Archive for Lipiec, 2008

admin

Fajnie napisali, co?

29 lipca 2008

Okazało się, że „Pa

ni Domu” (nr 27 z 3 – 9 lipca 2008) rekomendowała moją książkę! Kochana Anetka z redakcji przyniosła mi egzemplarz, w którym znalazła zachętę, że warto „Gonić króliczka” przeczytać! Hurra! Zobaczcie sami.

Odwiedzam czasem fora książkowe i szukam śladu moich czytelników. W jednym z postów: „Książki na poprawę nastroju” przemiła, cudow

na i niewątpliwie inteligentna osoba napisała: „(…)Na pewno dawne książki Chmielewskiej, a z nowych to Zaczyńska (…)”. I jeszcze tak fajnie zaplątał sie jeden czytelnik na forum dyskutujące o gonieniu króliczka, jako takim.

„Eeee, myślałem że to blog Zac

zyńskiej” - stwierdził internauta i wylogował się.

Też go kocham! Pozdrawiam wszystkich czytelników książki i bloga!!!!

admin

26 lipca 2008

Nie ukrywam, że od powrotu z Gdyni/Rewy jestem na diecie kapuścianej. No wiecie: pierwszy dzień zupka i owoce (najlepiej arbuz), drugi dzień zupka i warzywka, itd. Każdy, kto się katował tą dietą wie, że jest, przede wszystkim, mocno moczopędna. Nic więc dziwnego, że wczoraj, gdy w drodze do redakcji miałam sto spraw do załatwienia, poziom wody w moim organizmie nie pozwalał mi już mrugać powiekami. Co mrugnięcie, to ucisk na pęcherz. Pierwsze co zrobiłam wpadając do redakcji, to dziarski truchcik w stronę łazienki. Agnieszka myła naczynia, interesujące mnie oczko było wolne. Uff….

- Sikałam i sikałam – z satysfakcją poinformowałam Agnieszkę wychodząc z kabinki.

W drzwiach łazienki stał skonfundowany Krzysio.

- Jak dla mnie, to za dużo tu intymnych wyznań – wymamrotał i wycofał się.

Łazienkę mamy koedukacyjną, trochę jak w Alli McBeall. Na wprost drzwi wejściowych jest kabinka dziewczęca, na prawo kabinka dla chłopczyków. Kiedyś mój Szef zaprosił nas (mnie i Milenę – bo tylko my akurat byłyśmy w redakcji) do chłopczykowej kabinki, bo z niej był lepszy widok na latającego szrotówka. Szef z zawodu jest biologiem i ma zdrowy odchył na sprawy ekologii. Chwała mu za to. I najwyraźniej korzystając z kabinki, zerknął w okienko i zobaczył szrotówka. To taki mały robaczek, który zabija nasze kasztanowce. Musiał się tym z kimś podzielić i padło na nas.

- Widzicie? - pytał, gdy skupiliśmy się w trójkę między sedesem, a oknem.

- Widzę! A to szkodnik! – stwierdziła Milena z przejęciem.

No, dobra. Szrotówek obejrzany, wracamy do pracy. Ja wychodziłam pierwsza, za mną Milena, za Mileną Szef. Przy zlewozmywaku stała Agnieszka ze szklankami i zrobiła oczy, jak spodki.

- No, co? Szrotówka Szef nam pokazywał – wzruszyłam ramionami, widząc jej minę.

A Szefa mamy fajnego. Czasami musimy się jednak przed nim sprytnie chronić. Bo lubi wszelkie nowe pomysły, które dla nas oznaczają dużo pracy i zachodu. Każdy z nas ma zboczenie zawodowe: gdy gdzieś wyjeżdżamy, kupujemy od razu miejscowe gazety, by popatrzeć, jak są redagowane, czym żyją, itp. I przywozimy je do redakcji. Od jakiegoś czasu wprowadzamy swoistą cenzurę: oglądamy je skrupulatnie, zanim położymy na redakcyjnym stole. Czy przypadkiem jakiś temat nie zainspiruje Szefa, że oto inni dziennikarze mogą, a my nie? To tak w trosce o nasze okresowe lenistwo i wygodę spokojnego życia. Ale, niestety, wpada na różne pomysły sam z siebie. Zazwyczaj wtedy, gdy jest na urlopie i łowi ryby. Najwyraźniej po kilku dniach oddalenia od redakcji, zaczyna za nami tęsknić i w myślach przydzielać nam nowe, świetlane role. Nie chcę krakać, ale od poniedziałku Szef jedzie na urlop. Z wędkami.

admin

24 lipca 2008

Moje pomerki zostały mianowane na honorowe teriery, a to za sprawą Kasi Nitki, sędziego kynologicznego. Kasia dała nawet link do mojego bloga na forum terierkowo. Poznałyśmy się w Gdyni i zapałałyśmy obopólną sympatią. Pozdrawiam Cię Kasiu i wszystkich hodowców terierów!

To dla odmiany opowiem wam o bokserce mojego brata Gucia. Sonia była psem postawnym i niesamowicie żywiołowym. W szale radości przy powitaniach jej krótki ogonek wirował z całą pupcią, obwisłe wargi latały na wszystkie strony rozpryskując ślinę po ścianach, meblach i ludziach. Ale to nic w porównaniu z tym, co działo się, gdy Sonia miała, za przeproszeniem, cieczkę. Przy jej ruchliwości, po „trudnych dniach” Soni, trzeba było malować ściany na nowo. Moja bratowa ratowała się zakładając Soni damskie majtki z solidną podpaską. Zamykała drzwi do wszystkich pomieszczeń, aby pies czekał na nich w korytarzu.

Gdy Guciom zepsuł się telewizor, bratowa umówiła się z monterem. Spotkała się z nim zaraz, jak podjechała pod dom, bo pan już czekał. Wpuściła go, uspokoiła psa, rejestrując kątem oka, że sprytna suka znowu zdjęła sobie gacie. Niedobry pies!

- Drzwi do salonu były uchylone, ale nic mnie, kurde, nie tknęło! – opowiadała potem Guciowa. – Pan wszedł pierwszy i stanął jak wryty. Ja za nim. I co widzę? Na środku dywanu leżą damskie majtki z najwyraźniej używaną podpaską! I jak mu teraz powiedzieć, że to nie moje?!

Do końca wizyty pan naprawiał telewizor w pąsach i drżącymi rękami, a Guciowa uciekała do kuchni i tam waliła głową w blat kuchenki, z nadzieją, że jak się ocknie, to może wszystko okaże się nieprawdą. Żeby chociaż gacie były takie psie, specjalne, to nie! Zwykłe, różowe, z koronką. Gucie mieszkali wtedy na peryferiach miasta i najzwyczajniej w świecie nie chciało im się jechać po specjalistyczny sprawunek.

- Obawiam się, że monter wyszedł z naszego domu z traumą – ubolewała potem Guciowa.

Osobiście ją rozumiem. Ja miałam pecha do moich kotów i jednego kolegi. Gdy tylko przeniosłam się na wieś, każdy chciał zobaczyć, jak mi się tam mieszka. Zbyszek też. Nadarzyła się okazja, by zrobił dobry uczynek i podwiózł mnie do domu. Dumna i blada otwieram domostwo, a tu smród nie z tej ziemi. Cóż, kotka Jagoda miała sraczkę. Oszczędzę wam szczegółów. Zbyszek fakt przebolał, nie komentował, ale też domu nie skomplementował. Rozumiem go. Kilka miesięcy później znowu podwiózł mnie na ranczo. Nie uwierzycie, ale historia się powtórzyła. Otwieram dom i smród wypycha nas na zewnątrz. Tak, tak. Kotka Jagoda znowu miała sraczkę. I tak sobie myślę, że Zbyszek sobie myśli, że u mnie tak zawsze. Na wszelki wypadek nie proszę go już o podwozową przysługę. W trosce o jego nerwy i żołądek Jagody.

A wy? Macie podobne problemy?

admin

23 lipca 2008

Ale mam zaległości! W spaniu, pisaniu, czytaniu, tylko w jedzeniu nie mam. Byłam nad morzem i jadłam rybki. Non stop. Bo kocham jeść rybki. Są pełne niespodzianek. Zamówiłam węgorza i byłam pewna, że dostanę ładną porcyjkę, taką w sam raz do posmakowania. Dostałam wielki talerz, na którym leżał zwinięty w spiralkę, długi na więcej niż pół metra metra, węgorz. Tyle szczęścia na raz! Zjadłam go oczywiście, udając, że wcale się nie odchudzam, bo nie muszę. I tak było ze wszystkim. Nad morzem było po prostu obficie.

Gościła nas w Rewie cudowna, pełna humoru i energii Basia, szefowa gdyńskiego związku kynologicznego. Jej dom pełen jest tej samej dobrej, radosnej energii. Rewa to raj dla turystów z psami. Co drugi gość na plaży ma psa. A trawniczki i plaża są czyściutkie, pozbawione psich gówieniek. Po prostu każdy właściciel sprząta po swoim piesku. My też przykładnie zbierałyśmy mikroskopijne kupki naszych pomeranianów. Oprócz jednej nocy. Po mocno piwnym wieczorze nie mogłyśmy odnaleźć w trawie pomeranianowego glutka.

- No wie widzę go - mamrotała z rozpaczą Guciowa.

W przypływie braterskiej solidarności ja też wsadziłam nos w trawę. Bez skutku. Wtedy gorę wzięła ułańsko-piwna fantazja.

- Chodź! – pociągnęłam bratową za smycz. – Najwyżej będzie na tego rottwailera.

Bo stałyśmy pod bramą, z której zawsze wychodził czarny potwór w kagańcu wielkości naszych psów. Dziś się tego wstydzę. Sugerować, że rottwailer robi bobki wielkości fasolki! Zgroza.

Muszę z niechęcią stwierdzić, ze mamy na polskich drogach nową rzeczywistość. No, kurde, nie da się już szybko jeździć! Bo łapią. Mnie też złapali, zaraz za Płońskiem. Lekko się zdenerwowałam, bo – nie będę ukrywać – punktów to już mi trochę urwało w tym roku.

- 200 zł mandat i 4 punkty karne – grzecznie poinformował pan policjant.

A że sympatyczny był, tośmy trochę pogadali. O tych punktach. Nie kryłam rozpaczy i skruchy. I tak jakoś wyszło, że w końcu mandat wyszedł 50 zł i… 0 punktów karnych!

- Cały wieczór, jak dojadę, będę piła pana zdrowie! – obiecałam solennie.

Słowa dotrzymałam. To już drugi policjant, którego muszę uwzględniać w toastach. Pierwszy złapał mnie w rodzinnych Siedlcach, gdy wiozłam na Smocze Pole kochanego pisarza ( kryminał retro „Komisarz Maciejewski”) i redaktora mojej książki Marcina Wrońskiego i jego cudną żonę Basię. Policjant wyliczał:

- Jedzie pani bez pasów, bez świateł i przejeżdża podwójną ciągłą. Uzbierało się na 400 złotych.

Podobno Marcin mnie uprzedzał, że się tu kręci policjant (wyjeżdżałam spod Tesco, gdzie faktycznie głupio namalowali same ciągłe linie!), ale, jak zauważyła Basia, zrobił to cienkim głosem, takim delikatnym, żeby nie zdenerwować kierowcy.

- No wiesz! „Policja!” się krzyczy, a nie „Uważaj Mariolu, bo tu może być policjant” - wsiadłyśmy na niego z Basią.

Pan policjant, jak się dowiedział, że właśnie zostawiłam w szpitalu bachora na operację, rzekł z obrzydzeniem:

- Niech pani jedzie!

Nie pamiętam, ile toastów wypiliśmy za niego, ale wydaje mi się, że wszystkie były mu dedykowane. Mam nadzieję, że wyjdzie mu to na zdrowie.

A z nową polską rzeczywistością na drogach muszę się oswoić. Nie ma innej opcji. Uczę się jeździć zgodnie z przepisami, co nie jest łatwe, bo zawsze mi się spieszy. Otuchy dodaje mi Justyna:

- Mandat za przekroczenie prędkości to żaden wstyd. Za złe parkowanie, o to, tak, wstyd.

I żeby nie było wątpliwości: nie jestem piratem drogowym. Przekraczam prędkość, ale tak niedużo. Wkurzają mnie idioci wyprzedzający na trzeciego, prujący 150km/h. Ale ta podróż była przełomowa. Oświadczam, że znak drogowy to świętość! A panów policjantów gorąco pozdrawiam, całuję, itp. za ich dobre serca. No, proszę. Chyba sie nawet nie spodziewali, że łagodny wymiar kary da, aż taki skutek!

admin

15 lipca 2008

Moje relacje z moim nowym proboszczem (tym od Smoczego Pola) są dosyć złożone. Postać to wielce oryginalna.  Moja znajoma, która tak jak ja przeniosła się z miasta na wieś, ślub brała w Siedlcach. Przypomniała sobie jednak, że jako parafianka, musi dać na zapowiedzi w swojej nowej wsi. Pobiegła w te pędy do kancelarii. Drzwi były uchylone. Zastukała grzecznie i przyjaznym głosem przywitała się:

- A szczęść Boże! Czy można na chwilę księdzu przeszkodzić?

Proboszcz bowiem siedział za biurkiem nad jakimiś papierami. Zerknął podejrzliwie na mało sobie znaną parafiankę i sprytnie zagaił:

- A czego będzie przeszkadzać? Podłogę niech umyje.

Moje domostwo proboszcz odwiedza po kolędzie z bólem serca, bo nie widuje mnie co niedziela w kościele.

- Jak pisze, to pewnie i dobrze czyta. Poczytałaby trochę na mszy – zachęca niezmiennie.

Ostatnio, gdy przyszedł, miałam gości: Baśkę i moją bratanicę Olę. Obie z psami. Więc powitanie było takie: ja otwieram proboszczowi furtkę, a tu witają go po kolei: Burek, Bila, Pola i nadprogramowa Alfa Baśki.

- Oj, ile piesków! - dziwi się proboszcz niepewnie.

A tu Ola nieopatrznie otworzyła drzwi, z których wysypały się z jazgotem: Aslan, Atka, Kendra, Sisi, Elza, Rubi i nadprogramowy wówczas Ataman Oli. Proboszcz na chwilę stracił oddech. Odzyskał go i udając, że to całkiem normalne zjawisko, zaczął wspominać:

- Taaa… U nas też kiedyś taka była… Taaaa…. Emerytowana nauczycielka. Kochała psy…. Chyba z jedenaście ich miała…. Taaa…. Nie po kolei miała w głowie - dodał szybko z żalem.

Baśka i Ola jęknęły z zachwytu. Wpatrywały się nachalnie proboszczowi w usta, czekając na kolejne kwiatki. Na koniec proboszcz pożegnał się z nadzieją:

- To jak nie ona, to może syn poczyta? Bo tu co drugi, tak duka i duka…

Obiecałam, że przekażę Karolowi, który akurat był poza domem. Taaa… Chyba to czytanie nas nie ominie.

admin

14 lipca 2008

Rany! Ucięło mnie wczoraj coś bzyczącego. No i mam koszmarną reakcję alergiczną. Dobrze, że tu piszę, a nie mówię, bo za diabła nie mogłam wymówić przed lekarzami „bzyczącego”. Wychodziło mi jakieś „brzydządzego”, bo tak jakoś mówię z flegmą i ledwo otwierając usta. Dostałam zastrzyk przeciwwstrząsowy i pojechałam do redakcji. Gdy placnełam głową w pulpit, zadzwoniłam do kochanej Szubielsi, mojej rodzinnej doktorki. Okazało sie, że nie wolno mi po tym zastzryku jeździć samochodem, bo zasnę za kierownicą. czekam teraz na Waldiego, który mnie odwiezie do domu. Chceee miii sieeee spaaać…. Aaauuuaaa….

admin

12 lipca 2008

Moja bratowa Guciowa (piękna żona mojego brata Gucia) zadzwoniła do mnie i oznajmiła podejrzliwie:

- Twoje dziecko przysłało mi zdjęcie jakiejś kiszki.  Ordynarnie szytej, ale w bibułce. Czym go karmią w tym szpitalu?

Zaniepokojona zadzwoniłam do potomka.

- Nie wiem, o jakiej kiszce mówisz – bachor był szczerze zdziwiony. – Guciowej wysłałem zdjęcie mojej nogi.

Jasne. Karolek jest po bardzo skomplikowanej operacji kolana. Ma szef ciągnący się od połowy uda do połowy łydki. Noga jest jeszcze bezkształtna, mocno opuchnięta. Ułożona w łódce z gipsu. Faktycznie, wygląda jak kiszkowaty hot dog w bibułce. Dziecko, korzystając z okazji, zaczęło mnie obsztorcowywać:

- Co ty wypisujesz o mnie na blogu? Że jestem szczenię azawaka?!

Nie na blogu, tylko na stronie Smoczego Pola, i nic w tym złego nie ma.  O azawaku doniosła mu Tina, cudowna dziewczyna, którą chciałam adoptować, mimo że jest dorosła i ma mamę. Po prostu każda kobieta marzy o takiej córce. No to się adoptowałyśmy wirtualnie, więc Tina jest teraz wirtualną siostrą Karola, więc ma prawo w siostrzanej lojalności donosić mu to i owo. Więc nie mam pretensji.

Karol jest jeszcze na silnych lekach przeciwbólowych. Zaraz po operacji zadzwonił do mnie i zachrypniętym głosem (po intubacji) informował:

- Ale boooli…. Ale jest faaajnie…

Znałam tę fajność. Piotr wie, jak to się nazywa, ja zawsze zapominam. Taka odmiana „głupiego Jasia” przedoperacyjnego. Mnie trzymało też po zabiegu. Doktor zagląda do sali i pyta jak się czuję. Mnie uśmiech nie schodzi z twarzy, suszę zęby od ucha do ucha i wyznaję:

- Kocham pana.

Dzwoni Krzysio, jak się czuję.

- Kocham cię – szczerzę się do słuchawki.

Przez jakiś czas szpitalny personel zaglądał do mojej sali, bo taki widok już się mógł nie powtórzyć. Uśmiechałam się do nich z miłością i wszystkich kochałam. Potem, rzeczywiście, przeszło.

Z ostatnich informacji wynika, że być może Karolka odbiorę we wtorek. Tęsknię za nim nieludzko. Stąd te zaległości blogowe. Nie mogę o niczym innym myśleć. Na razie szykuję mu pokój gościnny na dole, bo na swoje poddasze przez najbliższych 6 tygodni nie wejdzie.

admin

Serwis Fahrenheit opisał i ocenił „Gonić króliczka”. Recenzja znajduje się na tej stronie. pt.: „Gonić czy złapać, oto jest pytanie”.

admin

7 lipca 2008

Ukazał się już w sprzedaży sierpniowy numer „Świat kobiety”. I ja tam jestem! Z moim bachorem Karolkiem! Perypetie z dojazdem na sesję fotograficzną opisałam już na blogu, a teraz możecie zobaczyć jej efekt. Na stronie 105. Ja opowiadam o zaletach i wadach wczesnego macierzyństwa (urodziłam Karola mając 22 lata), a moja koleżanka Ewa o późnym macierzyństwie (urodziła Mikołaja po 40-tce).

Po lekturze reportażu stwierdzam:

1. Nie jestem trendy, bo urodziłam młodo. Trendy są teraz mamy rodzące dobrze po 30-tce, a najlepiej po 40-tce.

2. Nienawidzę spódnic.

3. Mam przystojnego syna.

4. Koledzy z redkacji mnie nie poznali, bo objawiłam im się na zdjęciu jako stateczna niewiasta w spódnicy, a do takiego mojego image nie są przyzwyczajeni.

A poza tym, to wspaniała przygoda była. Szkoda tylko, że nie podano tytułu mojej książki, o której wspomniano w artykule. „Gonić króliczka”. Ten tytuł.

admin

5 lipca 2008

A teraz coś osobistego. Reprezentuję typ określany w życiu i w literaturze jako baba z jajami. Nic na to nie mogę poradzić.
Skutkuje to tym, że, na przykład, jeśli taki Piotr (baaardzo słuszny mężczyzna, około 2 metrów wzrostu i raczej ciężkiej wagi) chce „ukraść” na wystawie psów niepotrzebny już sędziom namiot (nam natomiast wręcz niezbędny), to patrzy oceniająco po zebranym towarzystwie i wyrokuje:

- Potrzebuję Marioli i trzech mężczyzn.

Tak było w Warszawie na wystawie międzynarodowej, skąd inąd szalenie sympatycznej, bo moja duchowa siostrzyczka Wiola przywiozła szampana, który okazał się koniakiem, a Stefano zrobił tiramisu, które okazało się prawdziwym włoskim tiramisu. I mimo, że przy tych facetach, niosących trzy inne nogi namiotu, wyglądałam jak kwiatek do kożucha, moje jaja nabrały jeszcze wagi.

Moje jaja wkręcają mnie w różne sytuacje. Bo przecież nie rozum. Ot, jak choćby na pokazie kaskaderskim w Łukowie. Prowadzący imprezę Zbyszek Biaduń (świetny organizator i zapalony koniarz), po pierwszym występie kaskaderów zapowiedział, że do następnego będzie potrzebował odważnego mężczyzny. Pierwszy występ polegał na tym, że jednemu kaskaderowi zawiązali przepaską oczy, na głowie postawili butelkę z piwem, którą drugi kaskader zręcznie ściągnął świszczącym pejczem. Robiło wrażenie!

- Zapraszamy do nas odważnego mężczyznę! - zachęcał Zbyszek entuzjastycznie.

Cisza. Wielka cisza. Oczywiście, zaraz zareagowały na nią moje jaja. Wystąpiłam dzielnie do przodu, a z szeregów gapiów z ulgą wypsnęło się wielkie:

- Ufff.

Zbyszek nie stracił głowy, powitał mnie, nie odsyłając litościwie do niemrawego szeregu. Kalkulowałam: jak zdejmą z głowy pejczem piwo, to na pewno dadzą je w nagrodę odważnemu. Lubię piwo.

No i stało się. Najpierw zawiązali mi przepaską oczy. Człowiek dziwnie się czuje, jak nic nie widzi, słyszy natomiast niepokojące sygnały.

- Oooch! – usłyszałam po chwili pełne grozy westchnienie tłumu.

- Oj, nie jest dobrze - pomyślałam.

Wkurzyłam się od razu na facetów, z których żaden nie chciał przeżyć przygody. Po chwili poczułam na głowie coś miękkiego. Usłyszałam, jak Zbyszek wyjaśnia, że jest to kozacka czapka. Nadzieje na wygranie piwa strąconego pejczem prysły. Czapki pewnie nie dadzą. Jeszcze chwila i usłyszałam charakterystyczne świsty pejcza nad głową. I głos kogoś, kto komentował:

- Niżej. Trochę w lewo. Niżej.

Ślepego mi dali, czy co? Jeszcze chwila i przy wielkim „Oooooch!” publiczności poczułam, jak znika z mojej głowy miękkie okrycie. I brawa. Ktoś podszedł i zdjął mi przepaskę z oczu. Przede mną stał kaskader z zawiązanymi przepaską oczyma, trzymał w ręku pejcz i czapkę kozacką. Znowu pożałowałam, że nie wygrałam piwa. Musiałam łyknąć coś mocniejszego. Świadomość, że machał mi przed twarzą pejczem facet bez oczu, ścięła mnie z nóg. Jaja skurczyły mi się do wielkości fistaszka. Ale, w tej euforii, chyba nikt tego nie zauważył. Od razu zrozumiałam to pełne grozy „Oooch” tłumu – pewnie wtedy zawiązywali mu oczy. Z tamtej historii pamiętam tylko to zaskoczenie. Zabijcie mnie, a nie powiem, jak wyglądał mój „oprawca”. To się chyba nazywa fachowo „wyparcie”.

Tak, jaja każą mi czasem robić różne rzeczy. Ale, w sumie, żadnej z nich nie żałuję.


FireStats icon Działa dzięki FireStats