Archive for Czerwiec, 2008

admin

28 czerwca 2008

Jestem niepocieszona! Zbiegły mi się dwa terminy: jutro prowadzę VIII Wystawę Psów Także Nierasowych w Siedlcach i dokładnie jutro rozpoczyna się na Służewcu tegoroczny sezon wyścigowy! I na otwarciu nie będę!

Sceny z wyścigów w „Gonić króliczka” są, jak najbardziej z życia wzięte. Elegancki starszy pan, który wprowadzał Jagodę w tajniki wyścigowych gwiazd i łachów, stał kiedyś koło mnie. Miał ślicznie ostrzyżone siwe włosy i ślicznie przystrzyżony siwy wąsik. Kanty na rękawach błękitnej koszuli mogły ciąć papier. Ot, przedwojenna elegancja i wielka kultura.  Zgadzaliśmy się w naszych typach i miło dyskutowaliśmy o ostatnich osiągnięciach faworytów. No i konie poszły. Był to emocjonujący bieg, gdzie nasza wytypowana gwiazda wyraźnie opadał z sił, ale dzielnie walczyła o każdy metr. Pan w połowie biegu zaczął sapać i chrząkać,  jakby przygotowywał się do przemowy. I na ostatniej prostej przed celownikiem wycharczał w ostatecznych emocjach:

- Leć, kurwo, leć!

Kobyłka wygrała, ale zawstydzony pan uciekł z mojego pola widzenia.

Historia z wygraną Jagody, kiedy to obstawiła fuksy na jedyne 2 złote, też była prawdziwa.  Przydarzyło się to mnie. Obstawiałam porządek w gonitwie koni arabskich. Wybrałam konia z padoku, który moim zdaniem był
w świetnej formie. To był chyba Partenon. Dograłam do niego z sentymentu karego importowanego Black Shadow, konia znajomego arabiarza, pana Krzysztofa Goździalskiego. Lubię go i dobrze życzyłam konikowi.  Szłam na galerię bez żadnych przeczuć. Minęłam pana, który mocno zmęczony przysypiał, wybudzając się od czasu do czasu znienacka i wrzeszcząc rozpaczliwie:

- Gdzie ta Mamba?!

Mamba biegła parę gonitw wcześniej, rozczarowując jej wielbicieli. Pan, jak widać, ciągle na nią czekał.

Faworytami w tym biegi byli chyba Waranio i, powiedzmy, Pentagram. I rzeczywiście, to oni dyktowali warunki. Komentator wymienial tylko te dwa imiona, w rożnej kolejności:

- Waranio, Pentagram… Pentagram, Waranio… Waranio… Pentagram…

Na ostatniej prostej wszystkie konie zbiły się w grupę i szły do celownika ławą (praktycznie równo jeden obok drugiego). Tuż przed metą, komentator zdążył krzyknąć:

- Partenon, Black Shadow!

Moje konie wygrały! Oczywiście wydałam z siebie wrzask i zaczęłam tańczyć (jak wygrywam, robię hip-hopowe wygibasy). Pan za mną znowu się ocknął i wrzasnął przewidywalnie:

- Gdzie ta Mamba?!
Przytomność jednak zachował dłużej, bo zauważył, że tor aż huczy od przekleństw po fuksiarskim biegu. Widząc moje tańce, podszedł do mnie i zażądał:

- Pani pokaże bilet, bo ja nie wierzę.

Pokazałam. I wtedy padło sławetne:

- Za 2 złote zagrała! IDIOTKA!

I tu muszę wyjaśnić, że zawsze gram podstawowe stawki. Gram dla samego grania, a nie wygrywania. Kocham typowanie koni, rżę głośniej od nich, jak wygrywają, zakwaszam się, gdy przegrywają. Tradycyjnie zabieram ze sobą na wyścigi… tylko 20 złotych. Muszę się za nie utrzymać. Z reguły, gram cały dzień, potem starcza mi na obiad po drodze do domu i zwraca się za paliwo. Czyli jakoś mi idzie. Pod tym względem, to i owszem, straciłam na wyścigach fortunę. Tę, którą mogłabym mieć, obstawiając  większe stawki. Za porządek Partenon – Black Shadow zapłacono 99 złotych (za moje 2 zł).

Inna sprawa, że gdy stawiam więcej niż 2 zł, zawsze przegrywam.

admin

27 czerwca 2008

Jest takie forum (www.gazeta.pl) dla kobiet piszących. LITERATKI. Nie jest to forum otwarte. Po wydaniu „Gonić króliczka” zostałam tam zaproszona przez koleżanki po piórze. I wiecie co? To są wspaniałe dziewczyny! Od razu kupiłam książki koleżanek z forum i czytam je po kolei. I wpadam w kompleksy przeplecione dumą: znam je! pisujemy razem na jednym forum!

Szczerze, z całego serca polecam wam ich książki. Zacznę od Agnieszki Szygendy, bo jej powieść „Wszystko gra” przeczytałam pierwszą. Książka miała świetne recenzje w opiniotwórczych tygodnikach. To opowieść o zblazowanych młodych mężczyznach, którzy wpadają na piekielny pomysł – prowadzą grę w stylu reality show, zamieszkując razem z nieznanymi sobie dotąd dziewczynami. One są pionkami, gra ma swoje poziomy, które trzeba przejść. Świetna jest pointa. Ale najlepiej przeczytajcie sami.

„Trzy połówki jabłka” Antoniny Kozłowskiej po prostu pozbawiły mnie tchu. Załamałam się, bo mnie nigdy nie udało się przedstawić uczuć w takim nasyceniu, jak zrobiła to Tosia. Książka wżera się w każdą komórkę serca, a sercem właśnie się ją czyta. Powieść niesamowicie oddziaływuje na emocje. Odkładasz książkę i bierzesz głęboki oddech, bo nagle uświadamiasz sobie, że cały czas aż brakowało ci powietrza. Tosia! Jesteś niesamowita! Pisarka prowadzi też bloga, od którego uzależniła się moja przyjaciółka z redakcji: www.drugirazodzera.blox.pl

Karolina Wilczyńska i jej Performens„. Czytałam ją z wielką przyjemnością. Była dla mnie przemiłą niespodzianką. Początkowo znałam tylko fragment powieści przedstawiony na stronie internetowej Karoliny i… nie przemówił on do mnie. Ale, okazało się, że zupełnie nie oddawał klimatu książki i całej urokliwej historii! Karolina miała przewrotny pomysł na swą książkę. Niecodzienna sceneria, mocno krwiści ludzie, zabawne sytuacje, które poruszają w czytelniku czułe struny. Czyta się ją szybko, właściwie połyka. Teraz czekam na jej następna powieść.

„Straszne historie o otyłości i pożądaniu” Anny Fryczkowskiej rzuciły mnie na kolana. To była powieść, przy której podgryzałam paznokcie i w miarę rozwoju sytuacji, z podziwem gadałam do siebie mięsiście:

- O, k…! (przepraszam)

Zazdrościłam autorce pomysłu, zazdrościłam umiejętnego poprowadzenia akcji. Cudownie pokazała, jak żyjący ze sobą ludzie mówią innymi językami, opacznie rozumieją swoje gesty i… cierpią przez to. Nie ma w tej książce ani jednego zbędnego słowa. Jest za to humor, ciepło, wzruszenie. Każde słowo ma swoją wagę. Mistrzostwo.

Na półeczce czekają na przeczytanie jeszcze kolejne książki LITERATEK. Opowiem wam o nich. No, cóż… Nie da się ukryć, że jako początkująca literatka, mam w nich silną konkurencję. To tak w ujęciu rynkowym. Sami widzicie ile razy tu padło: zazdroszczę. Ale to tak w pozytywnym znaczeniu, pełnym podziwu, a nie zawiści. A w ujęciu osobistym – naprawdę się cieszę i jestem dumna, że łączy mnie z nimi forumowa bliskość i sympatia.

admin

25 czerwca 2008

Pewnie nie raz byliście w sytuacji, gdy wszyscy w koło są już dobrze wstawieni, tylko wy (z niezrozumiałych powodów) jesteście trzeźwi jak świnie. Za towarzyszem na fali trudno czasem nadążyć, bo jego tok myślowy jest wielce zredukowany, a słownictwo bywa niespójne. Odkryłam to jednak dobitnie dopiero po lekturze archiwum mojego gadu-gadu.

Na przełomie stycznia i lutego tego roku poszłam na operację przegrody nosa. Okropnie się tej operacji bałam. Jezu kochany, dłubać mi jakimiś narzędziami w nosie! Koszmar! Dzień przed stawieniem się na oddziale laryngologicznym w piżamce i szlafroczku, dawałam się na gg pocieszać mojej przyjaciółce z redakcji, Justynie. Gadałyśmy, za przeproszeniem, o dupie Maryni, byle nie dotykać bolącego, stresującego tematu. Bo ja, od kiedy obejrzałam reportaż, jak zdrowego chłopa z narkozy nie wybudzili, to mam taką fobię: nie wybudzą! No i w końcu nie wytrzymałam i poszłam do lodówki po piwo. Justyna, żebym nie piła sama, poszła po „adwokata”.
Przepijałyśmy smętnie na tym gg i gadałyśmy:

- Ale wybudzą mnie, co?

- Wybudzą. Chyba, że będą się ciebie bali. I na paluszkach będą chodzić, byleś się nie obudziła.

Od razu pożałowałam wszystkich durnych tekstów o niekompetencji lekarzy, na których skarżyli się pacjenci. Idioci, nie pacjenci!

- Ty po operacji dzwoń i się upewniaj. Albo przyjdź i od razu wal! – domagałam się i w nerwach poszłam po drugie piwo.

- Tylko żebyś potem pretensji nie miała – domagała się Justyna.Lepiej sobie zażycz, żeby cię budził przystojny lekarz.

- I gilgał – rozmarzyłam się. A potem oprzytomniałam:- No coś ty! Będę taka nieuczesana!

- To niech i on się potarga! - rozwiązała problem Justyna i dolała sobie „adwokata”.

Po pewnym czasie miałam inne zmartwienie.

- Wykryją jutro we krwi to piwo?

- Jakby co, powiedz im prawdę: na trzeźwo byś na pewno nie przyszła! Niech cię biorą taką, albo wcale!

- Słusznie! – od razu nabrałam odwagi.

I tu zaczęły mi już mocno skakać literki.

- Jesteś gnilna. Zapisze to jesli pzololisz.

Potem padła deklaracja, że „bede pidać ksiazke w szpitalu”, a potem to już mocno się zastanawiam, co autor miał na myśli. Co znamienne, Justyna wszystko w lot rozumiała. Po moim wyznaniu „Jezu, ile jeszcze zreczyn nie odkkrylam na tym siowecie”, stwierdziła po chwili milczenia:

- Dobrze, że sama piję, bo bym cię nie rozumiała. Łatwiej mi czytać.

Następnego dnia byłam już w szpitalu. Piwa we krwi nie wykryli, aczkolwiek wieści się rozniosły i Krzyś zadzwonił z wyrzutem:

- Pijana poszłaś do szpitala!

Wyparłam się, oczywiście.

Po operacji, Justyna i moja bratowa Guciowa dzwoniły, żeby sprawdzić, czy się wybudziłam. Miałam już tampony w nosie, więc niewiele mnie rozumiały. Guciowa stanęła na wysokości zadania i wysłała smsa, dostosowując się do mojej nowej dykcji: „Wiem, sze sieszko si katać , ale nosa si chyba nie tosztuchowali?”

Zadzwonił też Stefano i niewinnie, bardzo uprzejmie zapytał:

- To jaki teraz będziesz miała nosek? Taki franciuski?

Domyśliłam się, że Piotr znowu śmiertelnie poważnym tonem musiał dowcipkować o mojej operacji. Przekonał Stefano, że poszłam sobie skrócić nos. W tym momencie wyglądałam akurat jak mrówkojad. Ale najważniejsze było to, że się wybudziłam! A dziś, zaglądając do archiwum gg, pomyślałam, że nie ma to, jak nadawać na tej samej fali.

admin

20 czerwca 2008

Nadrabiam zaległości. Zaczynam otaczać się maszynami, które w innych domach funkcjonują od lat. Taka zmywarka i mikrofalówka, na przykład. Stwierdzam jednak, że dzieli mnie od nich cywilizacyjna przepaść.

Zmywarka. Pierwszego dnia, po podłączeniu, włożyłam do niej naczynia, a do pojemniczka kostkę z detergentem. Brum, brum, myju – myju, koniec mycia. Zaglądam, naczynka czyste, ale pojemniczek na kostkę otwarty. Tknęło mnie:

- Sam się otwiera, niedobrze. To pewnie pod wpływem wysokiej temperatury.

Powtarzam zaniepokojona mycie. Pojemniczek dociskam mocniej. Po myciu otwieram: pojemniczek znowu się SAM otworzył! Dzwonię do serwisu i zgłaszam usterkę w nowej (!) zmywarce. Opisuję dokładnie skandaliczne zjawisko. Pani przyjmuje zgłoszenie, serwis ma przyjechać za pięć dni. Trudno, poczekam. Ale radość z zakupu diabli wzięli. Dzwonię rozżalona do Stefano i Piotra, którzy kupili zmywarkę miesiąc wcześniej.

- Oj, Piotra nie ma. Ale pitaj, możie ci odpowiem – mówi Stefano z tym pięknym włoskim akcentem.

Za chwilę usiadł ze śmiechu.

- Bo to się musi otwierać. Naszia robi to samo!

OK. Odwołałam serwis. Pocieszam się myślą, że ja, nuworysz, mogłam nie wiedzieć, że pojemniczek musi się otwierać, ale pani pracująca w serwisie?! Przyjęła zgłoszenie i wysłałaby ekipę!

Teraz rozgryzam mikrofalówkę. Udało mi się spalić rybę w sosie koperkowym na funkcji grilla. Trudno. Najgorszy był obiad dla pana Jurka, mojego majstra, który do wczoraj budował mi drugą stodółkę na siano. Pan Jurek jest estetą kulinarnym. Razem z moją mamą wymieniają się przepisami na ciasto i inne cudności, które własnymi rączkami robi, jak, nie przymierzając stodółkę. Gotować dla niego, to właściwie stres. Chciałam mu odgrzać kotleta schabowego. Nastawiłam funkcję odgrzewacza na 9 minut. Złe przeczucia ogarnęły mnie już przy zsuwaniu kotleta na talerz pana Jurka. Bo kotlet… stuknął.

- Eee, pan może sprawdzi, czy dobry - zachęciłam pana Jurka.

Nóż nie chciał się w kotleta wbić, więc pan Jurek spróbował go ugryźć. Nie dał rady. Ze zdziwieniem wziął go w palce i… zaczął stukać o talerz. Stukało jak kamień w porcelankę.

Odgrzałam drugiego, ustawiając na 2 minuty.

- O, miękki - z ulgą ucieszył się pan Jurek.

Taaak… Cały czas sie uczę.

admin

17 czerwca 2008

Pan Marcel i harleyowcy, to postaci niemal prawdziwe. Podczas mojej reporterskiej pracy poznałam chłopaków z klubu motocyklowego w rodzinnych Siedlcach. Długowłosi, dobrze zbudowani i z jajami, jak to się oficjalnie mówi. A przy tym uczuciowi, jak mało kto. I pełni sprzeczności. Jednego dnia wywoływali skandal kąpiąc się na golasa w błocie podczas zlotu w podsiedleckiej wsi, drugiego dnia – obładowani pampersami i pluszowymi misiami odwiedzali Dom Dziecka. Bo tak sobie wymyślili, że będą robić na zlotach zbiórkę pieniędzy na sierotki. I robili. Oczywiście, co drugi, patrzył na pampersy ze zgrozą (zbyt skomplikowana obsługa przerastająca wyobraźnię – jak określił ze szczerą rozpaczą jeden z nich, gdy paczka mu się rozerwała i pieluszki wypadły). A potem, gdy wyszli z domu dziecka, byli tacy jacyś przybici i niemrawi. Smutek dziecięcych oczu po prostu ich dobił.

Zyta. O, to postać prawie mityczna, aczkolwiek… Jest pewna osoba, która z temperamentu i niemal dyktatorskiego charakteru Zytę w pewien sposób przypomina. Chodzi o niesamowicie ruchliwą i przebojową panią doktor psychiatrii i seksuologii z Siedlec. Pani Krysia jest filigranowa, nie zna słów „nie” i „niemożliwe”, a jeśli coś postanowi, to osiągnie to wcześniej czy później. Dokonała rzeczy faktycznie niemożliwej – założyła stowarzyszenie, które wybudowało jedyny w Polsce dom całodobowej opieki dla osób z chorobą Alzheimera. Uwielbiam jej bezwzględny upór i poczucie humoru. Podczas fali upałów, chyba dwa lata temu, chciałam zacytować w artykule opinię seksuologa, jak te cholerne temperatury wpływają na nasze samopoczucie i życie intymne. Pani Krysi temat leżał. Wskazała między innymi na drażliwość wywołaną upałem, przyznając, że jej osobisty mąż, pan Maciej irytuje ją w te koszmarne dni nade wszystko. Pan Maciej to tak cudowny spokojny człowiek, że na koniec rozmowy poprosiłam ją nieśmiało, żeby mu już odpuściła. Odkładając słuchawkę usłyszałam jeszcze niechętne, zrezygnowane westchnienie pani doktor:

- Maciek, Zaczyńska mówiła, żeby ci już dać spokój.

O, tak! Gdyby pani Krysia zamieniła gabinet lekarski na wydawnictwo, byłaby w 100 % Zytą.

admin

15 czerwca 2008

Z przyjemnością zawiadamiam, że do zagranicznych czytelników bloga dołączyli kolejni! Wymieniałam już, że bloga „Goniąc króliczka” regularnie czytają Polacy z Wielkiej Brytanii, USA, Kanady, a ostatnio także z Niemiec. Cyklicznie odwiedzają bloga czytelnicy ze Szwecji, Norwegii, Francji, Danii. Od kilku dni witamy czytelników z Holandii i Irlandii. Wczoraj zawitał czytelnik z …. Australii! Niestety, od jakiegoś tygodnia nie mam wejść z Republiki Korei, a miło było witać tak egzotyczną ikonkę w raportach o odwiedzinach. Tak sobie myślę, że musiał to być turysta, czasowo przebywający w Korei, co?

Jak widzicie, Polacy to niesamowicie ruchliwy naród! I, co cudowne, czytający! Wiecie co? Strasznie Was, moi czytelnicy, kocham! I tych, co wpisują komentarze i tych, którzy tylko czytają. Tak mnie ta miłość wczoraj uskrzydliła, że ruszyłam z kopa z nowym rozdziałem drugiej powieści. Zdradzę, że chodziło o wątek kynologiczny. Na wystawach psich piękności tyle się dzieje! To żywa kopalnia tematów. Także tych śmiesznych.

admin

12 czerwca 2008

Nie słyszę własnych myśli. Panowie kominiarze właśnie instalują wkłady kwaso- i żaroodporne w moje kominy. Najpierw wywalili wielkie dziury w kominach, teraz nad czymś się zastanawiają. Oczywiście, doszłam do momentu krytycznego: a po co mi to było?!

Różne mam doświadczenia z fachowcami. Najbardziej utkwił mi w pamięci pan z polecenia, który remontował moje blokowe mieszkanie. Ja szłam do pracy, on zostawał skrobać, tynkować, malować. Przychodził, cmok w rączkę, przebierał się w robocie ciuchy, wykładał kanapki i zabierał się do roboty. Po dwóch dniach nienagannej pracy przychodzę, a pan fachowiec ledwo się na nogach trzyma. Pijany jak szpak. Furia mnie dopadła. I zaczęła się dsykusja:

- Idź pan do domu.

- Nie, robotę mam.

- Idź pan w cholerę, póki niczym nie rzucam.

- Jeeeszsze nie schońszyłem

Szlag mnie trafił i się rozdarłam. Nie pamiętam, co mówiłam, ale musiałam być dobra, bo nagle pan się obraził.

- Ssschoro tak…

Poszedł do pokoju zbierać swoje rzeczy. Zaczął zdejmować robocze spodnie i gruchnął na podłogę, prezentując mocno opuszczone slipy. No, jeszcze mi tylko jego wdzięków brakowało! Zamaszyście i z ogniem wmaszerowałam do kuchni, bo nic tak nie naprawia kobiecie nerwów jak trzaskanie garami. Usłyszałam tylko, jak fachowiec wytarabanił się na klatkę schodową bez pożegnania. Nie miałam złych przeczuć, dopóki nie usłyszałam dziwnego rumoru na klatce. Wyglądam, a na półpiętrze, dwa piętra niżej mój fachowiec w samych gaciach próbuje założyć wyjściowe spodnie. Jak na złość przeszła jedna sąsiadka, druga, trzecia… Jeszcze nigdy nie byłam tak bliska mordu, jak wtedy.

Mieszkałam w tym bloku od niedawna, ale mój status osoby rozwiedzionej był powszechnie znany. W ułamku sekundy dotarło do mnie, jak to wszystko wygląda. Facet na klatce, w samych gaciach, próbuje założyć spodnie, a ja patrzę na niego z góry z wściekłością. Ani mu pomóc w zakładaniu tych spodni, ani wygonić do domu w samych gaciach. Szach mat.

Fachowiec, gdy mnie zobaczył, z dumą i godnością osobistą zszedł na dół, nadal trzymając spodnie w ręce. Próbę ich założenia podjął przed blokiem. A, że była to pora powrotu ludzi z pracy… Nie wierzyłam własnym oczom. Fachowiec na nieszczęście podniósł głowę do góry i zobaczył mnie w oknie.

- A koszula? – ryknął ze złością.

Nie pyrgnęłam mu jej z góry, chyba się domyślacie, dlaczego. Wezwałam na pomoc znajomego, który stanowczo odwiózł pijanego do jego domu. Ale sąsiadki długo patrzyły na mnie z podejrzanym uśmiechem. Remont dokończył kto inny.

admin

7 czerwca 2008

Uff! Mam blogowe zaległości, ale to dlatego, że bardzo dużo się działo. Za tydzień ukaże się reportaż o moich wzlotach i upadkach (zanim napisałam „Gonić króliczka”) w „Chwili dla ciebie”, a w sierpniowym numerze „Świat kobiety” będę na zdjęciu razem z synem. Mam opowiadać o plusach i minusach wczesnego macierzyństwa. Dla równowagi moja koleżanka Ewa, mama dwuletniego Mikołaja, mówi o późnym macierzyństwie. Jesteśmy już po sesjach zdjęciowych. Było super. Malowali nas, ubierali, fotografowali. Niestety, mnie odziali w spódnicę. I pewnie mnie nikt nie pozna. Ja, w spódnicy! Ewa miała farta, bo wystąpiła w spodniach.

Na planie zdjęciowym wszyscy byli mili. Co za wspaniała ekipa. Pani Lena, Sebastian, pani Anetka… Super ludzie! Z Siedlec do Warszawy wyjechaliśmy z przygodami, spóźnieni o godzinę. Zawinił Artur, mąż Ewy, wzięty ginekolog położnik. Artur ma to do siebie, że zawsze załatwia po drodze po kilka spraw. Ewa z Mikołajem czekali w gotowości i pełnym rynsztunku w domu, a ja z Karolem zabieraliśmy się razem z Arturem z przychodni.

Przez pierwsze 10 minut czekania na Artura pod gabinetem, zadzwoniłam do niego z ponagleniem tylko raz. Przez kolejne dwadzieścia dzwoniłam co dwie minuty, a Artur o dziwo odbierał skruszony i pokrzykiwał:

- Już, już…

Ewa dzwoniła do mnie, bo chyba podświadomie wolała oszczędzić ojca swego dziecka od mordu, który miała w glosie i zapewne w oczach.

Po 40 minutach Artur wyszedł z gabinetu, złapał mnie za łokieć i truchtem dobiegliśmy do samochodu. ten pośpiech mnie nieco uspokoił.

- Żałuje i stara się – pomyślałam z satysfakcją.

- To jeszcze tylko fakturkę. Trzy minutki! – powiedział niejasno i po kilku minutach jazdy zatrzymaliśmy się pod jego biurem.

Tam dzwoniłam co minuta, ale nie odbierał. Przestałam, gdy zauważyłam, że jego z wyłączonym dzwonkiem telefon leży na siedzeniu kierowcy. Wkurzona pobiegłam do biura.

- Gdzie Artur?! – zapytałam strasznym głosem jego wspólnika Pawła.

- Tam!Paweł pokazał palcem schody na piętro.

Przytomny człowiek! Nie zadawał pytań, wolał się pozbyć mnie z gabinetu natychmiast.

Artur stał pochylony nad komputerem i gadał z młodym człowiekiem. Zaczęłam go okładać pięściami po plecach, ale że to wielki chlop, to nawet nie zadudniło. Zadzwoniła Ewa.

- Gdzie Artur?! – (skąd ja znam to pytanie)

- W biurze. Biję go! – wysapałam uczciwie, bo w furii to mi już wszytsko jedno.

Ewa ożywiła się nagle.

- Widzisz go?! – wrzasnęła nagle szczęśliwa.

- Mam go przed sobą!

Artur cały czas gadał z młodym człowiekiem. Szybko wyrzucał z siebie słowa, a młody człowiek był mocno zestresowany.
- Nie puszczaj! Nie puszczaj! – krzyczała Ewa. – Nie trać go z oczu!

Ha! Wczepiłam się w koszulę Artura jak harpia. I tak doszliśmy do samochodu. Pojechaliśmy po Ewę. Artur przezornie poganiał nas:

- No, szybciej, szybciej, jesteśmy spóźnieni.

Że on jeszcze nie zginął z ręki swojej świętej żony!
Na planie wyciął podobny numer. Miał być obecny podczas sesji z Mikołajem, bo mały dziedzic przy nim się uspokaja i wpada w szampańskie humory. A wszyscy chcieli, żeby dziedzic śmiał się od ucha do ucha. Gdy malowali Ewę, Artur wyskoczył „na pół godzinki”. Po godzinnym boju z Mikołajem („pajączek, tygrysek, pajączek” – wołał zrozpaczony fotograf machając rękami jak pacynka), pani Lena (producent) poprosiła o numer do Artura i zadzwoniła po niego.

- Już podjeżdża – westchnęła z ulgą.

Spojrzałyśmy z Ewą na siebie. To, co było w jej oczach, miało temperaturę palonego napalmu. Po pół godzinie sama zadzwoniłam do Artura.

- Jestem w Aninie – powiedział niewinnie. – Będę za 15 minut.

Artur dojechał grubo po sesji swego syna i żony. Kończyła sie właśnie sesja ze mną i Karolem. Najzabawniejsze jest to, że Artur ma taki urok osobisty, że wszyscy mu wybaczają te dzikie poślizgi. Wystarczyło, że się uśmiechnął, a cała ekipa zapomniała o nerwach, pajączkach i tygryskach. W zgodzie spałaszowaliśmy pizzę dowiezioną na plan. I wróciliśmy do domu. To była fajna przygoda. Z Arturem też.

admin

1 czerwca 2008

Kolorytem każdej wioski są wiecznie pijani starzy kawalerowie. My, na Smoczym polu, też takich mamy. Na szczęście „nasze kawalery” to chłopy z fantazją i kulturą, co najwyżej upierdliwe są. Jak choćby pan Roman. Ot, leży kiedyś pod moją bramą, na samym zakręcie, i śpi. Rower leży obok. Na dobrą sprawę można go przejechać i nie zauważyć. Budzę go litościwie. Pan Roman zrywa się, staje na baczność, mruga oczami i widać, że poznaje. Błogo się uśmiecha.

- Siękuję, sze mie pani obuziła – bełkocze kłaniając się sztywno. Bierze rower i odchodzi. Pełna kultura.

Innym razem przyszedł interweniować w sprawie Burka. To terierowaty kundel, który nienawidzi pijanych. jak poczuje promile, gryzie.

- Ja w spr…sprawie Frania – zaczyna Roman.

- Burka – poprawiam, bo słyszałam już jak Roman z Franiem, czyli z Burkiem gadał.

- Frrranio wyskoczył przez płot… jjjjakem jechał na rrrofesze. Dogonił mnie po…po…pod moją stodołą i ugryzłRoman podwija nogawkę. Na chudej jak patyk, białej łydce widać ślady psich zębów.

Ups. Niedobrze. Nie dość, że Burek chapnął nieźle, to jeszcze afront zrobił. Gryźć Romana pod jego stodołą?! Nie wiem, co powiedzieć, tym bardziej, że Roman na interwencję też przyszedł pijany i Burek patrzył na niego łapczywie.

- Pani Mmmmaryjoolko… Szy bęzie pppani miała… soś pszeciyfko, szebym następnym rrrazem… wpie…wpie…wpierdolił mu witką? – Roman ukłonił się przy tym z szacunkiem.

Popatrzyłam w te szczere załzawione oczęta. Cóż, sprawiedliwość musi być.

- Dobra. Jak ugryzie, wpierdol mu panie Romanie, ale tak żeby karku nie przetrącić – powiedziałam uroczyście.

Roman uśmiechnął się szczęśliwy. Popatrzył z triumfem na Burka.

- Dobry Franio – wyciągnął rękę aby go pogłaskać, ale w porę ją cofnął, bo Burek się zagotował.

Wczoraj Roman doprowadził mnie do białej gorączki. Szykowałam właśnie żwirową ścieżkę do truskawek, gdy stanął przy bramie i zaczął mnie wołać. Psy szalały, a ja z daleka widziałam, że kawaler ledwo trzyma się na nogach.

- Wesele jest, bramę będę robił – wyjaśnił, gdy z niechęcią podeszłam.

- A rób pan – machnęłam ręką i wróciłam z ulgą do pracy.

- Ale pogadać chciałem – przekrzykiwał psi jazgot.

- Nie mam czasu!

- A flakonik pani ma? Na bramie muszą kwiaty.

- Nie mam.

- To może pustą butelkę?

- Nie mam.

- A musztardówkę?

Chryste Panie! Wróciłam do żwirowej ścieżki. Roman niestrudzenie wymyślał kolejne naczynka, ale ja już nie słuchałam. Na koniec usłyszałam kulturalne:

- To dziękuję!

I pojechał. Ta kultura kiedyś go zgubi. Ja rozumiem, że chce grzecznie, pięknie i z kwiatami. Ale ktoś o słabszych nerwach mu kiedyś… A, nieważne. Kilka dni temu Roman przegalopował na oklep na zimnokrwistej potężnej kobyle, machając czapką i śpiewając „Przybyyyly ułany pod okeeeenko!”. Burek – Franio nie wyskoczył przez płot, bo zgłupiał. I może to jest sposób?


FireStats icon Działa dzięki FireStats