Z życia redakcji – tak też bywa… | Goniąc króliczka
admin

8 maja 2008

Niesamowicie boleśnie odczuwamy w redakcji fazy księżyca. Czy zauważyliście, że faktycznie przy pełni, a często też przy nowiu, w ludziach budzą się demony? Bolesność faz nie dotyczy naszych wzajemnych relacji, nie. Przy pełni nawiedza nas więcej ludzi „odlecianych”, a przy nowiu – agresywnych, wręcz żądnych krwi.

Ależ proszę pani, ten pan dostał już wyrok, zapłacił karę i zadośćuczynienie, ewidentnie żałował tego, co zrobił – ze zdziwieniem przeglądałam dokumenty, które pewna kobieta przyniosła do redakcji. Sprawa jest zakończona od dwóch lat, więc o co kobiecie chodzi, czego jeszcze chce?

Uważam, że to za mało – stwierdziła mściwie. – Musicie go jeszcze opisać.Trzeba go zniszczyć!

To był nów. Podczas nowiu ludzie dzwonią z donosami, wysyłają wstrętne anonimy, skrażą się na sąsiadów, wójtów, na wyrodne dzieci lub na małżonka. Przy pełni, niestety, odwiedzają nas także osoby chore. Tak, jak piękna młoda dziewczyna, która usiadła naprzewko mnie i z rozpaczą stwierdziła:

Ktoś musi mi pomóc, bo oni mnie prześladują!

Oni, to znaczy, kto? – pytam.

No, ONI! – znacząco mówi dziewczyna o delikatnej twarzy Madonny, a ja już wiem, że jest pełnia. I ściska mi się serce. Dziewczyna jest naprawdę piękna, delikatna, taka krucha!

Czy wzywała pani policję? – rozmawiam z nią, bo tylko to mogę zrobić.

Tak, ale to nic nie daje, bo jak podjeżdża policja, to oni zeskakują z parapetu i policja mi nie wierzy.

No, ale to chyba policja widzi tych zeskakujących z parapetu…

Nie, bo ONI są tacy malutcy, że ich prawie nie widać! Prześladują mnie. Hałasują. Nie mogę tak dłużej.

Mam ochotę pogłaskać tę smutną, umęczoną buzię. Dodać jej jakoś otuchy, sił do walki z życiem i chorobą.

To może nie zwracaj na nich uwagi, udawaj, że ich nie widzisz. Znudzą się i pójdą sobie -proponuję.

Mogę spróbować – mówi dziewczyna i grzecznie się ze mną żegna. Ja mam już zepsuty dzień do końca. Tak bardzo mi jej żal.

Mniej natomiast mi żal pani z drugiej pełni.

Z parku znikają drzewa i ptaki. Jednego dnia są, drugiego nie ma. Podejrzewam, że to sprawka wójta – mówi pani konspiracyjnie, a ja wrednie bronię się tym, że pani jest z terenu Garwolina, więc „podlega” pod Justynę. Próbuję wziąć od pani numer telefonu, by przekazać koleżance, którą zresztą bardzo lubię, ale „lajf is brutal”.

Ale ja mam telefon na podsłuchu – zastrzega. – Nie dam, dla bezpieczeństwa.

Jasne. Więc mówię jej, kiedy Justyna będzie w redakcji, ale pani nie słucha tylko opowiada koszmarnym słowotokiem o tajemniczych zniknięciach. Przerywam tyradę, tłumaczę, że zamykamy numer i nie mogę z nią rozmawiać, niech się umówi z Justyną. Pani wychodzi, za chwilę wraca.

Nie wzięła pani mojego telefonu! – mówi z pretensją.

Bo ma go pani na podsłuchu – odpowiadam z podobną urazą.

A, faktycznie.

Pani wychodzi. Uff.

Przy pełni i przy nowiu przydałby nam się w redakcji psycholog. I może nie tyle dla tych, co nas nawiedzają, co DLA NAS. Już po tych nawiedzeniach.



8 komentarzy do “Z życia redakcji – tak też bywa…”

  1. lucyolejniczak mówi:

    Znam parę takich osób, więc rozumiem Cię doskonale. Człowiek czuje się potem tak, jakby mu siedziała drzazga w duszy.
    Ładne te Twoje historie, mimo że smutne.

  2. admin mówi:

    Lucy, czasem się zastanawiam, czy ja tych ludzi jakoś przyciągam, tak wiele spotykam ich na swojej drodze. Chociaż, może to jednak kwestia zawodu i zwykłej statystyki: siłą rzeczy kontaktuję się z większą liczbą osób niż przeciętny Kowalski. Ale i tak nie mogę narzekać. Mój redakcyjny kolega dostał kiedyś, po pełni, przesyłkę pocztową na swoje nazwisko. Otwiera – gazeta. Nasza, zresztą. Rozkłada, bo była złożona w kwadracik… I rzuca wściekły. W środku było prawdziwie gówienko. Chyba ludzkie. Chyba od tego „wielbiciela”. No, i co Ty na to?

  3. lucyolejniczak mówi:

    Hmm… ja też chyba przyciągam takich ludzi. Może dlatego, że potrafimy cierpliwie słuchać, co nie jest sztuką łatwą. Większość ludzi wycofuje się po pierwszych „a na półce z książkami siedziała zakrwawiona dziewczyna” ( autentyczne), a my tylko słuchamy i kiwamy głowami. Człowiek się wygada i już mu lepiej, a my najwyżej stracimy trochę czasu. Czasami jednak warto.

  4. Milena Celińska mówi:

    To jeszcze nic…Zwyczajny dzień, dyżur w redakcji. Telefony nie dzwonią,pusty pokój dziennikarzy – tylko ja i błogi spokój…Nagle owteirają sie drzwi i do pokoju redakcyjnego wpada jakiś facet i krzyczy już od progu: „Ma Pani dyktafon na małe czy na duże kasetki?!” Siada i nie dając mi nawet powiedzieć :dzień dobry, krzyczy dalej: „Tytuł będzie Rekiny zjadły Płotkę!”. Uspokajam człowieka i proszę, by wszystko mi po kolei opowiedział. Okazuje się, że Facet kupił mieszkanie na przetargu, za okazyjnie niską cenę. Nie oglądał tego lokum wcześniej. Ot tak, kupił bo słyszał, że to okazja.Kiedy zobaczył swoje nowe cztery kąty, zdębiał: okna pobite, drzwi wejściowe połamane, ściany podrapane – istna ruina! Słucham więc spokojnie tej opowieści Jegomościa i po chwili grzecznie pytam, czy ma jakieś dokumenty, umowę… „Mam, jak nie mam?!” odpwiada i rzuca mi na biurko stertą papierów. Czytam wnikliwie, słowo , po słowie, a w umowie wszytko czarno na białym – beznadziejny stan mieszkania dokładnie opisany. Mówię wiec, o tym Jegomościowi, a on mi na to oburzony: „Ale jak ja TO podpisywałem to okularów nie miałem!”…
    Mariolu, to PEŁNIA?
    Na pewno. I choć wydawałoby się że to koniec tej historii to ma ona inne zakończenie 🙂 Za kilka dni, Jegomość znów mnie nawiedził i znów krzyczał od progu:”Proszę Pani,zmieniamy tytuł! Teraz tytuł będzie Płotka pokonała Rekiny, bo proszę Pani sprzedający mieszkanie zgodził się, by jeszcze obniżyć cenę i kupiłem tę ruderę prawie za darmo”

    Mhhh…Wariat to zawsze ma szczęście :))

  5. admin mówi:

    Spotkania z takimi ludźmi są dla mnie również miernikiem… mjego stanu. Czasem, gdy za bardzo przeżywam ich tragedię, wiem, że muszę odpoczać. Zawsze sobie powtarzam wtedy: gdzie twój dystans,to nieprofesjonalne – płakać razem z kimś lub nad kimś.
    Ale staram się ich wysłuchać, dodać otuchy. No, chyba że są agrsywni. Jak jeden pan, który mnie popchnął i krzyknął: pani jest bydlę, ja tu bombę podłożę!
    No bo to i tak bywa…

  6. Borowy Duch mówi:

    Nie lubię blogów, a już najbardziej nie lubię wpisywania się do nich, jak za młodych lat do pamiętników (bo jak koleżanki wciskały mi w podstawówce te kajeciki i prosiły, bym się wpisał, a ja pisałem kilka zwykłych zdań, że na pamiątkę i w ogóle, to one niezadowolone były. Oczekiwały, że wykaligrafuję im jakichś durnowatych wierszydeł upstrzonych częstochowskimi rymami w stylu: „Na górze róże, na dole fiołki, kochajmy się jak dwa aniołki”…).
    Jednak zrobiłem to. Wpisałem się do blogu Ofki. Skłonił mnie m.in. temat i podejście do „kwestii wariactwa” w urzędach, w sądach i prokuraturze, na policji, nawet w redakcji „TS”.
    Wariaci mówicie? Hm… A jaka jest norma wariactwa i normalności? Gdzie jest ta granica, po której człek odwiedzający redakcję lub telefonujący do dziennikarzy jest bez piątej klepki, a kiedy ma tylko umysł w nieładzie artystycznym?
    To bardzo trudne pytania nawet dla fachowców, o czym może świadczyć interesujący wywiad w „Newsweeku” (nr 19 z 11.05) z prof. Januszem Rybakowskim, lekarzem psychiatrą, który w swojej, wydanej niedawno książce „Oblicza choroby maniakalno-depresyjnej”, określił ją mianem fascynującej.
    Powiecie, że to nic nadzwyczajnego, bo przecież psychiatra nie byłby profesorem, gdyby choroby psychiczne go nie fascynowały. No i racja. Ale racją jest też kilka kwestii, które w tym wywiadzie zostały poruszone. Mnie w pamięć zapadło jedno stwierdzenie najmocniej. Że ludzie zdradzający objawy zachowań patologicznych dostrzegaja rzeczy, których inni nie widzą.
    Jeśli ludzie odwiedzający redakcję opowiadaja o sprawach, które trzymają sie kupy i nie są w widocznym obłędzie, to ja nie czułbym się na siłach, by określać ich mianem wariatów. Czy wariatem jest niedorozwiniety człowiek, pensjonariusz DPS w Ryżkach, który co jakiś czas telefonuje do redakcji, by się podzielić radością z faktu, ze tam mu dobrze i że pani Zosia (zapewne opiekunka) jest super? Czy wariatką jest na własne życzenie tragicznie doświadczana przez życie i sąsiadów kobieta z gminy Wojcieszków, która wypłakuje się w telefoniczną słuchawkę, że komornik znowu zabrał jej rentę, a ona ma gruźlice i nie ma sie za co leczyć? Czy wariatem, i to groźnym, którego trzeba było na badania psychiatryczne do zamkniętego szpitala kierować, jest Franciszek, emeryt – kolejarz, który procesuje się z całym swiatem, bo swoiście (powiedziałbym bardzo pierwotnie, jak Kargul i Pawlak) pojmuje pojęcie sprawiedliwości? W końcu czy wariatem nie jestem przypadkiem ja, że tego wszystkiego wysłuchuję, że potrafie nie jesć i nie spać, tylko dobę siedzieć i stukać w klawiaturę?
    No to na koniec co ciekawsze postacie z listy „Newsweeka”, u których stwierdzono albo na podstawie zachowania dziś zdiagnozowano choroby psychiczne…
    Robert Schumann, Thomas Jefferson, Jerzy Kosiński, Vincent van Gogh, Ernest Hemingway, Isaac Newton, Albert Einstein, Andy Warhol, Immanuel Kant, Alfred Kinsey, Bernard Low Montgomery, Wolfgang Amadeus Mozart, Georg Orwell, Archimedes, Bella Bartok, Ludwig van Beethoven, Charles Darwin, Hans Christian Andersen, Arthur Conan Doyle, Baruch Spinoza, Charles de Gaulle…
    No i proszę bardzo.
    Napisałem raz, a dobrze. Pozdrawiam czytających.

  7. admin mówi:

    Piotruś, ty jak zwykle z grubej rury! Wiesz, że na wszystkie twoje pytania” czy wariatem jest…?” chciałam od razu twierdząco odpowiadać :”Tak!”?. Oczywiście, że „normalnosć” dzieli od „nienormalności” cieniutka linia. I faktycznie, w naszym zawodzie też po trosze musimy być wariantami. Bo inaczej byśmy zwariowali. Niechybnie.

  8. bachor mówi:

    Moja mama zawsze była wariatką… taką kochaną wariatką 🙂


FireStats icon Działa dzięki FireStats