Archive for Lipiec, 2009

admin

31 lipca 2009

Czy w waszej okolicy komary są równie drapieżne i bezczelne? Moje są nachalne, żarłoczne i bezwstydnie rozmnażające się. Co wieczór widzę, jak siedzą na szybie balkonu i zaglądają z głodem w oczach do salonu. Ich krwiożercze tutki jęczą na mój widok:

- Mięsko! Mięsko!

Komary i chmury przeszkodziły mi w obserwacji nieba. Specjalnie sprowadzony do mojego nowego teleskopu astronom Sławuś też nie zdzierżył towarzystwa krwiożerczych bestii. Oganialiśmy się jakimiś chińskimi pałeczkami, które dymem miały je odstraszyć, ale niewiele to pomagało. A potem przyszły chmury i nawet księżyca nie było widać. A jeszcze potem Sławek wyjechał i tylko telefonicznie udziela mi instrukcji, jak kręcić pokrętełkami i gdzie patrzeć. Widziałam już kratery na ksieżycu! Ciary mi przeszły po plecach.

A ostatnie dni są dziwne. Ludziom dzieją się różne rzeczy. Taka Tereska, na przykład. Cudny to człowiek ta Tereska. Nie znam drugiej tak dumnej i honorowej istoty. I lojalnej. Jest niesamowita. Pracowałyśmy razem dla TVP. Ona jako kamerzystka. Gdy ja odeszłam, nauczyła się sama robić materiały do Kuriera Mazowieckiego. Robi je bardzo dobrze i rzetelnie, jak fachura. No i dwa dni temu robiła materiał w terenie.

- Nienawidzę terenu! - darła się do słuchawki. - Jakiś byk się zerwał, ludzie uciekli, nie mogłam zrobić setki, guzik mi się urwał w spodniach, wszyscy biegali!

Byk był tak skuteczny, że osoby umówione na reportaż rzeczywiście uciekły. I Tereska szukała na duch następnych, nie mając już tego guzika przy spodniach i musiała je przytrzymywać i jeszcze kamerą kręcić.

Pamiętam, jak robiłyśmy reportaż o bocianie, który przyleciał z Afryki ze strzałą w boku. Gospodarz, u którego na słupie było gniazdo, chodził w obszarpanych spodniach z rozwalonym rozporkiem. Wsadzał głęboko ręce w kieszenie, rozporek się rozdziawiał i nie wiedziałyśmy, gdzie oczy podziać. A pan lekceważył nas okrutnie:

- Iiiii tam… telewizja… Iiii tam!

Żałowałam, że nie mogłyśmy zrobić takiego myku jak nasi komputerowcy w Tygodniku Siedleckim. Dziennikarka nie zauważyła, że jej rozmówca (też rolnik nota bene) ma rozpięty rozporek. Cyknęła zdjęcie, zesłała. No i nasi chłopcy mu komputerowo ten rozporek zapięli. Majstersztyk!

A do mnie jadą goście: dziś będzie Basia i Robert z dziećmi, w niedzielę dojedzie  Wiola z Piotrem, zapowiedzieli się też Ania z Waldim.

admin

25 lipca 2009

No i przytarłam ten mój nowy śliczny samochodzik. Jak ostatni gamoń wjeżdżałam do podziemnego garażu w Sopocie. A potem miałam, za przeproszeniem, sraczkę na przyjęciu i gospodarze podali mi stoperan między flądrą z grilla a tortem. Mówię wam: po tym urlopie, to muszę wziąć trochę wolnego, żeby odpocząć.

GARAŻ

Gdy Bachor zobaczył mój samochodzik, złapał się za głowę i tak jakoś żałośnie jęknął:

- Aj, ajaj, ajajaj!

- Synuś – pocieszałam go. – Co tam nasz boczek! Żebyś ty tę ścianę zobaczył!

Fakt. Ściana się posypała do żywego.  Nie lubię garaży podziemnych. Wjeżdżałam, a Guciowa dawała mi znaki. Tak się na nią zapatrzyłam, że nie zwróciłam uwagi na to, czy się mieszczę. Nie zmieściłam. W dodatku nie mogłam od razu dać ujścia swym emocjom, bo Guciowa wszystko bierze do siebie. Jak ją znam, gdybym zaczęła od razu rwać włosy z głowy, to założę się, że bidulka siadłaby tą swoją mikroskopijną dupcią na zimnym betonie i rwała włosy także, że to przez nią. Pozostałam więc w beztroskim uśmiechu, aczkolwiek z pewną bladością na twarzy.

WYSTAWA

Z Wiolą nie było gadki, bo cały czas latała, jak to organizator. Ogromnie lubię gdyńskie wystawy psów rasowych. Wiola i Basia Onak (przewodnicząca gdyńskiego oddziału) to najbardziej uczciwe i szlachetne jednostki jakie znam w świecie kynologii. Kocham je.

Na konkurencjach finałowych robiłyśmy wielką klakę psom, które nam się podobały. Okazało się, że mamy oko, bo wszystkie nasze faworyty wygrywały. BIS-a wziął cudny bokser.Jak tylko właściciel go prezentował, to my się darłyśmy:

- Łołołoł!!!

I wiecie: owacje, tupanie, brawo, brawo i takie tam. No i jak bokser wygrał, to my z Anią podeszłyśmy do jego właściciela z gratulacjami.

- Taki śliczny piesek! – zachwycała się Ania. - Normalnie podobny do pana.

- To my, proszę pana, robiłyśmy „łołołoł” – podkreśliłam, ściskając rękę właścicielowi.

Marcin Gorazdowski (znacie go już z relacji z wystawy fotografii w Siedlcach) stał obok i patrzył dziwnie.

- Ładnie to tak się podlizywać? – zapytał z pewnym niesmakiem.

Okazało się, że właściciel boksera jest sędzią kynologicznym.

- I robi rozszerzenie na grupę piątą – znacząco wycedził Marcin.

Cóż… moje szpice są w piątej grupie. Czy muszę coś więcej dodawać? To się nazywa wyczucie!

SRACZKA

A ze sraczką było tak: to  nie ja ją miałam mieć, tylko Ania (z Sanoka). Ale Anię pan Bóg kocha chyba bardziej, bo ją uleczył, a na mnie zesłał ten dopust Boży.

Po wystawie psów pojechaliśmy do Basi Onakowej na grilla. Zestaw był mocny: Ela i Marcin, Janeczka, Wiola, Basia z mężem no i my- z Guciową i Anią. Żałowałam okrutnie, że Nitencja prosto po sędziowaniu odjechała do domu, bo ona jest cudna kompanka na takich imprezach. Mąż Basi robił za szefa kuchni. I czegoż to na stole nie było! śledziki zapiekane w marynacie, śledziki w pieprzu, flądra smażona, flądra z grilla… Jezu!

Muszę tu wtrącić dygresję: odjeżdżałam nad morze w przekonaniu, że mam marskość wątroby. Co najmniej. W drodze zadzwoniłam do mojej lekarki Grażynki Szubielskiej po pociechę.

- Kochana, będę nad morzem… Wiesz, rybkę bym zjadła…

- A broń cię Boże! Sucharki masz?

Miałam. Żarłyśmy je razem z Anią, bo ona z kolei miała sensacje żołądkowe. No i nasze dni nad morzem wyglądały tak: cały dzień sucharki, a wieczorem RYBKI, PIWKO, no i węgiel i raphacholin, czy coś takiego.

Po smażonej flądrze u Basi poczułam, że nie wątroba mi wysiada, ale żołądek. Dałam znaki Ani i poleciałyśmy do samochodu szukać węgla. Chciałyśmy to zrobić dyskretnie, ale Marcin, który wszystko widzi i musi w dodatku obwieścić to światu, domagał się prawdy:

- Powiedz po prostu, że masz sraczkę.

Tajemnicę diabli wzięli. Po flądrze smażonej i pierwszych dwóch wizytach za „drzwiami z serduszkiem” łyknęłam sześć węgli. A tu wjeżdża flądra z grilla! I pachnie! Ja tam jestem łakomczuch okropny. Żałośnie spojrzałam na Andrzeja, męża Basi i cicho wyznałam:

- Poproszę!

Andrzej, który karmiłby ludzi od tana do nocy, tylko błysnął oczami z uznaniem. Dostałam flądrę zapakowaną w folię aluminiową, a za chwilę Andrzej wyrósł przede mną z pudełeczkiem leku:

- Stoperan! – zaanonsował z dumą.

Łyknęłam.

A potem Basia wniosła tort makowy! I wyczekująco patrzyła na mnie.

- A co tam! - wrzasnęłam. – Patrz, jaki mam charakter!

I pochłonęłam porcję tortu.

Nigdy nie przyznam się Szubielsi, co wyczyniałam nad morzem! Po powrocie skierowała mnie natychmiast na badania. Wyniki będą w poniedziałek. Patrzę na to skierowanie i oczom nie wierzę. Same STARCZE badania! Próba wątrobowa, cholesterol, poziom cukru, jasna cholera! Pewną pociechę przyniosła mi przed chwilą Ania, która na gg zadała mi przewrotne pytanie:

- Zgadnij, co mam…

Po namyśle pytam z nieśmiałą nadzieją:

- Sraczkę?!

Otóż, tak! Nie to, żebym jej źle życzyła, broń Boże! Ale we dwie, jakoś raźniej…

admin

17 lipca 2009

Kogut idiota mi został. Albo mściciel. Mści się za to, że nie był pupilem. A ja, cholera, po prostu się pomyliłam i pupil odjechał. A idiota został!

Kogutków wyrosło mi pięć. Po rzezi niewiniątek kurek też zostało pięć.

- Niedobrze - westchnął Jędruś, który mnie kurnikiem zaraził (to przez niego zachciało mi się jajek od własnych kokoszek i przeszłam cały ten cyrk z odchowywaniem jednodniowych piskląt).

Zaraz wyjaśnił, dlaczego niedobrze. Chodziło o kogucią naturę i temperament.

- Będą walczyły między sobą do krwi, a kury, za przeproszeniem, będą dupy ciągały po ziemi.

Pięknie!

- Na pięć kurek to i jeden kogut, to aż nadto – zawyrokował Jędruś.

No i myśl teraz człowieku, co z czterema zrobić.

- Zaciukać! - sąsiad nie miał wątpliwości.  - Rosołek będzie.

Ale jak tu zaciukać i zjeść, jak kogutki mnie kochają? Gdy tylko wychodzę na werandę, zaczynają piać i mnie wołać? Jeden zawsze piał najpiękniej. Pupil. Ten w garnku nigdy nie skończy!

Kogutki uratował Stasio, który w rodzinie ma miłośnika zielononóżek. Wczoraj przyjechał po cztery zbędne kawalery. Kogutki odjechały, a ja tu nagle słyszę z kurnika obce pienie. Niezdarne, zachrypnięte, niewyrobione. O, masz! Jakaś oferma została!Bo problem był taki, że one wszystkie są identyczne.

Rano oferma pokazała, co potrafi. Podziobała kury, a mnie chciała wygonić z kojca. Idiota! Na mój widok nie pieje, tylko się stroszy. Właśnie doznaję uczuć, które pozwalają wsadzić kurę do gara i zjeść nawet z satysfakcją. Ale zobaczę, jak sytuacja się rozwinie.  W końcu bierze odwet za faworyzowanie rywala. Staram się go zrozumieć.

Idiota nic, tylko pręży muskuły!

Idiota nic, tylko pręży muskuły!

Tak wygląda ten idiota.

Dzisiaj dojedzie do mnie Ania z Sanoka. Jurto o 6 rano wyjedziemy do Sopotu, do Guciowej. Wiola szaleje przy wystawie, ale potem mamy się spotkać na grillu w Rewie, u Basi. Pobędziemy nad morzem do czwartku.

admin

15 lipca 2009

Dobra, miało być z grubej rury i radośnie. Tymczasem, kurde, cienkim głosem pieję. Właśnie się dowiedziałam, że mam wątrobę. W nocy ta wiadomość przyszła. Nigdy nie wierzyłam matce i Guciowej, że coś takiego istnieje. O żesz! Nieprzespana noc, to pikuś. Właśnie przyszłam do redakcji i jako pierwszych spotkałam Szefa i Krzysiaczka. Kazałam im się oglądać, czy nie mam plam wątrobowych! Ponoć nie mam. Uff! Ale jestem na ścisłej diecie: sucharki i niegazowana mineralna. O, ja biedna!

Od wczoraj mam filozoficzne przemyślenia na temat mimowolnych zaburzeń komunikacji słownej. Brzmi nieco skomplikowanie, ale i temat nie jest taki prosty, jakby się wydawało. Oto, na przykład, przygotowywaliśmy do gazety raport o duchach. O miejscach, w których coś starszy, ludzie siwieją, jęki słychać i takie tam. „Coś tam coś tam” – jakby powiedziała posłanka Kruk. Rozgrywającym raport, czyli trzymającym wszystko w kupie, był kolega Darek. No, i Szef go dorwał i pyta:

- Kiedy ja te duchy zobaczę?

Kolega Darek długo nie mógł po tym pytaniu dojść do siebie.

Z kolei na świętym zebraniu redakcyjnym Zbysio opowiadał o swym ostatnim artykule.

- Chodzi o te pasożyty w piaskownicach - rzucił z przejęciem.

- To się dzieci nazywa – warknęła pod nosem Justyna, która w ciąży będąc, wszystko odbiera osobiście.

Tymczasem Zbysiowi chodziło o glisty.

Wczoraj zadzwoniła do mnie Wiola, która musiała się mocno trzymać krzesła, żeby nie spaść ze śmiechu. Otóż podała do Niemiec imiona moich niedawno narodzonych szczeniaczków, jeden to Gringo, a drugi Good Guy (czyli porządne chłopisko w tłumaczeniu). Ale Wioli się pisownia opsnęła i wyszło jej Good Gay. No i zewsząd zaczęły napływać wyrazy szczerego zainteresowania co do właścicielki, która tak… hmmm… oryginalnie nazwała pieska. Wiola zaczęła natychmiast odkręcać to drobne nieporozumienie w obcym sobie języku i z ulgą kończąc  posta na niemieckim forum pozdrowiła z rozpędu wszystkich „dobrych gejów” z całego serca. Na szczęście zostało to przyjęte z dowcipem i zrozumieniem, ale maluch jest już znany na całe Niemcy.

Sami widzicie, że słowo ma potężną moc. Normalnie, coś tam, coś tam!

admin

Free Image Hosting at www.ImageShack.us7 lipca 2007

Zobaczcie kochani! Martusia przysłała mi skany z Tygodnika Wałbrzyskiego, który drukuje w odcinkach „Gonić króliczka”! Ukazało się już 6 odcinków. Kocham Tygodnik Wałbrzyski i Czytelników gazety. Gorąco ich wszystkich pozdrawiam!

Na razie mało tu piszę, bo znowu się dużo dzieje i składam wszystko do kupy. Nie mogę napisać, co, bo to nie dotyczy bezpośrednio mojego życia, ale przeżywam to wszystko okropnie. Co za rok!

Kury mają się dobrze, koguty nawet pieją.

Wianki jednak puszczałyśmy i zamieszczę zdjęcia, bo jajowato było. To na razie. W końcu są wakacje.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us


FireStats icon Działa dzięki FireStats