Archive for Listopad, 2008

admin

26 listopada 2008

Bachor, niby piękny, młody i dobrze zapowiadający się, potrafi zaskoczyć specyficznym podejściem do życia. To jest pewnie ta różnica pokoleń. Inne, spojrzenie, ot co.

Ostatnio, gdy byliśmy na występie tancerzy z Indii KATHAK DANCE, stałam oniemiała, zachwycona i w niebowzięta tuż obok Bachora. Karolek, jak najbardziej, też był zachwycony.

- Ale ma zajebiste kolczyki w twarzy – jęczał z zazdrością.

Ja dopiero wówczas dostrzegłam, że tancerce leci przez twarz coś błyszczącego, co faktycznie mogło być kolczykami.

KATHAK DANCE to najlepsza grupa taneczna w Indiach w tej dziedzinie tańca (Kathak). Wystąpił przed nami Mistrz, nagradzany w Indiach najwyższymi odznaczeniami za zasługi dla kultury. Był też przesympatyczny ambasador Indii. Przyjechali do Siedlec na zaproszenie Beatki i Sunila Gulati. Sunil od lat mieszka w Polsce ale pochodzi z Indii. Poznałam jego mamę, wspaniałą panią profesor. Przyjechała do mnie z Beatką na Smocze Pole, która chciała jej pokazać polską wieś. Mama Sunila chodziła po łące w fioletowym szalu i takich zwiewnych hinduskich spodniach, a mój sąsiad był pod jej wielkim wrażeniem. Gdy dowiedział się, że to pani profesor z Indii, przyjechał za chwilę z torbą pełną pysznych jabłek.

- To od polskich rolników – powiedział dumnie i uroczyście.

Mama Sunila bardzo się wzruszyła.

Beatkę kocham, bo ma tak dobre serce i tak piękny umysł, że powinno się o niej filmy robić. Beatka jest świetną kompanką. Pamiętam, jak byłyśmy na jakiejś imprezie, na którą nie dotarła moja Ania, bo miała doła. W pewnym momencie zaczęłam do Ani pisać list, który zaczynał się od sławetnych słów:

„Kochana Aniu, piwo sprzedają nam tu za darmo, jest super, ale szkoda, że cię tu nie ma, bo piwo sprzedają nam tu za darmo”.

Do dziś nie wiem, co autor miał na myśli. Ale, nie o to chodzi. Postanowiłyśmy ten list Ani osobiście zawieźć do domu. Pod jej drzwiami dotarło do nas, że chyba wszyscy śpią. Cały blok śpi. To wsadziłyśmy list w szczelinę nad klamką, a w dowód naszej miłości, uszminkowałyśmy usta na fest i odcisnęłyśmy ich cudny koral na drzwiach. Między jednym cmokiem, a drugim cały czas szeptałyśmy:

- Po cichutku, po cichutku…

Strasznie nas to bawiło i nakręcało. To całowałyśmy dalej.

Następnego dnia pierwsza z domu Ani wychodziła Karolcia (córka), dziewczę mocno temperamentne, bystre i bezkompromisowe. Widząc obcałowane namiętnie drzwi zrobiło ojcu awanturę, że jeśli już ma jakąś babę, to niech to chociaż będzie baba dyskretna i na poziomie. Waldi patrzył w osłupieniu na drzwi i nic nie rozumiał. Też chciał wiedzieć, która to mu taką miłość w oryginalny sposób wyznaje. List znaleziono znacznie wpoźniej, bo jakoś tak spadł pod nogi…

Ale miało być o Bachorze i rożnicy pokoleń. Otóż, chyba tuż po ślubie z Baśką, Krzysio jęczał, że on i tak kawalerem zostanie.

- No to już tylko maltańskim – śmiałam się złośliwie.

Bachor dostał takiego ataku śmiechu, aż mnie zdziwiło. Dopiero jakiś czas później zapytał, co miałam na myśli. Wytłumaczyłam, co to takiego Kawaler Maltański.

- A ja myślałem, że mu pojechałaś – stwierdził zaskoczony niemile.

A filmik z KATHAK DANCE zamieszcze, jak tylko Piotruś wróci z urlopu i zrobi te swoje czary mary i dołączy plik.

admin

23 listopada 2008

Tym razem napiszę o koleżankach Literatkach, które nie są z mojego ukochanego forum. Ale znam je mniej lub bardziej osobiście i jestem pod ogromnym wrażeniem ich osobowości i twórczości.

O Małgorzacie Gutowskiej-Adamczyk pisałam przy okazji relacji z mojego wieczoru w Empiku na Nowym Świecie. Tam się poznałyśmy. Od razu byłam pod dużym wrażeniem jej poczucia humoru, bezpretensjonalności i inteligencji. A, gdy dowiedziałam się, że była autorką scenariusza „Tata, a Marcin powiedział” normalnie zakochałam się w kobiecie.

Od razu zamówiłam sobie jedną z jej książek. Padło na „Serenadę”. Połknęłam ją w jeden dzień. Chciałam o niej napisać, ale właśnie… przeczytałam „13. Poprzeczna”! To powieść dla młodzieży, ale każdy ją powinien przeczytać. Nie mogłam książki odłożyć, co utrudniało mi niejako życie: punktualny wyjazd do pracy, normalne trawienie (bo czytałam przy jedzeniu), elegancki wygląd (prasowanie przegrało z powieścią i nie miałam się w co ubrać). Psy też się poobrażały.

„13. Poprzeczna” to opowieść o trzech dziewczynach, skrajnie rożnych i o skrajnie różnej sytuacji domowej rodzinnej, materialnej. Połączyła je jedna klasa i… jedna dziewczyna. Dziewczyna leżąca  w śpiączce. Nasze bohaterki, w ramach terapii, na zmianę czytały jej książkę…

Czytając powieść Małgosi całkowicie przeniosłam się w ten świat nastolatek, które mają jakże dorosłe problemy. Śmiałam się z nimi i płakałam. Dawno tak nie płakałam nad książką. I to tymi fajnymi łzami, które nie są spowodowane smutkiem i rozpaczą, tylko wzruszeniem. Małgosiu! Dziękuję ci ogromnie za ten rodzaj wzruszenia! Za to napięcie, jakie towarzyszy śledzeniu losów dziewczyn. I gratuluję nominacji do nagrody Książki Roku 2008 dla młodzieży! Całkowicie zasłużenie!

Zosia Staniszewska wydała powieść „Czarownica z Radosnej” w tym samym wydawnictwie co ja: w RED HORSE. Nie znamy się osobiście, ale jej książka i ona sama – są mi bardzo bliskie! „Czarownica z Radosnej” trafiła nawet na listę bestsellerów Merlina! Czytelniczki najwyraźniej zakochały się w losach Jagody, dziewczyny z poczuciem humoru i dwójką dzieci, która zamieszkała na wsi. Książka jest napisana pięknym językiem, czyta się ją chwilami jak baśń. Ale mówi o zabawnej rzeczywistości, jak najbardziej współczesnej. Jej klimat po prostu urzeka. To powieść, którą odstawia się na półkę w takie miejsce, by łatwo było po nią znowu sięgnąć. Delikatnie potraktowana miłość, delikatnie dotknięty strach przed uczuciem, tak bardzo zrozumiały po stracie kogoś bliskiego… Te emocje wkradają się w nasze dusze, coraz głębiej z każdą przeczytaną stroną książki. No i wiejski cudny koloryt! Taki nie do podrobienia i nie do wymyślenia. Zosia cudnie go odmalowała!

I muszę tu jeszcze napisać o najnowszej mojej koleżance Ani Strzeleckiej, o której już wspomniałam na blogu (Ania z Sanoka).  Tak, jak w przypadku Zosi, nie dane nam jeszcze było spotkać się osobiście. Ania zaskoczyła mnie swoją skromnością. A ma powody, by trąbić o swojej niezwykłości wszem i wobec. Wysłała mi cud piosenkę dla dzieci, którą napisała i doprowadziła do nagrania jej (całej kasety). Jak AniaPiotruś załączy utwór, to posłuchacie. My w redakcji kiwaliśmy się przy niej jak makaki.  Ale, to nie wszystko: Ania Strzelecka także została nominowana do nagrody Książki Roku 2008 dla młodzieży za „Na imię mi Rower”. Aniu gratuluję ci serdecznie! I, jak napisałam ci w mailu, trzymam kciuki za ciebie i za Małgosię Gutowską-Adamczyk. (O kolejnej książce Ani, mam nadzieję, napiszę niebawem. I będzie TO COŚ! Mówię wam!)

Mam nadzieję, że Zosię i Anie także poznam osobiście, jak Małgosię. Dziewczyny! Jesteście wspaniałe!

admin

22 listopada 2008

Umówiłam się z kolegą ginekologiem na usg mojej suczki Atki. Kolega nie jest weterynarzem, zaznaczam, jest ludzkim wziętym ginekologiem i ma doskonały sprzęt w gabinecie. Ale kocha przygodę i robiąc usg moim ciężarnym suczkom zawsze ma wielką frajdę.

- Świetnie, świetnie, od razu zrobię usg mojej pani - ucieszył się, gdy zadzwoniłam.

Z sympatią pomyślałam o jego żonie, że taka tolerancyjna i nie przeszkadza jej, że będzie w kolejce z pieskiem. Tymczasem kolega kontynuuje:

- Bo wiesz, moja pani zadawała się ostatnio z mężczyznami - puścił oko.

Zdębiałam. Nie komentowałam. Nawet nie chrząknęłam. W końcu to ich małżeńskie sprawy. Nie byłam jednak już taka pewna, że wspólne usg, to dobry pomysł.

- Eeech… Zew natury - potakiwał głową.

- Taaa…-  rzuciłam enigmatycznie.

- Wiesz, lepiej mieć pewność. I przygotować się na te szczeniaki – skończył wątek.

Ufff. No tak. Dopiero zajarzyłam, że to o jego wilczycy mowa. Co za ulga!

USG Atki zasmuciło mnie. Ma widoczne oznaki ciąży, ale nie ma płodu. Czy zresorbowała, czy to ciąża urojona? Bo w takiej to Atka się wręcz specjalizuje!

- Kup test ciążowy, umocz w siuśkach, to będziemy mieli pewność - zaproponował kolega.

Kupiłam. Dwa na wszelki wypadek. Okazało się jednak, że podejście ginekologa różni się od podejścia lekarza weterynarii.

- Hormony psa nie wyjdą ci w ludzkim teście – zapowiedział Piotr, z którym odbyłam telekonferencję.

Ups! Ale testy już zdążyłam kupić. Rzuciłam je niedbale na barek. Bachor przyjechał z zajęć i patrzył dziwnie, ale taktownie o nic nie pytał. Aczkolwiek lekką panikę w oczach miał.

A potem rozwaliliśmy murek. Swego czasu kazałam w garażu zbudować ściankę z pustaków. Niby podzieliłam przestrzeń na dwa pomieszczenia, ale…

- Ale po co? – pytał Bachor.

Nie wiem.

No i wczoraj uległam. Rozwaliliśmy mur! Bachor z Olkiem (przyjacielem) pojechali po dłutko. Pan Jarek ze sklepu żelaznego zaproponował im wypożyczenie młota pneumatycznego. Przytomny Bachor młot przytachał.

Ale była jazda! Tam, gdzie pneumo-młot nie dawał rady, waliliśmy takim zwykłym, rzekłabym stacjonarnym młotem, ale wielkim bardzo. Jedną ręką się go nie weźmie. Trzeba dwoma, bo taki ciężki. Tę atrakcję wzięłam na siebie. Waliłam nim jak opętana. Za Krzysia, za podły los odbierający nam takich ludzi, za całokształt! Waliłam, aż chłopaki się chowały, bo pustaki pękały jak bombki. Sypały odłamkami i pyłem.

- Matka! Dawaj! Matka dawaj! – zachęcał mnie Bachor wyglądając zza winkla.

No i dawałam. Rozwaliliśmy ten mur. Zdałam też sobie sprawę, że gdyby chłopaki chcieli ścianę z pustaków dłutkiem zneutralizować, to chyba zabiliby mnie w afekcie i nikt  nie miałby o to pretensji. To jak wydziargać szydełkiem pokrowiec na samochód w jedno popołudnie.

A potem poszłam spać. Dziś mam zakwasy. Ale świat jest już bardziej uporządkowany.

admin

21 listopada 2008

Zadzwoniła właśnie Małgosia. W najbliższą niedzielę, 23 listopada, zaraz po godz. 21.00 w I Programie Polskiego Radia rozpocznie się słuchowisko „Ostatni akt” o Gabrieli Zapolskiej. Autorką scenariusza sztuki jest właśnie Małgosia Sobieszczańska! Spektakl radiowy reżyseruje Janusz Kukuła, a tytułową rolę gra sama Teresa Budzisz-Krzyżanowska! Jej sekretarkę z kolei gra Marta Lipińska, lekarza Mariusz Bonaszewski, a ojca Kazimierz Kaczor.

- Masz słuchać i powiedzieć, co myślisz – nakazała Małgosia twardo.

To z nią jeździłyśmy po polach szukając dla mnie siedliska, kompletnie niezrażone moimi skrótami (wpis Zupełnie znienacka). Umówiłyśmy się własnie na wędzenie świątecznych wyrobów. Mam już zgromadzone drewno z jabłonek i wiśni! Ha! Ustalimy tylko termin. Wędzarka czeka.

Wy też słuchajcie i podzielcie się tu uwagami. Ta tam jestem przekonana, że będzie ciekawie!

I trochę statystyki: w ciągu miesiąca blog odwiedziło blisko 2,5 tysiąca  czytających! Liczba gości dobija właśnie do numeru 9 500, a liczba odwiedzonych stron to ponad 22 000. Pozdrawiam was gorąco!

admin

20 listopada 2008

Nie mogę sobie miejsca znaleźć. Z Krzysiem, znakomitym adwokatem rozmawialiśmy we wtorek rano. Prowadził trudną sprawę, o której pisałam. Gdy dziś zadzwoniłam do kancelarii, sekretarka powiedziała z płaczem:

- Już nigdy nie porozmawia pani z panem Krzysiem. Zginął w wypadku. Z wtorku na środę.

Jest czwartek. Nie mogę sobie miejsca znaleźć.

Myślę o Eli, jego żonie. Jak sobie bez Krzysia poradzi? Byli przecież małżeństwem idealnym. Dwie połówki, tworzące całość. Każdy to widział. Krzyś uwielbiał wszystkie Elciowe opowieści o energiach i dobrych duchach.

Krzyś zginął pod Łowiczem. Jechał z klientem. Nie wiem, kto prowadził. najechał na nich TIR. Zginęli obaj. Piszę to i ryczę. Zawsze jest we mnie bunt, gdy ginie człowiek wspaniały, dobry na wskroś, uczciwy do bólu. Należał do wyjątkowych adwokatów: nie brał spraw, w których wygraną nie wierzył. Potrafił odradzać zaperzonym do białości ludziom: niech pan nie wpędza się w koszty, ten bój jest niepotrzebny, straci pan zdrowie i pieniądze.

Kochał malarstwo, był ciekawy świata. Ostatnio omówiliśmy tajniki pługów śnieżnych. Przed tą nadchodzącą zimą. Będzie mi go bardzo brakowało.

Nie mogę jeszcze zadzownic do Eli. Niby co mam jej powiedzieć? Coś oczywistego, że Krzysia nie ma i to tak boli?

Jeszcze sobie trochę poryczę.

admin

17 listopada 2008

- A jaką ty Tomku sam byś sukienkę założył? - Justyna pierwsza spojrzała na Tomaszka z wielką ciekawością.

- A taką całą złotą! - zapalił się Tomek.

Rzuciłyśmy się od razu go całować.

Tomek był na pokazie mody, który organizowała śliczna Sylwia Olędzka. I pisał dziś relację. Justyna pierwsza starała się go natchnąć weną, stąd pytanie o sukienkę. Tomuś wczuł się w rolę i napisał jak z płatka. Niemal go widziałyśmy siedzącego obok, w złotej lśniącej  sukni. Miodzio!

Darek zawsze siedzi cichutko w swoim kąciku, a jeśli się odezwie, to zawsze jakąś perełką. Dziś perełek nie puszczał, tylko robił odgłosy. Kichał, albo szeleścił ścienną mapą. Szeleścił, to mało powiedziane. Szurał nią, trzaskał i wybuchał. Kompletnie go dziś nie rozumieliśmy. Ja mało zawału  nie dostałam od tych trzasków.

Z Justyną drugą kłóciłyśmy się o efekt jojo. Twierdziłyśmy (z Justyną pierwszą), że ona go ma, ale zaprzeczała, tłumacząc, że tylko „wafelki wpie…la”. Nie udało nam się dowieść, że wpier…lanie wafelków to efekt jojo właśnie. Powiedziała, że i tak będzie je wpie…lać. I słusznie, Konsekwentnym trzeba być!

Kilka dni temu Piotruś pierwszy naskarżył na Piotrusia drugiego (tego co wszystko wie o komputerach i zamieszcza mi filmiki), że ten jest nieużyty. Nieużytość miała się przejawiać następująco:

- Ja go pytam o coś, a on robi minę i jęczy: „to nie wiesz???”

Zdziwiłyśmy się szczerze:

- A nie wiesz????

Przecież Piotruś pierwszy też wszystko wie, jak Piotruś drugi. Dlatego nie przyjęłyśmy do wiadomości sugestii o nieużyteczności Piotrusia drugiego, o nie!

A ja zaraz lecę po piwo. Wypiłam wczoraj Bachorowi Żywca. Wybaczył, to znaczy że kocha. To kupię mu dwa. A wypiłam, bo się wzruszyłam występem artystów z Indii. Napiszę o nich i zamieszczę filmik.

Acha, nasz Krzysio podkuwacz, przyjaciel rodziny, ma dziś urodziny. Krzysiu! Sto lat w zdrówku i przy pieniądzach! I jeździj ostrożnie! Ahoj!

admin

16 listopada 2008

Całe nasze życie, to spotykanie ludzi. Tych najfajniejszych spotykamy znienacka, są jak prezent od Bozi. Otrzymałam parę takich prezentów i nie ukrywam, że proszę o jeszcze. Chytra jestem na fajnych ludzi wręcz nieprzyzwoicie. No, i proszę. Bozia przysłała mi maila od Ani z Sanoka. Cudnej istoty, z piękną duszą i zwariowanym poczuciu humoru.

Ania wpadła na mojego bloga przypadkiem i już została. Prosiła, a by pozdrowić bohaterów opowiadanych historii, co częściowo uczyniłam. Wiola, Guciowa i Bachor od razu Anię polubili. Też kazali przekazać pozdrowienia do Sanoka. A my z Anią sobie od czasu do czasu mailujemy, z obopólną frajdą.

Tak. Ludzi spotyka się znienacka. Pamiętam, jak jeździłam z moją kochaną Małgosią scenarzystką po okolicznych wsiach, w poszukiwaniu siedliska. Niby miałyśmy mapę, ale tak jakoś jeździłam na czuja. Skrótami. Dwa razy droga skończyła nam się w polu. Jedziesz i nagle przed maską wyrasta ci ściana z żyta. Bąkałam pod nosem jakieś przeprosino-wyjaśnienia, ale Małgosia pocieszała mnie z zadowoloną miną:

- Uwielbiam z tobą jeździć na skróty!

Ot, charakter!

Nauczyłyśmy się, że wjeżdżając do obcej wsi, nie wolno zadawać pytań w formie:

- Czy jest tu u was jakieś siedlisko do kupienia?

Odpowiedź niezmiennie brzmi wówczas wrogo i lakonicznie:

- Nie!

Wzięłyśmy się na sposób.

- Sołtys w tamtej wsi powiedział, że u was jest jakieś siedlisko do kupienia - zagajałyśmy przechodniów.

Aaa… skoro sołtys powiedział. I zaraz następowała wyliczanka:

- Leon umarł, to pewnie po nim sprzedajo… No i u Józefów pusto, bo poszli do dzieci… E, to będzie tam, na końcu wsi…

Były to jakieś punkty zaczepienia. Raz podjechałyśmy pod dom, przed którym na ławeczce siedziało dwóch starych kawalerów w odświętnych, niedzielnych koszulach. Koszule nie dopinały się na piwnych brzuszkach, bo brakowało im guzików.

- Naprawdę zamieszkałybyście w naszej wsi? – dziwili się szczerze i uczciwie.

Gdy przytaknęłyśmy, miny zrobili błogie i rozmarzone.

- O Jezu! To będzie z kim pogadać! – stwierdzili zadowoleni.

W innej wsi, wzięła nas na spytki energiczna niewiasta. Tak nas rozpytywała, nie mówiąc jeszcze nic o siedlisku do kupienia, że zrobiło się wokoł nas małe zbiegowsiko.

- A może sklep chcecie założyć? – pytała mrużąc sprytne oczka.

- Nieee… – przyznała Małgosia.

- A coś hodować będziecie?

- Nieee…

- A gdzie pracujecie? Dobrze zarabiacie? A mężów  macie? A dzieci ile? Bo samochód to taki lepszy, widzę.

Jeden z panów postanowił nam się przysłużyć i pokazał ręką kierunek, w którym po siedlisko mamy jechać. Do sąsiedniej wsi. Ciekawska pani kopnęła go lekko w kostkę i lekko odciągnęła za rękaw na bok.

- Ty durny! Do Piórów wysyłasz? A nie widzisz, jakie zaradne dziewczyny?! U nas muszą być! Naszej wsi się przydadzą!

Do nas machnęła ręką:

- Etam! W Piórach, jak świnia jednemu ucieknie, to przez wszystkie podwórka przeleci. Płotów nie mają! Gdzie wam tam do Piórów.

I prawie nas przekonała. Ale kilka dni później znalazłam moje Smocze Pole… Przedsiębiorczej niewiasty, dbającej o interesy własnej wsi, więcej nie widziałam. Pewnie myśli, że jednak do Piórów pojechałam.

Przygody w naszym życiu, to nic innego, jak spotykanie ludzi. Pod tym względem, to życie mam pełne przygód.

Aniu z Sanoka! Pozdrawiam cię ciepło! Mam nadzieję, że poznamy się też osobiście.

admin

11 listopada 2008

Nie wiem jak u was, ale na Smoczym Polu listopad jest absolutnie piękny! Dawno nie miałam takiego poczucia wolności. Kocham te moje pola, słońce, wyskubaną przez konie trawę i tę ich nieskrępowaną wolność i spokój. Chce mi się na tym polu tańczyć i śpiewać. Rano, kiedy konie jeszcze jadły w stajni, pobiegliśmy z pomeranianami, aż pod las. Moje „mopy” wróciły z wycieczki jako ubłocone kłęby skołtunionej wełny. Ale było super!

W sumie trudno opisać taki nastrój. Dokładnie tak, jak pipczenie w samochodzie Sopelka, mojej ciotecznej siostry. Sopel (wbrew przezwisku) jest śliczna. Panów niezmiennie zatyka, gdy na nią patrzą.  I najwyraźniej wyłączają fonię, bo wystarcza im wizja. Sopel pojechała do serwisu, bo gdy jeździła, jej samochód znienacka pipczał. Pipczał i przestawał. Co gorsza, gdy Sopel stawiała się w serwisie, auto milczało. Więc Sopel mogła tylko paszczą naśladować odgłos.

- Robi piiiip…. piiiiip! - tłumaczyła wpatrzonym w nią mechanikom.

- Jak? - skonfundowani panowie starali się uściślić rodzaj dźwięku.

- Piiiip! – posłusznie tłumaczyła Sopel.

Trudno. Auto trzeba było zostawić w warsztacie, bo nikt nie wiedział, o co chodzi. Następnego dnia Sopelek została wezwana do serwisu. Mechanik z dziwnym wyrazem twarzy zademonstrował jej pipczenie.

- Tak! To to! Piiip! – ucieszyła się Sopel, że omamów nie miała i samochód jednak jest zepsuty.

Okazało się, że to był budzik. Nie wiadomo jak, włączyła sobie w opcji zegara budzik. Piiip!

Sopel ma manię sprzątania. Jak się zapędzi w porządkach, trudno przed nią uratować rzeczy niezbędne, acz jej wydające się zbyteczne. Raz do połysku wyszorowała mi drapakiem patelnię teflonową. Bo podczas zmywania się zamyśliła.  Innym razem, gdy została na kilka dni z moimi psami w mieszkaniu (jak wyjeżdżam, ktoś musi mieszkać ze zwierzyńcem), zrobiła mi po swojemu porządki. I przy okazji wyrzuciła kwiatek, który jej wydał się kompletnie zaniedbany i zasuszony. A kwiatek był rzadką odmiana seneccio meksykańskiego (to same kuleczki zwisające z doniczki jak koraliki). Normalnie mało się nie popłakałam i zrobiłam awanturę.

- Gdybyś była ptakiem, to byś zadziobała albinosa, bo jest inny! – zawyrokowałam mściwie i chyba trochę przegięłam, bo Sopel się rozpłakała i nie chciała ze mną gadać.

Sopel zdobyła swoją ksywkę w dzieciństwie. Była tak chuda i lekka, że gdy ganialiśmy się po śniegu po pas (taka zima była wtedy!), to wszyscy się zapadaliśmy w zaspy, a ona biegła po cieniutkiej skorupce lodu na śniegu i nawet nic się pod nią nie ugięło. Kurde, jak Jezus po wodzie.

Dobra. Lecę znowu na moje pole. Mam ochotę na małe ognisko.

admin

9 listopada 2008

Zaraz po skończeniu studiów pracowałam w szkole. Potrzebowałam tej pracy, bo już powzięłam decyzję o rozwodzie. Potrzebowałam też przyjaciół, bo w takiej chwili wsparcie trzeba mieć. No i miałam.

Maria kochała Dostojewskiego (szczególnie „Idiotę” czyli księcia Myszkina), co u magistra rusycystyki nie dziwi. Elegancka, błyskotliwa i nadwrażliwa. Kiedy miałam zapaść twórczą przy cotygodniowym felietonie, dzwoniłam do Marii i skarżyłam się:

- Nie wiem, jak zacząć!

Maria niezmiennie radziła:

- Zacznij od „a, więc”.

Niezmiennie mi to pomagało. I to Maria znalazła sposób na nurtującą nas, od czasu do czasu, głupotę.

- Pszczoło, otwórz szeroko okno. Może mądrość przyjdzie.

Pszczoła była w sumie naszą liderką. Cudna była. I jest. Jeśli się odchudzała, to zrzucała po 40 kg. nawet przy wadze oscylującej w okolicach setki potrafiła założyć seksowną spódniczkę nad kolanka i nie było faceta, który nie chciałby jej schrupać. Ależ ona ma nogi! Pszczoła, niezależnie czy waży 100 czy 70 kg cała jest seksy. Pszczoła klnie jak szewc, ale robi to tak, jakby uprawiała poezję. Człowiek otwiera w zachwycie gębę i milknie, bo chce tylko słuchać. Gdy robiła prawo jazdy, do historii przeszła jej uwaga do faceta, który na światłach trąbił za jej samochodem z literką „L”. Pszczoła odkręciła szybkę i na tyle, na ile samochodowe okienko pozwalało jej wysunąć imponujący tors, wychyliła się i krzyknęła z naganą:

- I czego ch..u trąbisz? Nie widzisz, że się uczę jeździć?!

Kiedyś wszystkie miałyśmy doła i postanowiłyśmy znieczulić rzeczywistość procentami. Każda wyciągnęła z kieszeni, co tam miała. Niewiele tego było. Dół nam się pogłębił. Starczyło tylko na najtańszą wódkę, jaka była. Poszłyśmy z zakupem do Marii i patrzyłyśmy podejrzliwie na butelkę. Pszczoła, z racji swojej masy, postanowiła wziąć pierwsze uderzenie na siebie i spróbować, czy to się da w ogóle pić. Ostrożnie nalała do kieliszka. Patrzyłyśmy w napięciu, jak podnosi go, wychyla, przełyka. Cisza…

- Pszczoło, Pszczoło, no i co? – pytałyśmy z niepokojem.

Pszczoła zaczęła rozciągać usta w powolnym uśmiechu zadowolenia.

- … Jakby pan Jezus przez gardło przechodził… - wyszeptała błogo.

Cała Pszczoła!

Małgosia jest absolutnie piękna. Taką onieśmielającą pięknością. Zadbana, elegancka, nieprzystępna. Mało kto wie, jak szalone ma poczucie humoru. Uwielbiam je. Kiedyś, na zakończenie roku szkolnego, gdy mieliśmy poprawnie rozejść się do domów późną nocą, cała ekipa wylądowała jeszcze w parku nad stawem.

- Och, jak żabki kumkają! Żabki kochane!Małgosia stała nad stawem w zachwycie.

Jakiś czas potem stanęła w tym samym miejscu i zażądała kategorycznie od żab:

- Zamknijcie mordy!

Pszczoła, Maria i Małgosia. Był jeszcze Mariusz. Tego, co wspólnie przeżyliśmy, w sumie nie da się opisać. Braterstwa dusz i szaleństwa umysłów łatwo nie ubierze się w słowa. Co jakiś czas stają mi przed oczyma sceny z naszych przygód. I wtedy potwornie za nimi tęsknię. Ale, każdy z nas jest teraz w innym miejscu. I, jakoś, kurcze, nie możemy się razem spotkać.

admin

8 listopada 2008

Jestem dumna, blada i w łupieżu. Z tej dumy, oczywiście. Miałam spotkanie autorskie z uczniami liceum w siedleckim „Elektryku”, szkole z dużymi tradycjami. Jako pisarka!!! Nie dziennikarka (o zawodzie dziennikarza zdarza mi się opowiadać dosyć często). Spotkanie organizowały panie z biblioteki. Skontaktowała się ze mną pani Wanda Dmowska, śliczna eteryczna blondynka – i to ona poprowadziła spotkanie. A młodzież była cudowna! Dawno nie miałam kontaktu z tak otwartymi głowami, ciekawymi ludzi i świata, a przede wszystkim – z takim poczuciem humoru! Chwytali dowcip z anegdot w lot. Śmieliśmy się razem, wpadając w tony rechotliwe. Kurcze! Panie z biblioteki naprawdę robią świetną robotę: jeśli będzie nam rosło pokolenie takich czytelników, to warto pisać, bo jest dla kogo!

Kapitalnie zachowała się Księgarnia Współczesna pani Hani Paczuskiej. Wyobraźcie sobie, że na tym spotkaniu „Gonić króliczka” można było kupić w super promocji (wzięto pod uwagę zasobność uczniowskich portfeli). Książek zabrakło, a kolejka po autografy, nieskromnie powiem, była długa.

Na spotkaniu były też panie z okolicznych szkolnych bibliotek. Wśród nich – mama Kuby Mędrzyckiego! Ona już miała „Gonić króliczka”, bo była na premierze książki w kwietniu. Poznałyśmy się, gdy jej syn sprawił mi niespodziankę i zatańczył. A Kuba to jest ten tancerz z You Can Dance, przez którego rozpłakał się ze wzruszenia Michał Piróg, groźny juror!

- O! Właśnie wczoraj wysłałam esemesa na Kubę! – krzyknęłam, gdy mama Kuby się przedstawiła.

A ona mnie: cmok! Za tego esemesa.

No w ogóle, mówię wam: było super! A młodzież jest cudna! I panie z biblioteki też!


FireStats icon Działa dzięki FireStats