatywa Erotyczna, która szukała lokalu na swój bal. Specyfiką imprezy miało być to, że uczestnicy balu od początku do końca mieli bawić się nago. A Siedlce od wieków są miastem tzw. kościołowym, czyli wpływy duchowieństwa na życie społeczno-polityczne jest tu ogromne. I jak tu pod nosem księży biskupów taki świński bal zorganizować? (W dodatku wtedy rządził ZChN i oficjalnie mówiło się nawet o świadectwach moralności dla nauczycieli.) Do restauratorów wydzwaniał nasz Piotruś i jako szef Wolnej Inicjatywy Erotycznej był bardzo przekonujący. Tak bardzo, że lokalu nikt mu nie chciał wynająć. Gdy to opisaliśmy, odezwał się do nas bardzo fajny wójt i zaproponował, że ugości WIE w swojej gminie. Kiedy mu wyjaśniliśmy, że to był żart, był  niepocieszony. Ups.

Sami widzicie, że żart na prima aprilis, to wielka odpowiedzialność. Dlatego siedzimy i dumamy z pewną doza ostrożności. A może wy macie jakiś pomysł?

admin

10 lutego 2004

Testosteron niemal doprowadził nas na skraj załamania nerwowego.  Redakcja była wczoraj bliska eksplozji. Chodziłam i pytałam, kto ma „Testosteron”.

Nie mam! – wybuchła Justyna, podejrzewając jakąś intrygę z mojej strony. – I mam na to dowód, badania robiłam!

Okazało się, że ma dużo estrogenów, ale nie o to mi chodziło. Darek zapytany wprost, powiedział ze stoickim spokojem

Chyba mam.

To pożycz! – ucieszyłam się.

Nie – odpowiedział spokojnie.

A to podlec! Wyobraźcie sobie, że wpierw domagał się zwrotu płyty Roberty Flack!

Nie mogę, zasypiam przy niej co noc – gładko skłamałam, bo myśl, że mam rozstać się z tą płytą wywołała prawdziwy egzystencjalny ból.

Darek, niestety, jest asertywny, jak cholera. Po oczach widziałam, że „Testosteronem” się nie podzieli jak Robertą Flack. Egoista! Na szczęście do posiadania „Testosteronu” przyznała się Anetka. Ale radość była przedwczesna, bo dziś przyznała ze skruchą, że chyba już ktoś od niej pożyczył.  To nie ja! Mam jej „Idiotę” i słowo honoru, jutro jej przyniosę. Przy „Idiocie” nie zasypiam.

Dziś rano Piotruś miał znowu zły humor. Namawiałam go, żeby się napił.

Nie będę pił – warczał.

A można ci jakoś pomóc? – dociekałam.

Nie, bo świata nie można zmienić – westchnął patetycznie.

Napij się! – powiedziałam bardzo dobitnie po krótkim namyśle.

Justyna stworzyła dziś nową jednostkę kabaretową. Mówiła coś o Kabarecie Młodego Niepokoju. Kolega Darek zaoponował. Okazało się, że to Kabaret Młodszych Panów. Dotarło do mnie, że w ogóle nie oglądam kabaretów. Ale, założę się, że Piotruś też nie. Tylko jemu może by się to przydało w ramach terapii śmiechem. Skoro nie chce się napić… Polecam mu jeszcze „Testosteron”. Ale tu asertywny Darek może stać na przeszkodzie. I tak koło się zamyka. Na plusie jest tylko Justyna, której nadmiar estrogenów nawet dobrze robi, bo wcale się nie przejęła tym młodym niepokojem. I tak dochodzimy do oczywistego wniosku: wszystko przez Darka!

Zawsze przez kogoś musi być.

admin

4 lutego 2009

To ja wam zacytuję, co mam przed oczyma. Znaczy obok oczu, bo tuż przy moim komputerze jest kącik herbaciany. Nad stertą zapleśniałych szklanek wisi kartka.

„KOLEŻANKI/KOLEDZY!

We wtorek, 30 września, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów w tym pokoju zostały umyte szklanki. Proszę, aby nie nadużywać cierpliwości myjących. (JJ)”

Podpis sugeruje, że szklanki umyła, a kartkę powiesiła Justyna.

Szklanki zawsze myła pani Majka, sprzątająca redakcję. Problem pojawił się, gdy nowa pracownica biura ogłoszeń zostawiła pani Majce kartkę: „Proszę myć dokładniej szklanki”. Pani Majka poszła do Szefa i zaprotestowała, że mycie szklanek nie należy do jej obowiązków, a czyniła to tylko dlatego, że nie mogła patrzeć na ten syf. Może tak się nie wyraziła, ale pewnie to miała na myśli. Szef jej przyznał rację i teraz pani Majka jednak musi patrzeć na ten syf, bo nikt szklanek nie myje.

Na wszelki wypadek zaopatrzyłam się w szklaneczkę z napisem Mariola. Wszyscy wiedzą co to znaczy: WON od tego kubka!  Też potrafię wyhodować penicylinkę, a jakże, ale to moja penicylinka. No i tu przypomniał mi się kochany Marcin Wroński, który sprawdzając mój charakter zażądał wyznania:

Mariolu, ale powiedz, czy ty jak pracujesz to też robisz sobie kawę albo herbatę bez zbędnego szorowania szklanki po poprzedniej kawie?

Cóż, wtedy szklanki myła nam jeszcze pani Majka, więc tylko mruknęłam coś enigmatycznie, aby nie stracić wizerunku pisarki, która jak pisze, to co tam czyste szklanki. Teraz nie muszę już mruczeć.

Piszę o tym bo mam dyżur w redakcji, nikogo nie ma, tylko ta sterta zapleśniałych szklanek, które nastawiły mnie refleksyjnie.  I jakoś nie mogę się zdobyć na równie heroiczny gest, jak Justyny z  30 września minionego roku. Szef najwyraźniej postanowił w sprawie szklanek nie ingerować, zakładając zapewne, że jesteśmy dorośli.

Kochana pani Majko! Dla nas, w pokoju dziennikarzy, to szklaneczki były cymesik! A z biurem ogłoszeniem nie mamy wiele wspólnego!

admin

6 stycznia 2009

Nie wszyscy są przytomni w tym Nowym Roku. Taki Tomaszek, na przykład. Wchodzi do redakcji, staje jak wryty i patrzy na mnie i Justynę.

Myślałem, że jesteście na kajakach – mówi zdumiony.

My patrzymy zdumione nie mniej.

Chodzi ci o narty? – pytam w olśnieniu.

Właśnie! – z triumfem krzyczy Tomuś, że jednak coś mu się wydawało właściwie, tylko pory roku nie zauważył.

A już myślałam, że on tak o naszych butach – bąknęła Justyna z pewną ulgą.

A Tomuś potem się zamyślił i już tak zamyślony pozostał do końca dnia.

Podczas mojej nieobecności (urlop) w redakcji działy się rzeczy ścinające krew w żyłach. Wszyscy poszli na badania mianowicie. Serca. Wyniki wypadły, że tak powiem blado.

Część kolegów patrząc na wykresy od razu wzięła zwolnienia – poinformował mnie Darek skrupulatnie.

Na dzisiejszym zebraniu panowie się ofiarnie licytowali na punkty.

Ja mam 13 – Szef zrobił minę pokerzysty.

Ja 12Piotruś utrzymał konwencję gry i rzucił przez zęby niczym „sprawdzam”. – Zbychu też.

Też?! – ożywił się Szef.

Nic nie rozumiałam. Aż przyszły moje wyniki, bo badania musiałam zrobić dziś rano.

Mam 5! – walnęłam potem po oczach.

Okazało się, że im mniej punktów tym lepiej, więc jasne już, kto w razie potrzeby będzie w redakcji nosił worki z cementem. A swoją drogą: chłopy młode, jak dęby, więc jakim cudem uzbierali tyle punktów?! Potem za nimi niewiele już jest. W tej skali, oczywiście.

Rozkręciłam się i muszę popytać, czy będą jakieś jeszcze badania. Na razie mam pewność, że w przyszłym tygodniu na stoku to na serce nie zejdę, jakby co. Na tę okoliczność (stoku) kupiłam właśnie śliczną kurtkę narciarską.  Leży tuż przy mnie i psy po niej depczą. Specjalnie. Żeby nie wyglądała na taką nową. No bo to kicha, żeby baba po czterdziestce dopiero uczyła się jazdy na nartach! Przynajmniej kurtka będzie wyglądała na doświadczoną. No, taki mam tok myślowy.

Troszkę mam obaw, ale pewną pociechą jest te „5” z dzisiejszych badań. W razie kryzysu będę to sobie powtarzać jak mantrę:

Pięć! Pięć!

Zawsze to jakaś pociecha. Że przynajmniej w jednym mi się udało.

admin

4 stycznia 2009

Ooooo raaanyyy! Koniec laby. Jasna cholera! A było tak fajnie…

Laba przerwała mi się chwilowo w piątek. Pojechałam do redakcji, by na miejscu płodzić raport o karnawale – jak, gdzie i w czym można go spędzić w Siedlcach. I to był dzień wielkiego poczucia winy. Pierwszy cios w serce otrzymałam od Krzysia, który wdzięcznie i niewinnie stanął w drzwiach i zapytał słodko:

Masz coś dla mnie?

Oczywiście chodzi o niusy na stronę powiatową.

Przyznałam, że nie mam, bo od świąt byłam na urlopie. Ale serce mi zakrwawiło, bo odmawiać komuś, kogo się kocha szczerze, to ból wielki. Tym bardziej, że dla Stasia (drugi sekretarz redakcji odpowiadający za część magazynową) jednak pisałam, no nie?

Potem przez redakcję przeleciał jak błyskawica Szef. Omijał mnie wzrokiem. Rozumiem. Jak mogłam wziąć urlop i to w tak pogiętych pod względem składania gazety dniach? No to ja też unikałam kontaktu wzrokowego i udawałam, że mnie nie ma. Ale poczucie winy gniotło niemiłosiernie.

Dobiła mnie Justyna, która przysłała mi na gg zdumione pytanie:

Co ty tam robisz????

Justyna też wzięła urlop, ale była na tyle mądra, by nie narażać sumienia nagłym wypadem do redakcji.

Kurde! Nie mogę rozpoczynać roku od poczucia winy! Tym bardziej, że obiecałam sobie, że wrzucę na luz. Jeszcze w styczniu jadę na narty, na przykład. To jedno z postanowień noworocznych. Drugie, to odwiedzić Anię z Sanoka. Nie w styczniu, bardziej w lato chyba. (Guciowa też się napaliła, więc chyba razem wpadniemy do Sanoka). Trzecie – to cudnie się bawić na wystawie psów w Gdyni: z moją Wiolcią, kochaną Basią, Kasią  (sędzią od terierków), z chłopakami: Jacusiem i Piotrem, z Jadwigą od seterów, Elą i Marcinem, z Janeczką. No i czwarte – dokończyć drugą książkę. (Oj, tu to od poczucia winy chyba się łatwo nie wymigam: ciągle piszę za mało!).

A podsumowując miniony rok to, kurde, jestem chyba na plusie… Najważniejsze, to moi Nowi Przyjaciele! Marcin Wroński, Martusia Kucharz z Red Horsa, Ania z Sanoka. No i moje kochane Literatki!

Acha, zakupem roku okazała się zmywarka. Ludzie! Jak ja mogłam bez niej funkcjonować? Przebiła nawet mój traktorek kosiarkę.

Oj, i nie wiecie jeszcze jednego… Kiedyś pisałam, że Tinę to chciałam adoptować, tak ją pokochałam, gdy była u mnie rok temu na praktykach przy koniach. Ale, że ma mamę, to jakoś głupio było… No i wyobraźcie sobie, że Tina i Bachor pokochali się w tym roku jak wariaty! Adopcja poprzez Bachora okazała się łatwiejsza. Ale, sami widzicie, że 2008 był cholernie dobrym rokiem!

admin

17 grudnia 2008

Nienawidzę świąt i chcę o tym napisać – twardo zadeklarowała Milenka na świętym zebraniu redakcyjnym.

Szef spojrzał zdziwiony.

Przecież wszyscy dostają pierdolca, latają,  wydają pieniądze, a żrą się i robią awantury w domu, że hej. Nie znam takich co się nie kłócą przed świętami – kontynuowała Milena.

No, fakt – przyznał z oporem szef.

Piotruś z triumfem poparł Milenę.

Myślę tak samo!

Ja też tak myślę i przez cały wywód Mileny biłam brawo (niestety tylko ja jedna). Piotruś zgłosił potem temat o babie, która nie wie czego chce i powołuje się w sądzie na pisma Zygmunta Augusta.

Ja bym tego nie bagatelizował Darek powiedział to jak zwykle ze śmiertelną powagą.

A potem pokłóciliśmy się już po zebraniu o Murzynka Bambo, tego z elementarza. Coś tam Bono gderała o Murzynach i się wkurzyłam, że Murzyn, to co? Rasistami są czy jak? A oni, że Bambo na palmie siedział jak małpa.

A ty na jabłonce nie siedziałaś? – wkurzyłam się. – Murzyn  na palmie, a Polak na śliwce. I o co chodzi? Dlaczego zaraz jak małpa?

Bono powiedziała, że nigdy nie siedziała na jabłonce. Dziwne. Każdy siedział chyba, no nie?

No i zeszło na elementarz, że to on nas już rasizmu uczył.

Mnie nie nauczył – przekonywałam.

Ale Piotruś mnie dobił:

Na pewno masz rasizm  nieuświadomiony. W podświadomości ci siedzi i wcale nie musi mieć postać Murzyna.

Niestety, więcej wywodów nie słyszałam, bo wyszłam.  Nie ze złości. Bachor czekał. I nie mam podświadomego rasizmu. Bo nawet nie pamiętam, że Bambo siedział na palmie. Tylko taką spódniczkę z trawy pamiętam. Bardzo mu jej zazdrościłam. Więc niech mi nie pieprzą. Rasizm nieuświadomiony! Też coś!

Daliśmy jednak Milenie kolejne argumenty do ręki: nigdy tak się nie kłócimy, jak przed świętami!


FireStats icon Działa dzięki FireStats