Ale się dzieje! | Goniąc króliczka
admin

7 czerwca 2008

Uff! Mam blogowe zaległości, ale to dlatego, że bardzo dużo się działo. Za tydzień ukaże się reportaż o moich wzlotach i upadkach (zanim napisałam „Gonić króliczka”) w „Chwili dla ciebie”, a w sierpniowym numerze „Świat kobiety” będę na zdjęciu razem z synem. Mam opowiadać o plusach i minusach wczesnego macierzyństwa. Dla równowagi moja koleżanka Ewa, mama dwuletniego Mikołaja, mówi o późnym macierzyństwie. Jesteśmy już po sesjach zdjęciowych. Było super. Malowali nas, ubierali, fotografowali. Niestety, mnie odziali w spódnicę. I pewnie mnie nikt nie pozna. Ja, w spódnicy! Ewa miała farta, bo wystąpiła w spodniach.

Na planie zdjęciowym wszyscy byli mili. Co za wspaniała ekipa. Pani Lena, Sebastian, pani Anetka… Super ludzie! Z Siedlec do Warszawy wyjechaliśmy z przygodami, spóźnieni o godzinę. Zawinił Artur, mąż Ewy, wzięty ginekolog położnik. Artur ma to do siebie, że zawsze załatwia po drodze po kilka spraw. Ewa z Mikołajem czekali w gotowości i pełnym rynsztunku w domu, a ja z Karolem zabieraliśmy się razem z Arturem z przychodni.

Przez pierwsze 10 minut czekania na Artura pod gabinetem, zadzwoniłam do niego z ponagleniem tylko raz. Przez kolejne dwadzieścia dzwoniłam co dwie minuty, a Artur o dziwo odbierał skruszony i pokrzykiwał:

Już, już…

Ewa dzwoniła do mnie, bo chyba podświadomie wolała oszczędzić ojca swego dziecka od mordu, który miała w glosie i zapewne w oczach.

Po 40 minutach Artur wyszedł z gabinetu, złapał mnie za łokieć i truchtem dobiegliśmy do samochodu. ten pośpiech mnie nieco uspokoił.

Żałuje i stara się – pomyślałam z satysfakcją.

To jeszcze tylko fakturkę. Trzy minutki! – powiedział niejasno i po kilku minutach jazdy zatrzymaliśmy się pod jego biurem.

Tam dzwoniłam co minuta, ale nie odbierał. Przestałam, gdy zauważyłam, że jego z wyłączonym dzwonkiem telefon leży na siedzeniu kierowcy. Wkurzona pobiegłam do biura.

Gdzie Artur?! – zapytałam strasznym głosem jego wspólnika Pawła.

Tam!Paweł pokazał palcem schody na piętro.

Przytomny człowiek! Nie zadawał pytań, wolał się pozbyć mnie z gabinetu natychmiast.

Artur stał pochylony nad komputerem i gadał z młodym człowiekiem. Zaczęłam go okładać pięściami po plecach, ale że to wielki chlop, to nawet nie zadudniło. Zadzwoniła Ewa.

Gdzie Artur?! – (skąd ja znam to pytanie)

W biurze. Biję go! – wysapałam uczciwie, bo w furii to mi już wszytsko jedno.

Ewa ożywiła się nagle.

Widzisz go?! – wrzasnęła nagle szczęśliwa.

Mam go przed sobą!

Artur cały czas gadał z młodym człowiekiem. Szybko wyrzucał z siebie słowa, a młody człowiek był mocno zestresowany.
Nie puszczaj! Nie puszczaj! – krzyczała Ewa. – Nie trać go z oczu!

Ha! Wczepiłam się w koszulę Artura jak harpia. I tak doszliśmy do samochodu. Pojechaliśmy po Ewę. Artur przezornie poganiał nas:

No, szybciej, szybciej, jesteśmy spóźnieni.

Że on jeszcze nie zginął z ręki swojej świętej żony!
Na planie wyciął podobny numer. Miał być obecny podczas sesji z Mikołajem, bo mały dziedzic przy nim się uspokaja i wpada w szampańskie humory. A wszyscy chcieli, żeby dziedzic śmiał się od ucha do ucha. Gdy malowali Ewę, Artur wyskoczył „na pół godzinki”. Po godzinnym boju z Mikołajem („pajączek, tygrysek, pajączek” – wołał zrozpaczony fotograf machając rękami jak pacynka), pani Lena (producent) poprosiła o numer do Artura i zadzwoniła po niego.

Już podjeżdża – westchnęła z ulgą.

Spojrzałyśmy z Ewą na siebie. To, co było w jej oczach, miało temperaturę palonego napalmu. Po pół godzinie sama zadzwoniłam do Artura.

Jestem w Aninie – powiedział niewinnie. – Będę za 15 minut.

Artur dojechał grubo po sesji swego syna i żony. Kończyła sie właśnie sesja ze mną i Karolem. Najzabawniejsze jest to, że Artur ma taki urok osobisty, że wszyscy mu wybaczają te dzikie poślizgi. Wystarczyło, że się uśmiechnął, a cała ekipa zapomniała o nerwach, pajączkach i tygryskach. W zgodzie spałaszowaliśmy pizzę dowiezioną na plan. I wróciliśmy do domu. To była fajna przygoda. Z Arturem też.



Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.


FireStats icon Działa dzięki FireStats