Archive for Czerwiec, 2011

admin

25 czerwca 2011

Dzisiaj miałam zgrzyt. Taki ładny dzień, a ja spotkałam dawną koleżankę z ogólniaka, której życie się nie ułożyło. Zawsze mam wrażenie, że ona albo jest na psychotropach, albo ma kłopot z wódą, albo to i to razem wzięte. No i mam zasadę, że nie kopię leżącego. Koleżanka okazała pewną złośliwość, ale ja się powstrzymałam! Jestem wielka! No, bo przecież nie powiem garbatemu, że garbaty, a przegranemu, że przegrany. Aczkolwiek ostatnio zrobiłam przyjaciołom awanturę o poranku. I wykrzyczałam, co myślę… A było to bladym świtem w Szczecinie, po nocy pełnej przygód w pociągu.

Oni mnie już chyba nie lubią! Myślę o tym bez przerwy. Na pewno już mnie nie lubią! Po tej awanturce.

O tym, że pojedziemy do Szczecina pociągiem zadecydowała Jadwiga, nazywana w naszym gronie Kierowniczką (KEROWNICZKA – jak mawia Adaś).

- Cały przedział będzie nasz, weźmiemy jak za socjalizmu gotowane jajka, bo śmierdzą i nikt nie będzie się chciał dosiadać – roztaczała przed nami upojne wizje.

- I ogórki kiszone!

- I naczosnkowaną kiełbasę! – wykazaliśmy się nie gorszą inwencją.

- Będzie fajnie! – podsumowała Kierowniczka, a my jak te małe szczeniaki nie mogliśmy się doczekać nocy w pociągu relacji Warszawa – Szczecin.

No, i było fajnie. Tomek nie zawiódł i do kulinarnych ekscesów odstraszających potencjalnych współpasażerów dorzucił śledzie. Strzał w dziesiątkę! Pyszne! Zasnęliśmy bladym świtem, przykryci kołderką dla psa. Ja i Jadwiga miałyśmy to szczęście, bo kołderka należąca do psa Tomka wystarczyła tylko na nas dwie.

W Szczecinie wyszliśmy na peron gdzieś około 5.30 rano. Taaa… Okazało się, że tramwaj, który nas miał zawieść spod dworca pod sam stadion, NIE KURSUJE, bo remontowana jest ulica dojazdowa. Taaa… Stoimy z bagażami, z psami przy zasyfionych schodach przed dworcem… I tak stoimy, stoimy…

- Muszę się wykąpać – jęczy Tomek. – Gdzie tu można się wykąpać?

Taaa….

- Napiję się kawy – decyduje Jadwiga i idzie na dworzec postukać w automat.

Taaa… Stoimy dalej…. Dociera do mnie, że chyba nam się coś rozłazi…

- Nie mamy PLANU B?! – pytam ze zgrozą.

Jakiś pan informuje nas, że żeby dojechać na stadion, musimy iść w zupełnie inne miejsce, gdzieś w górę i tam łapać tramwaj… Stoimy dalej… Mijają nas kolejni podróżni z jakiegoś innego pociągu… Wsiadają w autobusy, wsiadają w taksówki…

- Może pojedziemy taksówką? – zastanawia się Jadwiga i idzie na przeszpiegi, kto weźmie pięć osób z psami.

Wraca z informacją, że jest śmiałek, który nas zawiezie za 60 złotych. No! W końcu!

- Eee… tyle pieniędzy… Poradzimy sobie bez taksówki – Marta wzrusza ramionami.

- To tylko 10 złotych na głowę – protestuję, bo nagle wizja opuszczenia zasyfionego dworca zaczęła się oddalać z prędkością odrzutowca.

Szukam poparcia w oczach Kierowniczki. A ona nagle gdzieś ucieka ze spojrzeniem.

- To idź zagadaj z taksówkarzem – mówi jakoś niewyraźnie.

- Ja?! Ty z nim negocjowałaś warunki!

- No i się pokłóciłam. Jak on powiedział, że zawiezie nas za 60, to ja powiedziałam „Dziękuję! Tramwajem będzie taniej” – przyznała Kierowniczka, naśladując nawet ton głosu, taki pełen pogardy i wyższości.

- Tak powiedziałaś?! – jęczę z rozpaczą. – A on co na to?

- „Proszę bardzo!” – Kierowniczka z odrazą naśladuje głos taksówkarza.

No, tak… Tośmy pojechali.

Ostatecznie poszliśmy za dziewczyną z akitą, która wyglądała na przytomną i jakby wiedziała, dokąd zmierza. Pokonaliśmy potworne kilometry z bagażami, ciągle pod górę (porąbany ten Szczecin), aż doszliśmy do do właściwego przystanku. Odczekaliśmy na właściwy tramwaj. Dziewczyna z akitą miała rozpiskę, na którym przystanku trzeba wysiąść. Z internetu wzięła. Ponoć oddział szczeciński sam zamieścił na swojej stronie ściągawkę i mapkę.

Gdy doszliśmy na wystawę, rozbiliśmy namiocik… pękłam. I teraz uprzedzam: będą brzydkie wyrazy, dzieci niech nie czytają, bo to będą bardzo brzydkie wyrazy… Dobra, wykropkuję.

- Ku..a! – darłam się. – I nie można było tak od razu? To nie! Staliśmy na zasyfionym dworcu jak jakieś głupie ch..e! Ten tylko „wykąpać się, wykąpać się”, a ta kawę w tym syfie piła i, ku..a, dalej byśmy tak stali.  Tej, ku..a, za drogo było z kolei. 10 zł, ku..a!Czy tu był jakiś kierownik wycieczki?!

No i tak w ten deseń trochę mi się ulało. Tomek bez słowa, ostentacyjnie zabrał kołderkę i rozłożył ją swojemu psu. Potem razem z Kierowniczką i Martą odeszli na boczek. Adaś zupełnie neutralny został ze mną. Nie wiem, co gadali. Po 10 minutach mi przeszło. Na drugi raz, jeśli nie będzie wyraźnie powiedziane, kto dowodzi stadem i nie będzie planu B – nie jadę!

Do mojej awanturki więcej nie wracaliśmy. W lipcu mamy pojechać razem do Kaliningradu, więc nie wiem, czy się cieszą. Na szczęście, już nie pociągiem. W moim samochodzie, ja będę kierownikiem wycieczki.

Ale powiem wam, że i tak ich kocham! Fajni są. Nawet, jak tak staliśmy, jak te głupie ch..e na zasyfionym dworcu. To po prostu we mnie czasem coś wykipi. I, już.

admin

2 czerwca 2011

Różne rzeczy gubiłam. Firankę zgubiłam, kołdrę zgubiłam… Znaczy kołdra się znalazła: to była ta sama kołdra tylko jakoś inaczej wyglądała. Ale Pszczoła pobiła wszystkich. Pszczoła zgubiła czterdziesty piąty rok życia! Za cholerę nie może się go doliczyć.

A zaczęło się niewinnie: od wyznania, że, kurcze, ma już 46 lat i nic na to nie poradzi.

- Masz 47 – usłużnie sprostował kolega.

- Mam 46 – poprawiła go Pszczoła.

- 47.

- 46.

Kolega był uparty. Pszczoła wzięła się pod boki i sięgnęła po koronny argument.

- Nie mogę mieć 47 lat, skoro w tamtym roku obchodziłam 45. urodziny. Ha! Mam 46!

Ale coś ją tknęło i poszła policzyć na boku, jak to z tymi latami jest. Policzyła.

- K…a! – skomentowała obliczenia.

No, wychodzi, że ma 47 lat…

- To skoro w tamtym roku obchodziłam 45 urodziny, a miałam 46 lat, to gdzie mój 45 rok? – wydarła się oburzona.

No właśnie. Rozumiem jej oburzenie. Żyć bez 45 roku życia?!  Bo, niby co się z nim stało? Musiał być! No, ale nie było. To jak z moją firanką. Była, a nie ma…

Kocham Pszczołę. Zgubić rok życia, zupełnie na trzeźwo, to jest coś.


FireStats icon Działa dzięki FireStats