Archive for Październik, 2008

admin

30 października 2008

Gucio jest już po operacji. Wygląda na to, że wszystko, że się udało.

- Widzi! - relacjonowała Guciowa. – I pierwsze co zrobił, jak się wybudził, to zaczął sprawdzać, czy trafia palcem do nosa. Jakby nie mógł poczekać!

Przed operacją Gucio niekoniecznie trafiał palcem w nos. Często się rozmijał: a to w gębę, a to w oko.

Odzyskał też specyficzny humor. Gdy zobaczył Guciową przy swoim łóżku, uprzejmie przeprosił, że nie wstaje:

- No popatrz, lenistwa mi nie wycięli.

Guciową potem wygonili z pooperacyjnej, więc wsiadła do windy. Zadzwoniła do mnie, gadamy, gadamy, czas miło mija, ale nagle ją zacukało.

- Nie wcisnęłam guziczka – przyznała zawstydzona. – I dziwię się, czemu ta winda tak długo jedzie.

Chyba zniosła tę operacje gorzej niż mój brat.

- Ale wiesz – ostrzegła na koniec. – Jak on przeczyta o tym mądrym i pięknym to się wkurzy.

Jasne. Na nic innego nie liczę.

DZIĘKUJĘ WAM, ŻE BYLIŚCIE Z NAMI!!!!

admin

29 października 2008

Jeśli możecie… pomyślcie jutro ciepło o moim bracie Guciu. O 8.30 rozpocznie się jego operacja. Od ponad roku walczy z nowotworem. Ma usuniętą nerkę. Jutro operacja będzie bardziej skomplikowana: w prawej skroni wykryto guz.

Chcę jak co dzień dzwonić do niego i słyszeć niezmiennie uprzejme powitanie:

- Czego znowu?

- Guciową mi daj.

- Guciowa ma ważniejsze sprawy na głowie, robi mi kanapki.

Chcę nadal słuchać jego bzdurnych zachwytów nad sobą, że jest taki mądry, piękny i niezastąpiony. Strasznie to irytujące.

Gucio wierzy w to, że jak mu się przesyła dobrą energię, to ona działa. Gdy potrzebował krwi do pierwszej operacji, chętnych było tylu, że szpital wzbogacił się o jakieś 30 litrów tego cennego daru. Lekarze byli zachwyceni. Gucio powiedział, że to dlatego operacja się udała. Że z tą krwią wpompowali w niego nadzieję, chęć życia, bo ona była dana z serca.

Jutro o 8.30 rozpocznie się jego nowa walka. Przewiduje się, że operacja potrwa około 2 godzin. Bardzo was proszę… Jeśli możecie, pomyślcie o moim bracie ciepło i życzliwie. Wiem, że to pomoże.

Ja mogę tylko dodać to, co napisałam na pierwszej stronie „Gonić króliczka”: GUCIU! WALCZ! Tę książkę dedykowałam przecież Mojemu Bratu.

Przed chwilą dzwonił do mnie ze szpitala. Nie wolno mu już jeść. Miał lekką chrypkę w głosie.

- Masz tremę?

- Trochę…

- Nie zasnę.

- Ja też.

- Wiesz, że nie jesteś sam? Jutro przy tobie będzie strasznie dużo ludzi. Sercem i duchem.

- Tylko nie róbcie tłoku. Bo mi duszno będzie.

Ok. Dlatego proszę was jeszcze: nie pchajcie się na hurra. Niech będzie kulturnie i z należnym szacunkiem. Ta odrobina luzu bardzo mu się przyda. Bo, jakby zobaczył, że wy tak strasznie poważnie… to jeszcze by pomyślał, że z nim źle. Prześlijcie mu trochę uśmiechów.

admin

27 października 2008

Nie wiem dlaczego Wagi mają ciągle poczucie winy. Przynajmniej te, które znam. Chętnie biorą na siebie nadbagaż emocji. Taka moja bratowa, na przykład. Guciowej powiedzieć, że pada, to zaraz się zacznie zastanawiać, czy to nie przez nią. I wiecie, jak pech, to pech. Zdarza mi się, że pełna dobrych chęci, sprawiam, od czasu do czasu, mojej Guciowej stresa. A bo o niej napiszę, albo powiem. A ona szuka podtekstów, co złego zrobiła. Ups!

Mój pierwszy samochód -  malutkie czerwone Suzuki Maruti – umyłam samodzielnie po raz pierwszy na podwórku Guciów. Guciowa udzielała się aktywnie, bo też ją rajcowało pucowanie samochodziku. Udzielała fachowych uwag, typu:

- O! Gówno masz na oponkach.

To było końskie guano, co w przypadku reportera jeżdżącego po różnych drogach, nie dziwiło. Ale mną potrząsło, bo jakoś tak uwłaczało samochodzikowi. Namydliłyśmy karoserię i pamiętam, że strasznie się przy tym uwijałam, bo Guciowa angażowała się bez reszty i wyprzedzała mnie w rożnych czynnościach. Przy MOIM samochodzie! Rozumiecie. W dodatku intensywnie przeszkadzał mi wtedy ówczesny adorator, który był w Zakopanem i dzwonił co parę minut, bo chciał mi coś przywieźć i nie wiedział co. Co podszedł do jakiegoś straganu, to wydzwaniał i pytał, co ma kupić.

- Ciupagę – pomyślałam mściwie, bo w tych okolicznościach to oręże namiętnie pchało się na myśl.

Ale zastanowiłam się i już wiedziałam:

- Kapcie. Takie góralskie, z kożuszkiem.

Super. Adorator się ucieszył, ja wróciłam do samochodu i co widzę? Guciowa spłukiwała właśnie resztki MOJEJ piany z MOJEGO samochodu! Nie wytrzymałam i bąknęłam coś na ten temat. W tym momencie adorator znowu zadzwonił:

- A jaki numer? Tych kapci.

Nie wiem, czy po eksplozji unosił mi się nad głową grzyb atomowy, ale nie zdziwiłabym się, gdyby tak było w istocie. Całe nieudane mycie MOJEGO samochodu odreagowałam w dowcipnym felietonie pod tytułem „Bratowa”. Nie powiem, zgrabnie wyszedł, sądząc po uśmiechach od ucha do ucha pań w osiedlowych sklepikach. Gratulowały, rechotały, byłam dumna. Guciowa jawiła się tam jako słodkie, acz nadgorliwe stworzenie, a adorator robił za czarny charakter.

- I ja ją znam! – z radością klaskała pani Lilka z kiosku.

Dzwonię do Guciowej, żeby jej pogratulować, że taką gwiazdą jest, a ona milczy, milczy i… w ryk! Wyznała, że schowała gazetę głęboko i nie będzie teraz chodzić do pracy, dopóki ludzie nie zapomną. I wcale, niestety, nie żartowała. Ryczała jak małe dziecko.

Zmartwiłam się i nic nie rozumiejąc podałam gazetę Ani i Waldiemu, którzy właśnie u mnie byli. O co, kurde, chodzi?! Waldi skrupulatnie przeczytał felieton i zawyrokował mentorsko:

- O kapcie jej poszło. Że ty masz, a ona nie.

Ania chyba walnęła go tą gazetą.

Tak. Z Guciową to nigdy nic nie wiadomo. Kocham ją nadludzko, ale uważać muszę jak na jajko. A te kapcie to mi szybko psy zeżarły. Bardzo im odpowiadał kożuszek. Tak, że naprawdę… o co było halo?

admin

25 października 2008

Październik okazał się taki bardziej do dupy, za przeproszeniem. Tego samego zdania jest moja bratanica Ola, z którą wczoraj przez godzinę telefonicznie narzekałyśmy.

- Olka, to pomyśl, jaki będzie listopad, który z założenia i samej swojej nazwy musi być do bani.

- Nie załamuj – jęknęła Ola. – Mam go przespać, czy jak?

Sama nie wiem. Dorośli to mogą, na przykład, nie trzeźwieć przez cały krytyczny czas, ale siedemnastoletnie dziewczę, niekoniecznie. Bardzo jej wspołczuję.

Jadwiga (ta od Dollara i papugi Lolka) też była bez  życia.

- Optymizm w twoim głosie chyba się udziela – bąknęła, gdy zdumiona spytałam, czemu taka jakaś cichutka jest.

Pan Roman stosuje najwyraźniej na październik to, czego Ola nie może. Nie trzeźwieje od dłuższego czasu. Wczoraj wieczorem stał oparty o mój płot i wzywał mnie na rozmowę, bo mu się żale w sercu wylewały. Pan Roman za „rente strukturalne”  kupił sobie skuterek. Szybko go zepsuł, ale tak już rozkochał się w wygodzie i szpanie, że zamiast dać skuterek do naprawy, kupił sobie drugi. Też za „rente struklturalne”. Ma teraz na zmianę dwa, bo w końcu i ten pierwszy zreperowal, jak drugi mu się zepsuł. Panu Romanowi psuje się wszystko, bo przejawia niejaką nonszalancję w codziennym użytkowaniu sprzętu. Ostatnio podjechał do sąsiadów i chyba miał wstąpić tylko na chwilę, bo zostawił skuterek przed domem na chodzie.  I tak chodził ten skuterek ponad dwie godziny, aż przestał chodzić. Być może pan Roman zasnął gdzieś na progu w pijanym widzie. Nie wykluczam.

- Czy to pani doniosła na mnie policji, że pijany jeżdżę? – zapytał ostatnio.

- Jakbyś pan zwierzęta męczył, to bym doniosła - przyznałam szczerze. - Ale za jazdę po pijaku na skuterku, to uznałam że pan sam wpadnie.

-… Takem myślał… - po namyśle powiedział Roman, cokolwiek to znaczy.

Wczoraj kiwał się pijany przy tym płocie i wzdychał:

- Jeeezuuu… jak ja się lubię napić! To teraz tylko, żeby godnie dojść do domu…

Litościwie odeszłam, żeby tego godnego marszu na czworaka jednak nie widzieć.

Taaak… Październik nie był tym, co tygrysy lubia najbardziej…

admin

21 października 2008
Szanowna Laureatka z Piotrem NajsztubemNa początku zdjęcia z sali kolumnowej Sejmu. Oto nasza Justynka z Piotrem Najsztubem w chwili swego konkursowego triumfu. A poniżej ja stoję w gronie szanownych nominantów. Chłopy jak dęby, poważne i skupione, a ja szczerzę się jak głupi do sera. W dodatku na wysokości ich łokci. Pierwszy z prawej, ten co to tak łypie spod oka, to Jurek Jurecki, który wygrał naszą konkurencję dziennikarstwa śledczego i interwencyjnego. To łypanie okiem wcale nie świadczy, że kolega Jurecki jest ponurakiem. Wręcz przeciwnie: to kapitalne chłopisko z wielkim poczuciem humoru, rzetelny i odważny dziennikarz. W światku dziennikarskim ma romantyczną ksywkę „Watażka”.

A to ja w gronie nominantów!

admin

18 października 2008

„Oscara” zgarnął mi sprzed nosa Jerzy Jurecki z Tygodnika Podhalańskiego! Pogratulowałam mu świetnego tekstu „Szczawnica w raju”, na potrzeby którego jeździł nawet do Danii, by ustalać spadkobierców Szczawnicy. Należało mu się zwycięstwo i tyle! Okazało się, że w kategorii dziennikarstwo śledcze i interwencyjne – byłam jedyną nominowana do nagrody kobietą. Panowie kompletnie zdominowali ten rodzaj dziennikarstwa.

W wielkim, fantastycznym stylu zgarnęła za to nagrodę nasza Justyna! Piotr Najsztub, przewodniczący jury, przyznał, że nie wierzył w to, co czytał. Bo Justyna opisała nieprawdopodobną wręcz historię pt. „Czarne euro”. Jury dzwoniło do redakcji i do prokuratury, aby upewnić się, że ta historia nie jest wymyślona! Najsztub życzył sobie, aby Justyna udostępniła link do tego artykułu, bo KAŻDY powinien to przeczytać. Myślę, że niebawem podam wam odnośnik do „Czarnego euro”, a Justynę namawiam, aby wysłała reportaż na wszelkie możliwe konkursy, bo wygraną ma jak w banku!

Razem z prestiżem Justyna zgarnęła 5000 zł.

- Musisz sobie kupić za to coś, co ci będzie przypominać tę chwilę – podpowiedziałam.

- No! – zgodziła się ze mną. – Za ciasne buty! Oj, bardzo by mi przypominały, cały czas! I to jeszcze takie za 300 złotych.

- Noooo – teraz ja się z nią zgodziłam w stu procentach.

A potem zadzwonili Krzysio i Stasio (sekretarze redakcji). Krzysio cały szczęśliwy z wygranej Justyny domagał się:

- Macie o tym napisać na poniedziałek.

- Tylko krótko – w tle mruknął Stasio (w swoim niepowtarzalnym stylu).

- Jakie krótko?! - oburzyła się Justyna.Trzy strony najmarniej.

- Damy na dwójkę - cieszył się dalej Krzysio.

- Nie nabierzecie nas. My wiemy, że ma być po prawej stronieJustyna twardo pertraktowała warunki konsumpcji sukcesu.

Zobaczymy w praktyce, co utargowała.

A potem zgarnęłyśmy Małgosię z koszmarnie zatłoczonej Warszawy, a jeszcze potem rozbiłam sobie lusterko od strony kierowcy, bo się zagapiłam i wjechałam na płotek w McDrivie. Bachor życzył sobie bowiem lanczyk z McDolnald’s. Kosztowny ten lanczyk.

A oto moje wrażenia: było super! Marszałek Bronisław Komorowski to dżentelmen. Podczas gratulacji uścisnęłam mu moim mocnym chwytem dłoń, kompletnie nie wyczuwając szarmanckich intencji marszałka. Dobrze, że zaprzestałam w porę żołnierskiego potrząsania, bo jak nic, rozbiłabym mu marszałkowski  nos, gdy pochylił się, by ucałować dłoń nominantki. Ups!

A Piotr Najsztub jest boski! Ja i tak dawno go pokochałam bezgranicznie za „Przekrój”. To, co zrobił z tą gazetą, to majstersztyk! No i Piotr Najsztub przyjął mojego „Gonić króliczka” z serdeczną dedykacją. Hura! Bardzo się ciesze, jestem dumna i blada i w łupieżu.

JUSTYNKO! BRAWO! JESTEŚ WIELKA!

admin

15 października 2008

No, kurde, cieszę się. Ja i moja przyjaciółka z redakcji Justyna Janusz jesteśmy nominowane do dziennikarskich nagród SGL LOKAL PRESS 2008! O jasny gwint!

O konkursie zapomniałyśmy kompletnie. Pewnie dlatego, że pierwotny termin ogłoszenia wyników konkursu przełożono, bo tak dużo materiałów wpłynęło pod osąd jury. Ja dostałam nominację w kategorii dziennikarstwa śledczego i interwencyjnego, a Justyna w kategorii dotyczącej gospodarki. W piątek jedziemy do Sejmu, bo tam nastąpi rozstrzygnięcie, z pełnymi szykanami, u marszałka Komorowskiego. Nic więcej nie wiemy. Kompletnie. Czy będą to miejsca 1,2,3 czy tylko formuła skierowana do nominowanych: „Oscar goes to…”?

Na tę okoliczność pędzę właśnie do fryzjera i po nowe ciuchy. Uznałam, że jeśli nic nie wygram i „Oscar goes” do sąsiada siedzącego obok, na przykład, to przynajmniej BĘDĘ WYGLĄDAĆ.

Sama nominacja już nas cieszy, bo konkurencja była silna, z całej Polski. Przyszło nam wybijać się w morzu kilkuset konkurencyjnych reportaży w każdej kategorii.

Acha, od razu podam Wam trochę statystki z bloga: przeczytaliście już 17 000 stron! Mojego bloga odwiedziło już 7 000 gości! Dziennie przeglądacie nawet do 200 razy poszczególne strony! Cieszę się, jak wariat, bo normalnie czuję waszą obecność. Na przykład dziś wśród Was byli już czytacze z USA, Francji, Wielkiej Brytanii. Tak na dzień dobry.

Całuję, pozdrawiam, a swoją droga, wy też możecie coś skrobnąć. Na przykład, co tam za oceanem, albo na wyspach…

admin

13 października 2008

Zerknijcie szybko na ksiazki.tv. Wstukujecie to w adresie i już! Pod znamienną datą 13 października widnieje filmowa prezentacja „Gonić króliczka”. Ale „13″ zadziałała. Namaszczono mnie z lekkim przekrętem, czyli „Goniąc króliczka”. Ale, nie bądźmy drobiazgowi!

Autorem zdjęć jest Andrzej Jastrzębski, absolutny geniusz i cudny, dobry człowiek. Montażem zajął się oczywiście drugi geniusz – Piotruś Warchoł, który zawsze mi wkleja w blogu te dziwne znaczki, co to się potem otwierają jako link, albo coś takiego. Utwór wykorzystany w filmiku to „Skrzypek” Orkiestry Dni Naszych, zespołu z Siedlec! Przy utworze tym galopowałam na weselu Baśki i mam po nim zakwasy.

Filmik miał powstać w kwietniu, ale miałam problemy z doborem muzyki. Chciałam wykorzystać „Króliczka” Skaldów, ale zespół dał mi zaporowe warunki finansowe, choć miało być symbolicznie. No i się zablokowałam. Na parę miesięcy. Do dnia ślubu „Króliczka”Baśki, kiedy to na mnie spłynęło olśnienie: to jest to! Autor tekstu i muzyki Jurek Kobyliński dał mi ZA DARMO pełne prawa do wykorzystania utworu. Normalnie kocham go!

PS

Dla ułatwienia zamieściłam filmik także na blogu: z prawej strony od góry pojawiła się nowa strona: Wstrząsająca historia jak „Gonić króliczka” powstawało.

Jak będziecie mieć doła, to sobie kliknijcie.

PS2

Na końcu widać mój nowy traktorek kosiarkę. Żałujcie, że nie słyszycie, jak podczas jazdy śpiewam! Pawarotti wysiada!

admin

12 października 2008

Po pierwsze: serdecznie pozdrawiam Czytacza  z Hiszpanii!

Po drugie: znowu pełnia idzie! Cholera. Przypomniał mi o niej pan Wrona, człowiek wielce uczynny, ale nieprzyzwoicie skrupulatny. Do tego stopnia, że ciąga po sądach sąsiadów, bo robią coś nie tak.

- Sąsiad chyba stawia płot bez zezwolenia. Do kogo to można donieść? – zapytał z przejęciem, wybudzając mnie z poobiedniej drzemki.

Pan Wrona uaktywnia się zawsze, gdy na pełnię idzie.

Na pewno przed pełnią napisali też list Czytelnicy z jednej z kamienic w Siedlcach.

- „I prosimy panią redaktor, aby przy pomocy policji usunęła tego lokatora” - zakończyli realcję tym optymistycznym akcentem.

Relacja dotyczyła alkoholika, który egzystuje przy świeczce (bo mu odłączyli prąd), wzniecając mniejsze i wieksze pożary. Ludzie się  boją o życie, ja ich rozumiem. Nie wiem tylko, jak mam, na Boga, lokatora usuwać.

Na pełnię szło także tego wieczora, kilka lat temu, kiedy to namiętnie woziłam koński obornik w taczce. Moje konie stały wówczas u znajomej, która zajmowała się nimi na co dzień, a ja dojeżdżałam, oddając się takim przyjemnościom, jak pomoc przy czyszczeniu boksów. Wywoziłam ten gnój w taczce, gdy do znajomej przyjechał ówczesny dyrektor szpitala. Przywiózł córkę na lekcję jazdy konnej. Nasza znajomość była mocno oficjalna i, co tu dużo mówić, widzieliśmy się zawsze w raczej eleganckich okolicznościach. Znajoma instruowała dziewczę, ja dygałam z gnojem, a tatuś rozglądał się ciekawie w koło. No i zawiesił oko na dziewoi w walonkach, pchającej przed sobą kupę końskiego łajna. Oczy zrobił jak spodki.

- A to kto? - wyrwało mu się, bo już miał pewne podejrzenia.

Znajoma, oderwana od lekcji, zerknęła przez ramię i rzuciła od niechcenia.

- Zaczyńska.

- A co tu robi Zaczyńska?!

- Gnój wywala – poinformowała znajoma i wściekła, że ktoś zawraca jej głowę, wróciła do lekcji.

Dyrektor potem odjechał, ale do końca nie wiedział, czy to się działo naprawdę, czy ktoś go w konia robił. Dowiedziałam się o tej rozmowie o wiele później i o mało nie pękłam ze śmiechu.

A z tym gnojem to jest tak: gdy wymawiałam się od spotkań koniecznością  wywalania gnoju, nagle towarzystwo pozazdrościło mi tej rozrywki. I nachalnie domagało się udziału w imprezie.

- Też bym powywalała – rozmarzyła się kiedyś Bożenka.

Ot, perwersyjne zabawy inteligentów!

Niestety, na uroki wsi, koni i gnoju całkowicie odporny jest mój szef. Pewnego wtorku chciałam zostać w domu, bo Malwa miała poprzedniego dnia kolkę. We wtorki odbywają się nasze „święte” zebrania (szef nienawidzi, gdy kogoś z nas na nim niema). Zadzwoniłam, tłumaczę jak człowiekowi, a tu, kurde, słyszę przez telefon jak szefowi gul skoczył i tętno nabrało galopującego rytmu. Pożarliśmy się strasznie. Resztę znam tylko z opowieści koleżeństwa, które miało do mnie pretensje, że szef robił z nich miazgę po kątach, zaraz po tym, jak jadowicie rozpoczął zebranie:

- Taak…  no to redakcyjny koń zachorował - wysyczał.

A potem były jatki.

Dziś sobie myślę, że jak nic, szło wtedy na pełnię. Ale, od tamtej pory nie szargam świętości, czylizebrań nie omijam.

Burek i pan Roman też czują pełnię. Pan Roman ostatnio mocno gazuje na skuterku, oczywiście sam także mocno nagazowany. Burek na dźwięk zbliżającego się skuterka szaleje. Ma pyszną zabawę, gdy przez całą długość płotu ściga się z Romanem, ujadając zawzięcie. Niestety, wczoraj Burek nam dał nogę z podwórka i czekał na Romana na drodze. Przez całą długość drogi od nas do domu Romana słyszałam jazgot Burka i przeciągły jęk Romana:

- Kuuuuurrrrrrwwwaaaaa!!!!

Jasny gwint! Udawałam, że mnie nie ma. Po prostu obciach.

admin

9 października 2008

Po rocznej przerwie wróciłam na moje taneczne zajęcia! Przerwa była wymuszona operacją przegrody nosa. Była obawa, że któraś z moich współtancerek może mnie, za przeroszeniem, pierdyknąć łokciem w nos (niechcący) i diabli by wzięli misterną robotę Grażynki Kadej, która mnie po mistrzowsku zoperowała. Obawa słuszna ze wszech miar, bo gdy się zaczyna tańczyć hip hop w wieku dojrzałym, to trzeba się liczyć z pewną nieskładnością gestów.A my tańczymy hip hop i jazz!

Tancerki, czyli girlaski z mojej grupy, to laski w wieku od 30 do 50 lat. Nauczycielki, lekarki, dziennikarki, menedżerki, wizażystki, księgowe, pielęgniarki. Walimy hip hopem po oczach, aż się kurzy. Te bardziej ambitne robią nawet szpagaty na zakończenie układu. Ale, co ja gadam: wszystkie są ambitne.

- Zosia kazała przekazać, że nie da się wygryźć – poinformowała nas kiedyś Bożenka, gdy Zosi nie było przez kilka zajęć z powodu choroby.

Dlatego w układzie przez kilka tygodni była dziura, bo żadna nie chciała być posądzona o wygryzanie Zosi.

Old Girlaski występują publicznie, także na Mistrzostwach Polski (w kategorii seniorów oczywiście). Zawsze przed występem walimy cichaczem po kieliszku żołądkówki. Tak, dla odwagi. I przygody. Ostatni raz tańczyłam z dziewczynami na Jackonaliach (studenckie święto). Strasznie się wtedy posypałyśmy. Dobrze, że miałyśmy tę żołądkówkę. To, co zostało, poszło na osłodzenie porażki. A potem dziewczyny z uporem stały pod sceną i domagały się głośno:

- Chcemy poprawić!

Nie dali nam.

Moje girlaski zrobiły mi niespodziankę i… zatańczyły na moim wieczorze autorskim! Mało się nie popłakałam. Przygotowały specjalny układ. Wzbudziły taką furorę, że gdy teraz przyszłam po tak długiej przerwie, okazało się, że w zespole jest kupa nowych babek. Wszystkie były na moim wieczorku. Ha!

Zaraz muszę poćwiczyć nowe kroki. Normalnie tego nie robię: ćwiczenia w domu. Też coś. Ale nasza genialna choreograf Małgosia przygotowała układ z krokami od irlandzkiego tańca (wiecie: te przytupy i wymachy nóżek). I niestety, liczenie dobywa się tak:

- Prawa, lewa, haczyk, lewa, prawa, haczyk, lewa, prawa, haczyk, haczyk, prawa, lewa.

Zgroza! Pisałam już o moim mózgowym defekcie w kwestii „prawo – lewo”. Dziś wiem, że pan Bóg po prostu n ie chciał, żebym tańczyła irlandzkie tańce. Ale, niczym Zosia – nie dam się wygryźć! Poćwiczę. A nóż widelec wyjdzie?


FireStats icon Działa dzięki FireStats