Srutu tutu… | Goniąc króliczka
admin

26 grudnia 2009

Pozwólcie, że tu właśnie wszystkim podziękuję za życzenia. Jak zwykle rzeczywistość mnie przerosła. Wszystkim także życzę samych cudowności i wielkiej pomyślności!

Przedświąteczna trauma trochę ze mnie schodzi. Ludzie przed świętami nie maja szacunku do przestrzeni osobistej bliźnich. Wchodzą na plecy, sapią do ucha, chuchają, napierają i takie tam. Koszmar! Jak ta głupia uległam szałowi zakupów i mam teraz pełną lodówkę, zamrażarkę, a Tina chodzi i puka się w czoło, bo kto to zje? Ona na pewno, nie! Odmawia stanowczo zasłaniając się jakimiś tam możliwościami konsumpcyjnymi. Bzdura! W święta się je! Ja już się turlam, ale przecież nie mogę się poddać!

Po raz pierwszy zrobiłam pierogi. Znaczy wszyscy robiliśmy: ja, Tina i Bachor. Aha, i Justyna. Udzielała instruktażu przez telefon między jednym karmieniem Tosi, a drugim.

– Kapustę wyciskasz, drobno kroisz, grzybki też. Nie miel maszynka bo ci się breja zrobi – pouczała.

Dobra. Co dalej? dzwonię znowu, meldując, że pokrojone.

– A cebulkę już dodałaś?

Jaka, k…, cebulkę?!

– No przecież ci mówiłam -Justyna na te święta to miała anielską cieprliwość.

Pierogi wyszły super. Bachor, co prawda, kulki lepił, ale kto wie, może i ta tradycja się przyjmie. Kulki z grzybami i kapustą. A potem, jak je zawieźliśmy ( te pierogi) na Wigilię do mojej matki, to nam zginęły. No, przepadły. I nikt nie popróbował. Uznaliśmy, że pierogi zostały w domy. Ale potem okazało się, że były w torbie z maszynką elektryczną, którą pożyczałam od matki na ewentualność mielenia grzybów. Bachor zostawił torbę przy samochodzie, pamiętając tylko o prezentach. Ponoć stała ta torba ze trzy godziny, a sąsiedzi z parteru nawet chcieli na policję dzwonić, czy to nie jaka bomba. Nie zadzwonili, a torba w końcu zniknęła. Ciekawe, czy ktoś zjadł te nasze pierogi, czy tylko z maszynki się ucieszył?

Ania z Sanoka przysłała nam cudny prezent: jej nowa książka „Życie i śmierć oraz se(k)ns poniekąd według Damiana”.  I to obficie nas obdarowała: mnie, Bachory, Justynę, Guciową i Wiolcię. O Damianie napiszę oddzielnie, ale zachwycona i wzruszona jestem niemożebnie! Ania jest niesamowita!

Na święta przybyli nam nowi rezydenci: szczeniak wilka znaleziony pod sklepem i zabrany przed tymi koszmarnymi mrozami (nie wiem, co by się z biedactwem stało, bo ludzie najwyraźniej nie zamierzali się nim zająć); jest też Józia, najbrzydszy pies świata (potem dołączę zdjęcie) oraz rudy kot Rudolf – spadek po pani, która umarła. Czyli wesoło się zrobiło i tłoczno.

Jak mi źle i czuję się przytłoczona, dzwonię do Piotra i czekam na jego mądrości życiowe, które zawsze mi dobrze robią.

– Srutu tutu majtki z drutu – skomentował ostatnio mój problem.

I pomogło! Od razu mi lepiej.

A teraz w piekarniku piecze się kaczka. Kaczkę co jakiś czas pieczę i nigdy się nie udaje. Ciekawe, jak będzie w tym roku? Nie powinnam jej piec, bo nie mam jej już gdzie schować, by przetrzymać, ale rozmroziłam ja do skruszenia i mróz odpuścił, więc nawet ganku nie mogę traktować jak zapasowej lodówki. No to trzeba piec. Od razu przypomina mi się Guciowa, która nagotuje zawsze na obiad, a Olcia weźmie sobie skromnie, na przykład, jajeczko. Guciowa otwiera wtedy zamaszyście lodówkę i pyta oskarżycielsko:

-I co ja mam z tym zrobić?!

Ha! Zawsze jej mówię, że to złe pytanie, bo nie ma na nie dobrej odpowiedzi.

Ale, dziś…

No, co ja mam z tym zrobić?!

Srutu tutu majtki z drutu!



10 komentarzy do “Srutu tutu…”

  1. Ewa mówi:

    Eee, nie ma się co martwić! Jest okazja, żeby kupić nową maszynkę; pierogi zabrał (być może) ktoś głodny; a zawartość lodówki zawsze można przełożyć do zamrażarki (chociażby u sąsiadów lub znajomych) i wykorzystać w sytuacji podbramkowej… Same przody!

  2. To ja... mówi:

    Dzięki wielkie za wsparcie! Teraz to już albo sama wchłonę lodówkowe produkty, alibo w koszu wylądują, bo Olcia z całą pewnością się nie złapie na otwartolodókoweargumenty! Wielkie dzięki Ciotko (kochanana) Mariolką zwana!!!
    Józia (potwierdzam szczerze) jest jedną, wielką kupką psiego niesczęścia!!!W życiu nie widziałam takiej karykaturki psa!!!
    Ale najbardziej mnie rozkłada ta wigilijna maszynkowo-pierogowa niespodzianka dla potrzebującego, albo troskliwego ( jak Gucio mawiał : sąsiadowi kunia ukradli, a taki był ładny – amarykancki)!
    Wigilia i tak się odbyła dzięki zapobiegliwości Babci!
    Aniu kochana, czytamy z Olką (na zmianę) Diamiana – jest zaczapiasty (to taka kulturalna wersja określenia tego, o czym mówi młodzież):):):)

  3. admin mówi:

    Ale dlaczego JA? Dlaczego to ja mam te niespodzianki sprawiać?
    Józia się rozkręca. Właśnie ustawia bezzębną szczęką relacje z psami podwórkowymi. Psy są bardzo zdziwione tym, co widzą. Zazwyczaj ich porcja jadła więcej waży niż Józia. Jeszcze jej nie potrafią sklasyfikować.
    A Damianowi wróżę, że będzie pozycją kultową. I pomyśl Guciowo: my autorkę ZNAMY! W Sopocie sałatką grecką nas rozpieszczała. Cholera, mogłyśmy się bardziej postarać.

  4. admin mówi:

    Jest jeszcze studnia… Prawdziwa, przednia…. Ponoć trzeba na sznureczku, dobrze umocować, coby nie spadło i się nie zatopiło… A, dodam tylko, że KACZKA WYSZŁA! Akurat przyjechali w odwiedziny Baśka z Krzysiem i czteromiesięcznymi bliźniakami. I kaczkę zjedliśmy. Ale była pyszna. Nie wiem, jak nam się udało. Szukałam informacji w internecie, ile trzeba ją piec. I tam napisali, że ją trzeba dziobnąć do sprawdzenia.
    – Dziobaj – mówię do Tiny asekuracyjnie.
    – Ja?! Ty dziobaj, bez kitu – Tina poszła w zaparte.
    Dziobnęłam, ale nic mi to nie powiedziało. Poszłyśmy na rozwiązanie intuicyjno-naukowe. Że niby wychodziło nam, że kaczka ma już dość. No i wyszło! Pycha była.

  5. ania zwana anią z sanoka:) mówi:

    dziewczęta. otóż to sprostowanie będzie – a propos „bardziej postarać”. a więc: z naszego „sopotu” pamiętam m.in. szaloną jazdę nad morze i mariolkę, której nie dał rady żaden korek – a było ich kilka po drodze – i jak sobie w tych korkach uśmiechnięta od ucha do ucha tańczyła za kierownicą (nie wymyśliłabym, gdybym na własne oczy nie widziała!), a kierowcy z naprzeciwka o mało z aut nie powypadali z wrażenia. a także flądrę zakupioną przez guciową od rybaka o piątej rano (albo siódmej – w każdym razie o jakiejś takiej kosmicznej godzinie) i potem cudnie usmażoną SPECJALNIE dla nas. kurde, nigdy w życiu nikt nic dla mnie nie kupował o piątej rano… nigdy nie jadłam TAKIEJ flądry… moja sałatka grecka to jakiś pryszcz przy tym wszystkim, co mi zafundowałyście, a co długo by wymieniać (że wspomnę może jeszcze legendarne już „śledzie andrzeja”, a potem tiramisu stefano, MATKOOOOOO). „bardziej postarać”??? niby jak, ja się pytam???

  6. Tina mówi:

    Kaczka pycha pycha! Kiedy robisz następną?

  7. admin mówi:

    Jakoś niedługo, bo przecież dopatrzyłam się w internecie, żem powinna wierzch kaczki pomarańczą skropić i miodem posmarować. Musimy zrobić riplej ofkors. Tak, jak należy!

  8. admin mówi:

    Że o węglu i stoperanie podczas tej wyprawy nie wspomnę:))).
    Wiesz co Anno z Sanoka? Tak się chyba tworzy HISTORIA. Normalnie, cudnie było! A przypomnij ty mnie dobra kobieto: dlaczego ja z wami o tej piątej po flądrę nie poszłam? Czy to przez moje lenistwo (w co nie uwierzę) czy przez, za przeproszeniem, hmm… grypę żołądkową (elegancko mówiąc)?
    Aha! I nie daruję wam, że nie weszłam do tej kuli co po morzu się turlała. Tak mnie zniechęciłyście wizją potu po ludziach w środku kuli, że do tej pory nie mogę dojść do siebie. A mogłam tak pięknie się turlać!

  9. ania zwana ostatnio Anną z Sanoka :) mówi:

    ależ to nie ja wstawałam z guciową! to ona SAMA!!! na nasz przyjazd tak zaszalała. i nie straszyłyśmy cię wizją potu w kuli radośnie podskakującej na falach, a innych… jak to nazwać?… pozostałości po chorobie morskiej?:)))

  10. admin mówi:

    No właśnie!!! Pamiętam, że coś mnie MOCNO zniechęciło! I chyba już nigdy, do żadnej kuli… Cholera!

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.


FireStats icon Działa dzięki FireStats